Archiwa tagu: zakupy

Ależ miałam szczęście

        Opowiem Wam o mojej przedświątecznej przygodzie z prezentami. Brat poprosił mnie, żebym kupiła za niego prezent dla mamy, która jest właśnie w tracie remontu kuchni i będzie miała płytę indukcyjną a na niej nie działają jej stare garnki. Brat chciał podarować mamie komplet nowych, wiedział, że mama ucieszy się z takiego prezentu. Tylko, że brat pracuje za granicą, przyjeżdżał do nas w Wigilię, więc wysłał mi pieniądze i poprosił, żebym na miejscu coś wybrała, żeby nie wozić tych garnków a poza tym, pewnie wybiorę coś lepszego niż on, bo więcej gotuję i lepiej się znam.
        W połowie grudnia miałam już kupione i schowane prezenty ale wiecznie nie miałam czasu zapakować. Na dzień przed Wigilią przyjechała mama bo miałyśmy razem pichcić. Jednak szybko okazało się, że mam za mało garnków, bo ja też mam nową płytę i część garnków na niej nie działa. Mama martwiła się w czym nastawić kompot, gdy ja wpadłam na świetny pomysł i delikatnie rozpakowałam pudło z garnkami mamy.  Jak to dobrze, że nie zapakowałam ich już ozdobny papier, pomyślałam. Wydobyłam ten największy, pamiętając jak wszystko było ułożone. Gdy kompot przelejemy do dzbanków, garnek wróci na swoje miejsce. Mama ucieszyła się, że wynalazłam jeszcze jeden garnek, doceniła, że taki ładny i ma miarkę w środku i że też będzie sobie musiała takie kupić do nowej kuchni, po czym nagle klops, bo garnek nie działa. Ja zdziwiona, bo przecież dobre pół godziny wybierałam te garnki i dokładnie sprawdzałam czy do indukcji, więc o co teraz chodzi. Pobiegłam do pudła, sprawdzam a tam ani słowa, że to do indukcji. Wkurzyłam się na siebie, że ja taka roztargniona, powycierałam garnek, zapakowałam pięknie w folijkę, poukładałam tak jak było, odwróciłam uwagę mamy i za jej plecami przebiłam się z kartonem do garażu. Wróciłam jeszcze po torebkę, w której powinnam mieć paragon, ale mimo kilkukrotnego przetrząśnięcia jej zawartości, niczego nie znalazłam. Owszem, miałam pełno innych paragonów, na przykład z warzywniaka na buraki, ze spożywczaka na dorsza i śledzie, ale na garnki nie było. Ja, z moją manią zbierania paragonów, wyrzuciłam ten najważniejszy! Mąż by się uśmiał, bo to zawsze on wyrzuca paragony, dzięki czemu zostaliśmy po malowaniu z dwoma baniaczkami gruntu, bo nie ma jak zwrócić. Ale co tam grunt za kilkanaście złotych, garnki kosztowały kilkaset. Sytuacja, można by rzec beznadziejna, ale uznałam, że muszę spróbować, no bo po co mi komplet nie działających garnków. No i nie miałam prezentu dla mamy. I tak musiałam jechać kupić nowe, tylko najpierw trzeba było pozbyć się tych bezużytecznych i odzyskać niemałą kasę.
        Podeszłam uśmiechnięta do Serwisu Klienta, grzecznie się przywitałam i opowiadam jaka to ze mnie gapa, bo miały być do indukcji, bo mama ma remont i tak się ucieszy z nowych garnków, a właśnie wzięłam się za pakowanie i widzę, że to nie do indukcji i że chciałabym wymienić.
- Znaczy, chce pani zwrócić.
- No tak, oddać te i zaraz idę kupić drugie.
- Może pani oddać towar, proszę o paragon.
- Hmm, no sęk w tym, że wyrzuciłam go w przedświątecznym szale sprzątania.
- Paragon, jako dowód zakupu jest podstawą reklamacji – sprowadziła mnie na ziemię pani z serwisu
W tym momencie zrobiłam zrozpaczoną minę, bo faktycznie nie było mi do śmiechu, ale spytałam jeszcze czy na pewno nic nie da się zrobić, bo przecież zawsze przy kasie skanują kartę klienta, może tam jest historia moich zakupów, bo ja przecież jestem stałą klientką a te garnki to kupowałam wtedy i wtedy. A jak nie można wypłacić gotówki, to może jakiś bon bo ja przecież i tak zaraz idę na halę po nowe garnki, a w ogóle tyle lat już tu kupuję, przecież wiadomo, że to u nich zakupione. Wpadłam w słowotok, ale tak bardzo chciałam odzyskać choć część tego co bezsensownie wydałam. Pani wzięła moją kartę klienta, coś postukała na komputerze, wydrukowała kilka kartek i oznajmiła, że nie może zrobić wymiany, ale z tym dokumentem mam podejść do kasy zwrotów i tam mi wypłacą pieniądze a co ja z nimi zrobię to już moja sprawa. Patrzyłam na nią przez chwilę z niedowierzaniem, podziękowałam i pobiegłam do kasy, jakbym bała się, że pani zaraz się rozmyśli.
        Wróciłam z gotówką na halę, patrzę na regał z garnkami i już wiem skąd całe to zamieszanie. Owszem, wybrałam właściwe garnki. Pudełko, które oglądałam nadal stało na półce, tylko było otwarte i rozerwane a obok stały takie same pudełka, tylko nie aż tak rozbebeszone. Pamiętam, że pooglądałam garnki w tym otwartym pudełku, uznałam, że są dobre, ale skoro to na prezent to wzięłam to ładnie zapakowane nie zauważając, że na nim nie było napisu o przeznaczeniu do indukcji. Oba komplety garnków były w tej samej cenie, tak samo zapakowane, a różniły się jednym, małym napisem. Tym razem wzięłam to rozerwane pudełko, bo innych już do indukcji nie było. Oddałam przy kasie dokładnie to co dostałam w kasie zwrotów i podeszłąm jeszcze do Serwisu, bo w całym tym swoim przejęciu, zapomniałam złożyć miłej pani Wesołych Świąt.
Wróciłam do domu, gdzie zastałam mamę z bezradnie rozłożonymi rękami mówiącą
- No ja nie wiem jak przygotujemy tą Wigilię, mamy za mało garnków.
- Oj mamo, nawet nie wiesz jak to dobrze, że mamy za mało garnków – uśmiechnęłam się z ulgą i dodałam – zaraz coś wymyślimy. Mama nie rozumiała mojej radości. Z czego tu się cieszyć, pomyślała. Ale następnego dnia rozumiała już sens moich słów i dodała, że ja to jestem jak kot, zawsze spadam na cztery łapy.

Serdeczne ukłony

        Spędziłam ostatnio kilka tygodni poza domem. Byłam na wakacjach z dziećmi nad polskim morzem. Mieszkaliśmy u rodziny a nie w hotelu czy ośrodku wczasowym więc gotowaliśmy sobie sami, prałam, sprzątałam, pieliłam ogródek i ogólnie robiłam wszystko to co w domu, tylko zamiast na plac zabaw, chodziliśmy na plażę. Zakupy też robiłam stale w tych samych, kilku najbliższych miejscach.
        Pamiętam zabawną sytuację, gdy jechałam autobusem i przyglądała mi się jakaś dziewczyna. W końcu przy wysiadaniu ukłoniła mi się a ja odpowiedziałam, choć nie miałam pojęcia kim ona jest. Zagadka rozwikłała się następnego dnia, gdy poszłam z chłopcami do parku linowego gdzie owa dziewczyna była instruktorką. Dzieciaki często odwiedzały ten park stąd znaliśmy się z widzenia na tyle dobrze, aby się sobie ukłonić w autobusie.
Innym razem płynęłam z chłopcami promem. To taka nasza rozrywka zamiast spaceru po promenadzie. Dużo bardziej wolimy oglądanie portowego życia niż lansowanie się wśród tłumów. Czasem wsiadaliśmy na prom i pływaliśmy kilka razy oglądając opadające wrota oraz rozładunek i załadunek samochodów. Młodszy syn bacznie przyglądał sie pasażerom a potem w domu odgrywał scenki ze swoim zabawkowym promem i panią, która niestety nie zdążyła bo kapitan już podniósł wrota. „Och, jaka szkoda” – mruczał trzylatek pod nosem i z premedytacją zamykał jej wrota.
Kiedyś płynęła z nami dziewczyna o bardzo charakterystycznym głosie. Stała za mną i rozmawiała przez telefon. Ukradkiem jej się przyjrzałam i byłam pewna, że skądś ją znam, nie wiem skąd ale znam ten głos. W myślach przewertowałam wszystkich znajomych ze szkoły, studiów, z rodzinnego miasta oraz pracy. Nigdzie nie mogłam dopasować twarzy ale wiedziałam, że znam ten głos. A na domiar wszystkiego, dziewczyna ukłoniła mi się schodząc z promu. Czyli nie myliłam się, ona też mnie zna. Ale gdyby to była jakaś stara znajoma, to przecież zaczęłaby rozmowę a nie tylko skinęła głową – myślałam. Kilka dni później robiłam zakupy w pobliskim sklepie i nagle: eureka. To stąd znam ten głos, to jest kasjerka w moich ulubionych delikatesach. Przywitałam ją rozpromieniona jakbym spotkała dobrego znajomego sprzed lat. Dziewczyna zauważyła, że chyba dzieciaki bardzo lubią statki skoro pływamy tym promem w obie strony. Czyli też mnie poznała i pamięta nas. Od razu jakoś tak mi się cieplej na sercu zrobiło, że nie jestem tylko wczasowiczem, kolejnym, jednym z wielu, ale jestem tą panią z dwójką uroczych chłopców. Nie jestem anonimowa, ludzie mnie rozpoznają, dzięki czemu czuję się bardziej swojsko.
Pozostając w temacie kłaniania się, przypomina mi się sytuacja sprzed roku, gdy mój młodszy syn nauczył się mówić „dzień dobry”. Miał wówczas dwa lata i tłumaczyłam mu kiedy i komu mówi się „dzień dobry” a komu „cześć”. Niestety on uparcie kłaniał się wszystkim, nawet dzieciom, czym bardzo je dziwił. Jednak zaskakiwał również wielu dorosłych, gdyż biegł po plaży i zupełnie nieznanym ludziom mówił „dzień dobry”. Zazwyczaj większość siwogłowych wczasowiczów, spacerujących brzegiem morza, odpowiadało mu z poważnymi minami, po czym kiwali z zadumą nad tym jak ładnie wychowano to dziecko. Wyjątek stanowili oczywiście zagraniczni turyści, bo nie chciałam już mieszać mu w głowie innymi językami. Młody tak się rozochocił w mówieniu „dzień dobry”, że kłaniał się wszystkim na ulicy a także wczorajszemu panu, drzemiącemu na ławce w parku. Pan był na tyle wczorajszy, że nie odpowiedział za pierwszym razem, więc mój dwulatek przystanął i powtórzył głośno: dzień dobry.  Pan się nieco poruszył, usłyszał kolejne dzień dobry, więc usiadł na ławce i przyglądał się chwilę wesołemu dwulatkowi o blond czuprynie. Ogarnął się z grubsza, przeczesał ręką włosy, chrząknął i odpowiedział: dzień dobry. Syn obdarzył go szczerym uśmiechem dwulatka, pomachał i pobiegł dalej. Nie wiem co pomyślał sobie ów Pan, choć nie wglądał na zdenerwowanego, że ktoś narusza spokój jego kaca. Może mój syn ze swoją bezpośredniością sprawił mu radość albo wprawił w zadumę nad człowieczym losem.
        Dla wszystkich niezdecydowanych i niepewnych, przypominam, że zgodnie z przyjętymi zwyczajami, kłania się niższy rangą wyższemu. Czyli młodszy starszemu, pracownik przełożonemu, mężczyzna kobiecie, wchodzący obecnym, idący stojącym, pojedyncza osoba grupie. Takie są reguły, że zawsze ten niższy rangą temu wyższemu się kłania. Wyjątek od reguły stanowią sytuacje, gdy brak chętnego do pierwszego ukłonu. Wówczas pierwszy kłania się ten o wyższej kulturze osobistej ;-)

Shopping w męskim wydaniu

        Dzisiaj był dalszy ciąg shoppingu, ale tym razem w męskim wydaniu. Mąż pracuje w korporacji i jego strojem roboczym jest garnitur. Koszule i krawaty to sama mu regularnie kupuję. Mam już ulubione sklepy, karty stałego klienta i co jakiś czasu uzupełniam jego kolekcję. Za to w podzięce mąż sam je sobie prasuje, bo machania żelazkiem akurat nienawidzę. Nie można natomiast bez mierzenia kupić butów i garnituru. Przy zakupie butów mąż jest samowystarczalny, natomiast zawsze prosi mnie o radę przy wyborze garnituru. A jego zakup to wielkie logistyczne przedsięwzięcie.
        Kilka miesięcy temu chcieliśmy się wybrać na zakupy, jednak babcia stale przekładała odwiedziny i nie mieliśmy z kim zostawić chłopców. Bo jak wiadomo, w towarzystwie dwóch kilkulatków ciuchowe zakupy skończyłyby się wielkimi nerwami. Poprosiłam sąsiadkę o pomoc przy synach. Trochę mi było głupio, bo wówczas chłopcy sporo chorowali i częściej korzystałam z sąsiedzkiej pomocy. Jednak znajoma wykazała się ogromnym zrozumieniem. Pokiwała głową i dodała, że kupowanie ubrań jej mężowi to droga przez mękę. Wypracowała już sobie dobry system zakupów. Dzień wcześniej jedzie sama do sklepu, wybiera ciuchy, szuka odpowiednich rozmiarów i odkłada sobie gdzieś na boczku, tak aby następnego dnia w jednej chwili miała gotowy cały zestaw. Dzięki temu wizyta w sklepie skraca się do niezbędnego minimum i wszyscy są szczęśliwi, a najbardziej Pan Mąż, który szczerze nie trawi stania, czekania, szukania i wybierania. Sprytnie.
        Jednak nie mogę tego systemu wprowadzić do kupowania garnituru bo to już poważniejsza sprawa. Trudno odłożyć na bok taki większy zestaw, więc idziemy na żywioł. Ostatnim razem mąż wszedł do kolejnych sześciu sklepów, okręcił się na pięcie i stwierdził, że nic nie ma i możemy wracać. Ale nie nie, nie ma tak lekko. Już słyszałam te jego poranne komentarze, że znowu nie ma się w co ubrać, że wygląda jak dziad w tych starych ciuchach itp. Dzieci w domu mają dobrą opiekę, nic nas nie goni, więc trzeba wykorzystać czas. Weszliśmy do kolejnego sklepu i powiedziałam, że tym razem z czymś wyjdziemy. Pani była miła, duży wybór i udało się, mąż znalazł dwa ładne modele. Oba grafitowe ale jeden gładki a drugi z tłoczonym wzorem. Według mnie i pani ze sklepu, oba totalnie różne. Ponadto w dobrej cenie, ładnie leżą, więc proponuję zakup obu. W końcu za kilka miesięcy znowu będzie nas czekało podobne polowanie a w ten sposób odroczymy je trochę w czasie. Mąż się buntuje, po co ma kupować dwa takie same garnitury, bez sensu. Ale my przekonujemy, że są różne. Dyskusja trwa chwilę, ale przerywam ją stwierdzeniem, że w biurze w większości pracują kobiety i one na pewno dostrzegą różnicę i nie pomyślą, że stale chodzi w tym samym.
        Tym razem przyszła kolej na zakup letniego zestawu. Pojechaliśmy, do tego sprawdzonego sklepu, gdzie ostatnio tak szybko uporaliśmy się z zadaniem. Ale jakaż była nasza rozpacz, gdy okazało się, że sklep zlikwidowany. Wybraliśmy się do drugiego z listy. Wielki, przestronny, ogromny wybór. Wchodzimy z przekonaniem, że wyjdziemy z tobołkami. Wstępna selekcja zawęża ten ogromny wybór do pięciu modeli. Myślę sobie, że nie jest źle. Jednak przy drugim okazuje się, że rozmiarówka jakaś dziwna i te co zwykle rozmiary niestety źle leżą. Trzeba dobierać kolejne. Mąż przy trzeciej przymiarce syczy przez zęby: „dzisas, k..wa, ja pier..lę, sklep jak hangar a przymierzalnia jak toi toi.” Rozglądam się, mierzę na oko i faktycznie mają przynajmniej jakieś 500m2 powierzchni. Mąż już purpurowy wychodzi z przymierzalni, żeby się normalnie obejrzeć. Chodzi trochę po sklepie, przegląda się na spokojnie, chce ochłonąć. Jednak lustra pochowane po kątach a na środku ozdoby. Mąż burczy „Nastawiali jakiś roślinek, pierdyczków, dupereli. To nie kwiaciarnia.” Dla rozładowania napięcia rzucam cytatem z „Misia”: „to jest kiosk Ruchu, ja tu mięso mam”. Mąż się porozumiewawczo uśmiecha, jakoś przebrniemy przez tą mękę. Znosi cierpliwie kolejne przymiarki a tym razem ja zaczynam się gotować. Faktycznie, duży sklep a przymierzalni tyle co kot napłakał. Drewniane budki wielkości latryny, wciśnięte w kąt jak coś wstydliwego. A to przecież sklep odzieżowy, z garniturami, płaszczami, sukienkami. Zanim cokolwiek się kupi, konieczna jest przymiarka. Tyle wolnej przestrzeni a kluczowe miejsce schowane w kąt. Ganiam z kolejnymi modelami między środkiem sklepu a drewnianymi budkami pod ścianą. W głowie pracuje już mój zmysł dekoratorski i wyobrażam sobie designerskie przymierzalnie, ustawione na każdym kroku, stokroć ładniejsze niż ten sztuczny badziew imitujący naturalne trawy ozdobne. Z rozmyślań wyciąga mnie zaskoczenie, bo w kolejnym garniturze mąż wychodzi w skarpetkach. Z miejsca protestuję, nie ocenię jak wygląda jak nie założy butów. A on na to, że ma już dość, poobijał się o ściany, nie ma gdzie usiąść, wieszaków za mało, nie ma gdzie odwiesić czegokolwiek, nie ma łyżki do butów a to nie jakaś nowość, że jak się mierzy garnitur to buty trzeba założyć. Faktycznie nie myślą o najważniejszym, ja też już mam dość. Pani, która miała pomóc poszła szukać rozmiaru na zapleczu i przepadła. Ostatecznie wyszliśmy z tobołkami ale bez najważniejszego zakupu, cel nie został zrealizowany.
        Powoli kończył mi się czas, bo zbliżała się pora odebrania dzieci z przedszkola a mąż był umówiony na spotkanie. Jednak rzutem na taśmę, chcieliśmy jeszcze zawalczyć. Weszliśmy do kolejnych trzech sklepów, tym razem niewielkich, o węższym asortymencie. W jednym był elegancki garnitur, mąż z miejsca chciał go zmierzyć. Zniknął w ciasnym kącie osłoniętym kotarą a do mnie docierało, że tracę resztki dobrej woli i optymizmu. Nad głową błyskała mi jarzeniówka a w głowie kołatała się myśl, że skoro sprzedają eleganckie ubrania, najtańsze za kilkaset złotych, to chyba stać ich na wymianę przepalonej świetłówki. Moja irytacja wzrosła, gdy poprosiłam o inny rozmiar z tego beżowego modelu a pani mi mówi, że on jest szary ale w tym świetle wygląda jak beżowy. To po cholerę robicie takie światło, żeby zmieniało kolor. To już nie ma normalnych lamp? Mąż mi jeszcze wyjaśnia, że to co miga to tak dla ozdoby a mnie już szlag trafia. Dodam tylko, że gdy weszliśmy do sklepu to pani rozmawiała przez telefon z koleżanką o problemach małżeńskich. Wysłuchałam co on powiedział i co ona mu na to i że to wszystko jego wina, aż w końcu bezczelnie przerwałam te pogaduszki i poprosiłam o inny rozmiar. A przecież powinnam wykazać się empatią i jej współczuć. Wyszliśmy wkurzeni ze sklepu, oddałam pani zmiętolony garnitur, niech sama go odwiesi, bo to w końcu jej praca.
        Byłam zła na siebie, bo szanuję pracę pań w sklepie. Wyznaję zasadę że żadna praca nie hańbi i cokolwiek się robię trzeba to robić dobrze. Moja irytacja była wynikiem skumulowania wcześniejszych negatywnych doznań. Powoli się uspokajałam a mąż już myślał o czekającym go spotkaniu. Mieliśmy się rozejść w swoje strony, gdy zaproponował wizytę w ostatnim sklepie, tym przy którym staliśmy. Myślałam, że śnię. Zawsze to ja go musiałam namawiać. Zaskoczył mnie. Weszłam i oniemiałam. Mężowi spodobały się dwa modele, poszedł do przymierzalni i usłyszałam cichy szmer zachwytu. Chciałoby się zagwizdać albo wykrzyczeć wiwat na część tego geniuszu, jednak głupio trochę tak się wydzierać, więc mąż tylko wyszeptał: „no no”. Ale dla mnie to „no no” znaczyło wiele. Wiedziałam, że go kupili. Zajrzałam do przymierzalni a tam wnętrze glamour, zdobione ściany, ogromne lustro, szeroka i mięciutka ławeczka, kilka wieszaków, kojąca muzyczka i uwaga… łyżka do butów. Da się? Jak to mówią: jak się da to się da. Ale sklep wcale nie jakiś wyjątkowo drogi, normalny. Niewielki, na oko 40m2. Głównie wyeksponowane ładne garnitury, koszule i krawaty. Wieszaki z innymi rozmiarami upchnięte na zapleczu. Miła pani, która z miejsca dodaje, że indywidualnie dobierze rozmiar. A przymierzalnia? Bajka. Mąż rozsiadł się na szerokiej ławeczce i westchnął, nie miał ochoty wchodzić.
        Wszystko byłoby pięknie i miałabym rewelacyjny finał, gdybyśmy znaleźli idealny garnitur. Ale klapa, nie było rozmiaru. Jednak sklep zapamiętam. Jedyny taki, który szanuje klienta i świadomy tego co sprzedaje

Shopping w babskim wydaniu

        Dzisiaj przeznaczyłam cały dzień dla siebie. A dokładnie to nieco ponad pół dnia, do czasu aż odebrałam chłopców z przedszkola. Rano byłam u kosmetyczki a potem wybrałam się do galerii. W planie miałam co prawda zakup kilku koszul dla męża ale na wystawie obok zobaczyłam wymarzone klapki. Takie beżowe, na szerokim, wysokim obcasie. Idealne na lato. Musiałam je przymierzyć. Co prawda nie przyszłam po buty ale kilka dni wcześniej wypatrzyłam podobne, tylko nie było mojego rozmiaru. A tu taka okazja, dokładnie takie jak chciałam, jest mój rozmiar i do tego są o połowę tańsze niż te wcześniej upatrzone. Szłam już z nimi do kasy, gdy nagle zobaczyłam rewelacyjne szpileczki. Granatowe, z otwartym noskiem. Oczywiście je również musiałam przymierzyć. Ale zerknęłam na te, w których przyszłam. Były prawie identyczne, tylko moje miały obcas imitujący drewno a te nowe miały takie cieniutkie, czerwone szpilki. No nie, to znaczy, że są totalnie różne. A na dodatek te co miałam wyglądały już na stare, przecież śmigam już w nich kilka tygodni. No i te nowe mają jeszcze inne szwy. Nie, jednak one są zupełnie inne. Musze takie mieć. Tylko co mąż powie na to, że kolejne takie same. Ach trudno, mają taki zgrabny obcas, noga tak ładnie w nich wygląda. Byłam już prawie przy kasie, ale ujrzałam jeszcze jedno cudo. Co prawda nie na teraz, ale idealnie będą mi pasowały do jesiennych sukienek. Ale może nie powinnam teraz niepotrzebnie wydawać pieniędzy, mąż mi to zawsze powtarza. Jednak takich butów bezskutecznie szukałam kilka miesięcy temu. Postanowiłam, że chociaż je przymierzę. Okazało się, że leżą idealnie. Siedziałam i gapiłam się w nie jak sroka w gnat. Faktycznie będą idealne na jesień, w sam raz do moich kilku sukienek. Ale czy muszę je teraz kupować? Ale z drugiej strony nie będę musiała jesienią uganiać się po sklepach. Ponadto mają klasyczny fason, nie wyjdą z mody. Poza tym zawsze takie chciałam mieć. Pal licho, kupuję wszystkie trzy pary. Najwyżej mąż mnie pogoni z domu. Przynajmniej sobie odpocznę a on zobaczy co to znaczy opieka nad dziećmi. Zawsze trzeba widzieć tą lepszą stronę.
        Stojąc w kolejce do kasy walczyłam jeszcze ze swoimi wyrzutami sumienia, biłam się z myślami co zrobić, a może z jednej pary zrezygnować. Gryzłam się tak ze sobą, nawet gdy pani już mnie kasowała. Myślałam sobie, że jak usłyszę kwotę to może jednak z jednej pary zrezygnuję, tylko z której, no chyba z tej na jesień. Lecz nagle słyszę sumę i niedowierzam. Patrzę na panią z pytającą miną a ona mi mówi: „happy hours. Druga i kolejna para w połowie ceny”. No coś takiego! Zapłaciłam i uradowana szłam do wyjścia. Ale nagle pojawiła się  przebiegła myśl, skoro taka promocja, to może jeszcze ze dwie pary wynajdę. Jednak po chwili rozsądek wygrał, przymknęłam oczy aby nic mnie nie kusiło i wyszłam ze sklepu. Lecz nie na długo starczyło mi tego racjonalnego myślenia, bo moim oczom ukazała się drogeria i przypomniałam sobie, że krem na noc mi się skończył. A gdy już byłam w środku to znalazłam kilka całkowicie niezbędnych do życia kosmetyków i koniec końców przehulałam wszystko co miałam.
        Wracając do domu zastanawiałam się jeszcze dlaczego wybrałam akurat te granatowe buty skoro bardzo podobne mam. Przygotowywałam już tekst dla męża, że są niepowtarzalne i wyjątkowo wygodne itp. itd. Na światłach wyjęłam je z pudełka i prysły jak bańka mydlana wszelkie wyrzuty sumienia. Takie zgrabne, że żal było nie brać. Na kolejnych światłach przebrałam stare buty na te nowe i pod przedszkole podjechałam już w fikuśnych szpileczkach. Pomyślałam jeszcze, że znając spostrzegawczość mężczyzn to ukochany nawet nie zauważy nowej pary, zwłaszcza że są w podobnym stylu a różni je kolor obcasa. Odebrałam chłopców, a w drodze do szatni obydwaj moi synowie stwierdzili:
- Mamo, jakie masz inne buty, rano takich nie miałaś.
- A podobają się wam?
- Nooo, takie kolorowe.
- I taka duża w nich jesteś.
Tym ostatnim zdaniem ujęli mnie całkowicie.  Moje kochane chłopaki, zawsze można na nich liczyć.
 
A mąż po powrocie z pracy tylko rzucił, że sexy szpilki kupiłam i żebym w nich często chodziła. Zauważył je od razu, więc jednak nie są takie same. Tak bardzo mu się spodobały, że nawet nie marudził z powodu braku koszul choć w sumie po nie jechałam. Czeka mnie więc kolejny dzień shoppingu, tym razem pod znakiem męskim. Ale to już zupełnie inna bajka.

Wybieram i zamawiam

        Znalazłam parę dni temu super sposób na podniesienie poziomu endorfin i dotlenienie się. A to wszystko za darmo i jeszcze dzieciaki miały świetną zabawę. Odbierając chłopców z przedszkola, wzięłam też ze świetlicy ich starszego kolegę. Czasem jak jego mama musi zostać dłużej w pracy, to odbieram go aby nie siedział w świetlicy do późna. Chłopcy wybawili się u nas a o umówionej porze odwieźliśmy go do domu. Jednak mama chłopca chwilę się spóźniła i musieliśmy poczekać na podwórku. Miałam do opieki trzech chłopców w wieku 3, 4,5 i 6 lat. Żadnych zabawek, tylko nas czworo i kawałek podwórka. Zaczęliśmy bawić się w chowanego. W domu często tak się bawimy ale co innego na obcym terenie. Pełno nowych kryjówek. Szukanie momentami sprawiało im kłopot ale ile mieli frajdy jak i ich nie można było znaleźć. Raz tak się schowałam, że wspólnie mnie szukali i darli się nawet „pobite gary”. A gdy mnie w końcu znaleźli to aż piszczeli z radości. Potem była zabawa w „raz, dwa, trzy baba jaga patrzy” i „gąski, gąski do domu”. Gdy przyjechała mama kolegi, przywitał ją tylko jęk zawodu. Sama też świetnie się bawiłam i żal było się rozstawać.
        Wcześniej w domu, chłopcy też zadbali o moje dobre samopoczucie. Ich wspólne teksty były rozbrajające. Kolega jest na etapie konfabulowania i opowiada jakie rewelacyjne zabawki ma na strychu. Mój straszy słucha tego z wypiekami na twarzy, bo kolega idealnie trafia w jego gusta. Oglądali razem ulotkę z hipermarketu i przekrzykiwali się wzajemnie:
- Moje, moje, ja to wybieram.
- Zamawiam, to będzie moje.
- A ja już takie mam.
- Taaaak? wow, a jak przyjdziemy do ciebie to będziemy mogli się razem pobawić?
- No ale ja to mam na strychu.
- To powiedz mamie, żeby zdjęła ze strychu.
- yyy, ale nie mogę, bo mama nie pozwala na strych wchodzić bo tam jest kurz
- aaa, szkoda.
Przypomniało mi się jak sama prawie 30 lat temu siedziałam z koleżankami nad katalogiem OTTO albo Quelle i oglądałyśmy strony z zabawkami. Też wszystko zamawiałyśmy, ale żadna nie twierdziła, że gdzieś to już ma czy będzie miała, bo znałyśmy już realia systemu. Pamiętam co czułam, gdy miałam 7 lat i pierwszy raz pojechałam z tatą do babci do RFN. Babcia zabrała mnie do hipermarketu aby mi coś sprezentować, ale gdy zobaczyła moje wielkie oczy, to od razu szybko dodała, że mogę wybrać tylko jedną zabawkę. Babcia jest strasznym dusi groszem i bała się, że ją puszczę z torbami. Ale nie wiedziała, że mi wystarczyłoby pooglądanie tych wszystkich cudów. Chodziłam pomiędzy regałami i nie mogłam uwierzyć, że to co widziałam na papierze w katalogu, faktycznie istnieje. Gdy się już napatrzyłam i przyszło do wybierania tej jednej zabawki, to były to dla mnie katusze. Spotkało mnie takie wielkie szczęście, mogę mieć coś wymarzonego, ale wybrać coś przy takiej ilości zbawek było prawie niewykonalne. Kilkuletnie dziecko, wychowane w PRLu miało na wyciągnięcie ręki wszystko o czym marzyło z koleżankami ale konieczność wyboru tej jednej było niewyobrażalną torturą. Pamiętam ten dzień jakby był wczoraj, pamiętam co czułam, gdy chodziłam między regałami. Każda zabawka do mnie mówiła ” weź mnie, to ja jestem wymarzona, mnie weź” a ja byłam coraz bardziej bezradna. Babcia powoli się niecierpliwiła i ostatecznie nieświadomie zrobiła coś co mnie wybawiło. Wzięła pierwszego lepszego pluszowego psiaka i zaproponowała mi go. Chwyciłam mięciutkiego beagla i pokochałam go całym sercem. U nas wtedy nie było takiego pluszu, tak miękkiego i puszystego. Pies miał piękne oczy i nos, wyglądał jak prawdziwy. Pamiętam jeszcze jak wróciłam do Polski. Mama zeszła pomóc nam się rozpakować i zobaczyła moją szczęśliwą minę i psiaka na kolanach. Zrobiło jej się słabo, bo pomyślała, że to prawdziwy szczeniak.
        Tamtego pluszaka mam do dzisiaj. Był już kilkanaście razy prany ale trzyma się świetnie. Co prawda plusz nie jest już tak miękki jak wówczas, ale kolory nie wyblakły i oczy nie straciły na blasku. Moi synowie mają wszystkie zabawki na wyciągnięcie ręki. Nie muszą o nich marzyć, bo one są, można iść do sklepu i je dotknąć, czasem nawet wypróbować.  Ale okazuje się, że też marzą. Tylko to jakby już inny wymiar tych pragnień. Nie kupuję moim chłopakom wszystkich zabawek o jakie poproszą, bo poszłabym z torbami. Poza tym to byłoby totalnie niewychowawcze. Ale jeśli czegoś bardzo pragną, to ustalamy w jaki sposób mogą „zapracować” na taką zabawkę. Natomiast dzieci z mojego pokolenia pragnęły czegoś wówczas nieosiągalnego. Dlatego cieszę się, że teraz żyjemy w innych czasach. Wolę mieć świadomość, że nie na wszystko mnie stać niż marzyć o czymś niemożliwym do zrealizowania.