Archiwa tagu: święta

Święta po naszemu

        Po internecie szaleją wpisy o istocie Świąt Wielkiej Nocy. Co rusz czytam gdzieś, że nie czyste okna są ważne a czyste serce. Że zapominamy co w tym Święcie jest najważniejsze, że hołdujemy świeckim zwyczajom zamiast oddać się refleksji nad sensem zbawienia. A za chwilę zalewa nas fala przepisów na sernik, pasztet, kaczkę oraz zdjęć ze wspólnego malowania pisanek, dekorowania domów albo plenerów, bo teraz modnie jest wyjechać gdzieś na Święta.
        Ale ja nie o tym chciałam. Niech każdy świętuje jak mu sumienie dyktuje. Niech każdy pisze co mu pasuje, ja też napiszę, a co mi tam. Ale żeby nie zamęczać nikogo lukrowanymi zdjęciami, opiszę moje święta z czasu, gdy jeszcze nie było cyfrówek ani komórek. Postaram się słowami oddać cały tamten klimat.
        Mój tato jest kapitanem, ale nie żeglugi wielkiej tylko śródlądowej. Wyjaśniam, że pływa po rzekach pchaczem, czyli takim statkiem co pcha przed sobą barki. Niestety coraz rzadziej widuje się je na naszych rzekach, dlatego wyjaśniam. Tato nie wozi towarów sypkich, czyli piasku, węgla, kruszywa, tylko ponadgabaryty, czyli takie konstrukcje co drogą się nie mieszczą, albo jeśli się mieszczą to musiałyby być specjalnie transportowane, na przykład nocą bo wymaga to zamknięcia dróg dla innych czy nawet demontażu niektórych elementów otoczenia drogi. No i wracając do sedna, to przez takie gabaryty, tato nie mógł przyjechać na Święta Wielkanocne do domu, bo miał umówiony odbiór ważnego i ogromnego silnika, na który już czekano w nadmorskim porcie. Płynął więc w górę rzeki po ładunek, ale serce mu zmiękło i puścił załogę do domów, do rodziny, za to wspaniałomyślnie ściągnął swoją rodzinę do pomocy. Brat ma potrzebne uprawnienia, mama potrafi gotować i sterować a ja zostałam turystką, która po latach wszystko wspaniale opisała. Ach, zapomniałam jeszcze o Bosmanie, przyjacielu mojego taty i najważniejszym członku załogi, przygarniętym, rudym kocie, który pływał barką.
        Gdy dotarliśmy nad rzekę, Bosman wybiegł nam na przywitanie. Zrobił wielkiego susa i z płynącego jeszcze pchacza, skoczył na ląd, by zaraz łasić się do naszych nóg. Wariat z niego był, a te jego skoki, przyprawiały nas o ciarki. Dla przejętych czytelników, dodam, że mimo tych szalonych ewolucji, nigdy nie doznał uszczerbku na ciele. Weszliśmy po chyboczącym się trapie na pokład i zaraz trzeba było brać się za robotę. Brat był potrzebny na pokładzie a my z mamą zabrałyśmy się za porządki, żeby kajutom nadać trochę domowego ciepełka i świątecznego klimatu. Potem pochłonęło nas pichcenie, przy którym  asystował nam Bosman i tak mijały przygotowania.
        W Wielką Sobotę obudził nas świergot ptaków, bo na noc zatrzymaliśmy się przy prześlicznym zagajniku w Parku Krajobrazowym Ujście Warty. Pogoda była wymarzona na spacer, więc z rana wybrałam sie na szybką przechadzkę z kotem. Potem musieliśmy już płynąć, bo bardzo ważny i ogromny silnik wciąż na nas czekał. Jednak nie zapomnieliśmy o zwyczajach wielkanocnych, mama przygotowała koszyczek ze święconką, tylko pojawił się problem kto i gdzie go poświęci. Wśród pomysłów, że może wodą z Warty, albo ranną rosą, mama przeforsowała tradycję i tato zaczął głowić się, gdzie będzie najbliższy kościółek. Kilka kilometrów dalej, nad rzeką była niewielka wieś, więc ruszyliśmy na poszukiwanie księdza. Wyskoczyłam niczym Bosman z pchacza na ląd i popędziłam do wsi, jednak szybko ostudzono moją radość, bo ksiądz już był, poświęcił pokarmy pod krzyżem i pojechał do kolejnych wsi. Wypytałam mieszkańców o trasę księdza i ruszyliśmy w pościg. W kolejnej wsi, znowu pudło, właśnie odjechał. W następnej to samo. Ale jest szansa, bo teraz będzie już święcił w kościele w większej wsi. Tylko, że drogi prowadzą prosto do wsi a rzeka wije się i wije, a pchacz to nie motorówka, do tego w górę rzeki płyniemy, więc zagryźliśmy wargi w niepewności, czy zdążymy.
        Zdążyliśmy, wpadłam do kościółka z uśmiechem od ucha do ucha. W szortach i zakurzonych sandałach, bo cały ranek biegałam po wiejskich drogach, wzbudzałam zainteresowanie mieszkańców. Dla wyjaśnienia rzuciłam tylko, że ja z barki, co dla mnie wiele tłumaczyło, ale mieszkańców jeszcze bardziej zaciekawiło. Potem już spacerkiem wróciłam na pchacza. Gdybym wówczas miała telefon, albo aparat, pewnie teraz wrzuciłabym kilka zdjęć wystylizowanego koszyczka na poboczu wiejskiej drogi, albo uroczego kościółka, albo moich umęczonych nóg opartych o poller, gdy już wróciłam na pchacza. Ale nie mam takich zdjęć, więc musicie sobie to wyobrazić. Powiem tylko, że było cudnie. Było po naszemu. I tego wszystkim życzę, obchodźcie święta po swojemu, jak wam serce dyktuje.

Ależ miałam szczęście

        Opowiem Wam o mojej przedświątecznej przygodzie z prezentami. Brat poprosił mnie, żebym kupiła za niego prezent dla mamy, która jest właśnie w tracie remontu kuchni i będzie miała płytę indukcyjną a na niej nie działają jej stare garnki. Brat chciał podarować mamie komplet nowych, wiedział, że mama ucieszy się z takiego prezentu. Tylko, że brat pracuje za granicą, przyjeżdżał do nas w Wigilię, więc wysłał mi pieniądze i poprosił, żebym na miejscu coś wybrała, żeby nie wozić tych garnków a poza tym, pewnie wybiorę coś lepszego niż on, bo więcej gotuję i lepiej się znam.
        W połowie grudnia miałam już kupione i schowane prezenty ale wiecznie nie miałam czasu zapakować. Na dzień przed Wigilią przyjechała mama bo miałyśmy razem pichcić. Jednak szybko okazało się, że mam za mało garnków, bo ja też mam nową płytę i część garnków na niej nie działa. Mama martwiła się w czym nastawić kompot, gdy ja wpadłam na świetny pomysł i delikatnie rozpakowałam pudło z garnkami mamy.  Jak to dobrze, że nie zapakowałam ich już ozdobny papier, pomyślałam. Wydobyłam ten największy, pamiętając jak wszystko było ułożone. Gdy kompot przelejemy do dzbanków, garnek wróci na swoje miejsce. Mama ucieszyła się, że wynalazłam jeszcze jeden garnek, doceniła, że taki ładny i ma miarkę w środku i że też będzie sobie musiała takie kupić do nowej kuchni, po czym nagle klops, bo garnek nie działa. Ja zdziwiona, bo przecież dobre pół godziny wybierałam te garnki i dokładnie sprawdzałam czy do indukcji, więc o co teraz chodzi. Pobiegłam do pudła, sprawdzam a tam ani słowa, że to do indukcji. Wkurzyłam się na siebie, że ja taka roztargniona, powycierałam garnek, zapakowałam pięknie w folijkę, poukładałam tak jak było, odwróciłam uwagę mamy i za jej plecami przebiłam się z kartonem do garażu. Wróciłam jeszcze po torebkę, w której powinnam mieć paragon, ale mimo kilkukrotnego przetrząśnięcia jej zawartości, niczego nie znalazłam. Owszem, miałam pełno innych paragonów, na przykład z warzywniaka na buraki, ze spożywczaka na dorsza i śledzie, ale na garnki nie było. Ja, z moją manią zbierania paragonów, wyrzuciłam ten najważniejszy! Mąż by się uśmiał, bo to zawsze on wyrzuca paragony, dzięki czemu zostaliśmy po malowaniu z dwoma baniaczkami gruntu, bo nie ma jak zwrócić. Ale co tam grunt za kilkanaście złotych, garnki kosztowały kilkaset. Sytuacja, można by rzec beznadziejna, ale uznałam, że muszę spróbować, no bo po co mi komplet nie działających garnków. No i nie miałam prezentu dla mamy. I tak musiałam jechać kupić nowe, tylko najpierw trzeba było pozbyć się tych bezużytecznych i odzyskać niemałą kasę.
        Podeszłam uśmiechnięta do Serwisu Klienta, grzecznie się przywitałam i opowiadam jaka to ze mnie gapa, bo miały być do indukcji, bo mama ma remont i tak się ucieszy z nowych garnków, a właśnie wzięłam się za pakowanie i widzę, że to nie do indukcji i że chciałabym wymienić.
- Znaczy, chce pani zwrócić.
- No tak, oddać te i zaraz idę kupić drugie.
- Może pani oddać towar, proszę o paragon.
- Hmm, no sęk w tym, że wyrzuciłam go w przedświątecznym szale sprzątania.
- Paragon, jako dowód zakupu jest podstawą reklamacji – sprowadziła mnie na ziemię pani z serwisu
W tym momencie zrobiłam zrozpaczoną minę, bo faktycznie nie było mi do śmiechu, ale spytałam jeszcze czy na pewno nic nie da się zrobić, bo przecież zawsze przy kasie skanują kartę klienta, może tam jest historia moich zakupów, bo ja przecież jestem stałą klientką a te garnki to kupowałam wtedy i wtedy. A jak nie można wypłacić gotówki, to może jakiś bon bo ja przecież i tak zaraz idę na halę po nowe garnki, a w ogóle tyle lat już tu kupuję, przecież wiadomo, że to u nich zakupione. Wpadłam w słowotok, ale tak bardzo chciałam odzyskać choć część tego co bezsensownie wydałam. Pani wzięła moją kartę klienta, coś postukała na komputerze, wydrukowała kilka kartek i oznajmiła, że nie może zrobić wymiany, ale z tym dokumentem mam podejść do kasy zwrotów i tam mi wypłacą pieniądze a co ja z nimi zrobię to już moja sprawa. Patrzyłam na nią przez chwilę z niedowierzaniem, podziękowałam i pobiegłam do kasy, jakbym bała się, że pani zaraz się rozmyśli.
        Wróciłam z gotówką na halę, patrzę na regał z garnkami i już wiem skąd całe to zamieszanie. Owszem, wybrałam właściwe garnki. Pudełko, które oglądałam nadal stało na półce, tylko było otwarte i rozerwane a obok stały takie same pudełka, tylko nie aż tak rozbebeszone. Pamiętam, że pooglądałam garnki w tym otwartym pudełku, uznałam, że są dobre, ale skoro to na prezent to wzięłam to ładnie zapakowane nie zauważając, że na nim nie było napisu o przeznaczeniu do indukcji. Oba komplety garnków były w tej samej cenie, tak samo zapakowane, a różniły się jednym, małym napisem. Tym razem wzięłam to rozerwane pudełko, bo innych już do indukcji nie było. Oddałam przy kasie dokładnie to co dostałam w kasie zwrotów i podeszłąm jeszcze do Serwisu, bo w całym tym swoim przejęciu, zapomniałam złożyć miłej pani Wesołych Świąt.
Wróciłam do domu, gdzie zastałam mamę z bezradnie rozłożonymi rękami mówiącą
- No ja nie wiem jak przygotujemy tą Wigilię, mamy za mało garnków.
- Oj mamo, nawet nie wiesz jak to dobrze, że mamy za mało garnków – uśmiechnęłam się z ulgą i dodałam – zaraz coś wymyślimy. Mama nie rozumiała mojej radości. Z czego tu się cieszyć, pomyślała. Ale następnego dnia rozumiała już sens moich słów i dodała, że ja to jestem jak kot, zawsze spadam na cztery łapy.

Remanent na blogu i na ścianie

        Przyszedł grudzień i pora na zmianę stylistyki jesiennej na zimową. Pozostaję w końskim temacie bo to przepiękne zwierzęta. Ponadto moja zdolna imienniczka Milena jest autorką klimatycznego zdjęcia. Bohaterką nagłówka jest klacz Mysza, pierwszy koń mojej szwagierki Elwiry. Miałam okazję dosiadać tej silnej oraz odważnej kobyłki i muszę przyznać, że zdjęcie idealnie oddaje jej charakter.
Koń autorstwa gimnazjalistki Kasi   
     Temat koni pociągnę dalej ale w kontekście tego jakie mamy zdolne dziewczyny w rodzinie. Ostatnio Kasia, siostrzenica męża podarowała mi piękny rysunek konia. Dodam, że Kasia obecnie uczy się w gimnazjum plastycznym i poważnie myśli o rozwijaniu talentu. Ma jednak spory dylemat, jak pogodzić miłość do koni z poświęceniem jakie trzeba włożyć w doskonalenie warsztatu plastycznego. O tym ile pracy wymaga zbudowanie pozycji artysty wiedzą starsze siostry Kasi, które nadal są na swoim artystycznym dorobku. 
       Śledząc od kilku lat przebieg kariery Mileny i Joanny, wiedzę jak niewdzięczne jest życie artysty, który wkłada wiele pracy w swoje dzieła a one i tak przegrywają z masowymi reprodukcjami z sieciówek. Niestety ściany polskich domów najczęściej zdobią płaskie wydruki gdyż przyjęło się przekonanie, że oryginalne dzieła są drogie. Sama również kierując się takim stereotypem, swój dom ozdobiłam co prawda mało znanymi, bo długo wybierałam wyjątkowe prace, aczkolwiek nadal reprodukcjami.  Z czasem, odwiedzając artystyczną rodzinę, zaczęłam  dostrzegać różnice między wydrukiem a pracą na której widać kreskę artysty, ślady pędzla bądź kredki.
powyżej praca autorstwa Joanny
koń autorstwa Mileny
kot autorstwa Mileny
Sukcesywnie wymieniam w domu oprawione wydruki na oryginalne dzieła i muszę przyznać, że koszt tych drugich wcale nie jest dużo wyższy niż reprodukcji. I pomijam tu fakt, że kupując u rodziny dostaję atrakcyjną cenę, ale nawet pełna cena nie jest tak wysoka jakby nam się pierwotnie wydawało. Szczególnie, gdy porównamy ją z obrazami z sieciówek, gdzie można kupić wysokiej jakości wydruk na płótnie. Takie obrazy mają więcej głębi niż wydruk na papierze ale zawsze pozostają wydrukiem, wielokrotnie powtarzanym i spotykanym w różnych domach. Kupując pracę młodego artysty wyda się  podobną kwotę ale na naszej ścianie zawiśnie dzieło czyichś rąk, jedyne w swoim rodzaju. Obecnie dla mnie to zasadnicza różnica i trochę załuję, że wcześniej byłam taką ignorantką w tym temacie.
        Zbliżają się Święta, między innymi czas wzajemnego obdarowywania. Uważam, że prezenty własnej roboty najlepiej nadają się na takie okazje, bo to nie tylko dar ale też gest świadczący o zainteresowaniu obdarowaną osobą. Zrobienie czegoś tylko z myślą o bliskim nadaje darowi szczególnej miary. Jednak nie każdy a przynajmniej nie ja, jest utalentowany. Moje dzieła przypominają raczej prace przedszkolaków. Dlatego coraz częściej decyduję się na zamówienie wyjątkowej pracy u młodych artystów. Osobiście wybieram temat pracy, konsultuję go z wykonawcą i dobieram styl do upodobań obdarowanego. Dla przykładu, zamówiłam ostatnio u Mileny ręcznie malowane filiżanki. Zapewne znalazłabym w sklepie piękne filiżanki, które spodobałyby się mojej koleżance, ale te zamówione są jedyne w swoim rodzaju i zrobione specjalnie dla niej. Według mnie dlatego są lepsze niż ogólnie dostępne fabrycznie drukowane filiżanki.
        Wiem, że o gustach się nie dyskutuje i zapewne niekoniecznie każdemu spodobały się przykładowe prace zamieszczone na blogu. Jednak w naszym pięknym kraju żyje wiele utalentowanych ludzi, którzy każdego dnia borykają się z masowymi dekoracjami rodem z Chin czy Tajwanu, dlatego według mnie warto poszperać w sieci a nie tylko w sieciówce i znaleźć rodzimych i zdolnych artystów.

Białe Święta

Durnowata ta pogoda. Takiej ilości śniegu pozazdrościlibyśmy sobie na niejedne Boże Narodzenie. Zwykle o tej porze w ogrodzie już co nieco kwitnie i powietrze pachnie wiosennie. A teraz zimno i pada… śnieg. Uwielbiam wiosną zapach świeżości w wypucowanym domu. Kurze wymiecione, firanki wyprane, okna lśniące, pachnąca pościel i od razu człowiekowi tak optymistyczniej się robi. Człowiek chce zmian, tej wiosny i radości. W tym roku koleżanka umyła okna i z przerażeniem stwierdziła, że zamarzają. No co jak co, ale lodowe wzorki na szybie to nie jest Wielkanocna ozdoba, więc włączyła suszarkę do włosów i ogrzewała nią szyby. Przechodnie patrzyli na nią ze zdumienie, ale jakoś sobie trzeba radzić z tą przewrotną pogodą. U mnie za to chłopcy się uradowali, że znowu są święta i spytali kiedy jedziemy po choinkę. Znają już Wielkanoc ale jakoś aura im zupełnie nie pasuje i pomyśleli, że w tym roku taki prezent od losu i dwa razy Mikołaj przyniesie podarki. Rano było trochę chłodno, więc zapaliłam w kominku. Zapachniało palonym drewnem, usiadłam z kawą i spojrzałam w okno. Na parapecie ozdobne baranki i zajączki a za oknem śnieg. Dla podkreślenia nastroju, posypałam kawę cunamonem. Trzeba skorzystać z takiego niepowtarzalnego klimatu białych Świąt… Wielkanocnych. Zawsze w życiu trzeba widzieć tą lepszą stronę, drugi raz takie zestawienie może się nie trafić.