Archiwa tagu: rodzina

Leniuchujemy

        Leniuchujemy tak bardzo, że trochę mi wstyd. Ale po miesiącach ciężkiej pracy, w końcu człowiek musi odpocząć i nacieszyć się swoim domem. A dzieci chcą się nacieszyć mamą, która w końcu nie gania po składach budowlanych, nie jeździ 5 razy dziennie na budowę i nie wertuje internetu w poszukiwaniu idealnego dywanu czy lampy. Wykorzystujemy przerwę świąteczną w szkole i robimy sobie swoje rodzinne święto. Mąż przyłącza się do nas dopiero wieczorami, bo ktoś musi pracować aby bawić się mógł ktoś, więc dzielnie walczy z terminowym rozliczeniem i odgraża się, że jak tylko zamknie w firmie rok, to wyjedziemy w góry. No tak, warto byłoby już chłopców nauczyć jeździć na nartach. Starszy nie może się doczekać a młodszy ma lekkiego pietra. Kilka dni temu szukałam dla dzieci kursu nauki pływania. Starszy Filipek oczywiście ucieszył się bardzo i już roztaczał wizje jak będzie skakał do wody i szalał na basenie a Pawełek powiedział, żeby go nie zapisywać.
- Jak to, nie chcesz nauczyć się pływać – dopytywał Filip
- Nie chce, bo już umiem
- Nie umiesz
- Umiem, bo pływałem nad morzem – wyjaśniał Paweł
- Nie pływałeś, bo rękami dotykałeś dna
- W wannie też umiem pływać
- Ale w wannie się nie pływa. A jak będziemy płynąć promem i on zacznie tonąć to co? To też się utopisz! – przewidywał Filip
- Nie utopię, bo wejdę do szalupy
- A jak zabraknie szalup tak jak na Titanicu?
- Dla mnie nie zabraknie, bo pierwszych ratują kobiety i dzieci
- A jak będziesz dorosły i nie będziesz umiał pływać to może dla ciebie zabraknąć szalupy
- To wtedy nie będę płynął statkiem – Paweł uciął dyskusję
Po czym podszedł do okna, sprawdził czy nadal nie ma śniegu i powiedział, żeby jego zamiast na naukę pływania, zapisać na naukę jazdy na nartach, ale dopiero jak spadnie śnieg. Ciekawe co dzisiaj wymyśli, bo właśnie spadł biały puch i jest bajkowo.

Wspomnienie bałwana

        Żar się z nieba leje, człowiekowi nic się nie chce ale jakieś minimum trzeba wykonać. Wstałam dzisiaj nad ranem i nie mogłam już zasnąć. Uznałam, że lepiej będzie wykorzystać ten czas na nadrobienie prac w ogrodzie, bo chwasty urlopu nie mają i rosną jak szalone. Niestety komary również się nie wczasują i gdy tylko mnie wyczuły, takie się aktywne zrobiły, że zmykałam do domu. Człowiek marzy o domku z ogrodem a potem mu tylko pielenie zostaje i walka z komarami. A jeszcze do tego większy metraż do sprzątania, więc ostatecznie wykorzystałam czas na ogarniecie domu. Uznałam, że pomysł z porannym wstawaniem nie jest głupi i może warto wzorem południowców jakąś sjestę wprowadzić i przeorganizować sobie dobę na czas upałów.
        Szykowałam w pośpiechu obiad, aby uwinąć się jeszcze przed największą duchotą i wynieść z nagrzanej kuchni. W garnku pyrkały już warzywa na leczo. To moja ulubiona letnia potrawa, bo potem wystarczy tylko podgrzać i mam z głowy obiad na dwa dni. Gdy tak się śpieszyłam, młodszy stale miał do mnie jakieś sprawy. A to pokazywał mi zabawki, prosił o pomoc w układaniu puzzli aż w końcu otworzył szafkę, wygrzebał foremki i z entuzjazmem wykrzyknął: mamo, upieczmy ciasteczka! Westchnęłam, że to mało rozsądny pomysł, aby włączać piekarnik w taki upał. Ale syn niezrażony nadal wyszukiwał zajęcia dla matki, więc w końcu mówię:
- Dziecko kochane, daj mamie chwilę na dokończenie obiadu zanim się tu zupełnie roztopię. Zajmij się czymś, czymkolwiek, ale na chwilę się zajmij.
Na co mój trzylatek zupełnie poważnie:
- Chciałbym się zająć tatą ale jest w pracy więc muszę tobie zawracać głowę, wybacz.
Cóż za szczerość. I jak tu się złościć na takiego mądralę. Na szczęście poszedł na chwilę, po czym wrócił z pytaniem:
- A jak się roztopisz? Jak ten nasz bałwan na wiosnę?
Uśmiechnęłam się do siebie na wspomnienie zimy, taka była długa i śnieżna. Tak bardzo wszyscy czekaliśmy na cieplejsze dni a teraz najchętniej przytuliłabym się do takiego zimnego bałwana.

Co człowiek złączył, człowiek rozdziela

Oglądałam wczoraj reportaż o rozwodach kościelnych, a dokładnie o stwierdzeniu nieważności związku małżeńskiego, bo tak to się dokładnie nazywa. Kiedyś słyszałam, że „rozwody kościelne” teoretycznie są możliwe, ale ilość warunków jakie trzeba spełnić czyniła je praktycznie bardzo rzadkimi. Mówiło się o kilku przypadkach rocznie. Obecnie liczba wniosków o unieważnie wzrosła do 11 tyś rocznie! Co takiego się wydarzyło?
Zawsze wpajano mi, że ślub kościelny jest nierozerwalny, na zasadzie co Bóg złączył, człowiek niech nie rozrywa. Nie ważne, że mąż wszystko przepija, nie pracuje, bije żonę i dzieci. Ksiądz takiej biedaczce mówił, że skoro przysięgała to ma wytrwać, inaczej będzie żyła w grzechu. Nie ważne, że mąż znalazł sobie nową partnerkę, wypiął się na żonę, nie interesuje się dzieckiem, nie chce ich znać, żona musi mu dochować wierności do śmierci, bo inaczej popełni grzech cudzołóstwa. Były dwa argumenty, aby unieważnić ślub kościelny, impotencja i zatajona choroba psychiczna. Obecnie w prawie kanonicznym coraz częściej wykorzystywanymi argumentami są niedojrzałość do zawarcia związku małżeńskiego i przymus zewnętrzny. Jak dla mnie to już nawet nie uchylona furtka a szeroko otwarta brama do „rozwodu kościelnego”. Tych przeszkód do zawarcia związku małżeńskiego w prawie kanonicznym jest więcej ale te dwie są bardzo często wykorzystywane. Znam to z autopsji. Od kilku lat przy okazji każdej kolędy, ksiądz namawia nas a nawet twierdzi, że to nasz obowiązek, aby mąż unieważnił swój ślub kościelny z pierwszą żoną. Pierwszy raz jak to usłyszałam to zdębiałam. Gdy poznałam mojego przyszłego męża, wiedziałam, że miał żonę i ma syna. Rozstali z powodu tak zwanej niezgodności charakterów. Miałam świadomość, że będziemy mogli zawrzeć tylko ślub cywilny. Nie jestem głęboko wierzącą katoliczką, więc nie było to dla mnie istotne. Być może gdyby nie było przeszkody to również nie brałabym ślubu kościelnego, nie zależy mi na nim, choć traktuję go jako bardzo poważną przysięgę. Jednak mimo wszystko namowy księdza mnie zaskakują. Zwłaszcza, że kieruje je głównie do mnie, argumentując moralnym obowiązkiem wobec naszych dzieci. Ksiądz dopytywał się męża jakie były okoliczności jego ślubu kościelnego i gdy usłyszał, że rodzice powiedzieli: „jak chcecie zamieszkać razem to tylko po ślubie”, to uznał że to bardzo dobra przesłanka i powinniśmy iść tym tropem. Gdy mąż jeszcze dodał, że był wtedy bardzo młody i nie do końca sobie zdawał sprawę z czym wiąże się małżeństwo, to ksiądz był przekonany o konieczności przeprowadzenia procesu. Zaczęłam dyskusję, że tak to może połowa małżeństw wystąpić o stwierdzenie nieważności.
Pamiętam wywiad z pewną głęboko wierzącą katoliczką, której mąż po czterdziestu latach małżeństwa oznajmił, że odchodzi. Zakochał się. Był to dla niej ogromny dramat. Gdy po pół roku w miarę się otrząsnęła, przyszedł drugi cios, wezwanie na przesłuchanie w sprawie o stwierdzenie nieważności jej długoletniego małżeństwa. Po trudnym procesie sąd kanoniczny ostatecznie stwierdził nieważność ich małżeństwa co prawie doprowadziło ją do obłędu. Nie potrafiła zrozumieć, że kawał jej życia to była fikcja, że jej dzieci urodziły się z tak zwanego nieprawego łoża, że tyle lat żyła w grzechu.
Zawsze wydawało mi się, że ślub kościelny to taki filar, nie do podważenia. Z drugiej strony sytuacje życiowe są bardzo różne i dobrze, że jest furtka. Jednak czy potrzebna jest otwarta na oścież brama? Tąpnęło ale rysa poszła po całości. Czy to dostosowanie się kościoła do zmieniającego świata, czy rozluźnienie twardych reguł jest nam potrzebne i wyjdzie na dobre? Co sądzicie, bo ja mam trochę mętlik w głowie.

Śniadaniowe slow life

Wracając ze spaceru z psem, spotkałam sąsiadkę, która była już zaniepokojona tym, że ostatnio mnie nie widuje. Zajrzała nawet na bloga, aby dowiedzieć się co u nas, a tam też głucha cisza. Ostatnio mniej się odzywałam dlatego, że miałam gości. Co prawda tacy goście to jak nie goście, bo wszyscy swoi jednak pracy kulinarnej miałam troszeczkę więcej. Przez cały tydzień była u nas Babcia i mój brat. Chłopcy byli zachwyceni takim towarzystwem. My z mężem również, przede wszystkim dlatego, że generalnie lubimy przyjmować gości ale w tym przypadku korzyścią było trochę odpoczynku od dzieci. Ponadto mama mi pomagała w domu, brat zabierał chłopców na wycieczki i wszyscy byli zadowoleni. Dzisiaj rodzina rozjechała się w swoje strony a od jutra powrót do rzeczywistości. Czyli pobudka o świcie i marsz do pracy i do przedszkola. Ostatnio mogliśmy z mężem pospać trochę dłużej, więc jutro będzie brutalny poranek. Chłopcy co prawda budzili się o zwykłej porze, ale słyszałam tylko tupot ich bosych stóp i pukanie do pokoju Babci. Zerkałam na zegarek i zazwyczaj było grubo przed siódmą, jednak Babcia witała ich radośnie. Słyszałam jak jeszcze schodzili na dół a my z mężem odwracaliśmy się na drugi bok. Taki nasz mały raj.
A na dole chłopcy z Babcią parzyli kawę. Młodszy uwielbia sypanie zmielonych ziaren do kubeczków, wie już kto jaką lubi. Czasem z poważną miną pyta: mocną czy słabą? A pod nosem sam sobie mruczy: tato lubi mocną a mama i babcia słabą. Starszy natomiast najchętniej je, gdy wszyscy siedzą przy suto nakrytym stole. Lubi pomagać przy nakrywaniu do stołu a potem głośno krzyczy: obiad. I nie ważne, że to pora śniadania, dla niego okrzyk obiad jest jak zapraszam do stołu. Chłopcy z Babcią zazwyczaj z samego rana coś tam przekąszali a my schodziliśmy na drugie śniadanie. Mój syn chyba ma to po mnie bo ja też lubię biesiadować. W ogóle lubię zapach domu o poranku, zwłaszcza leniwym. Gdy otwarte po przebudzeniu okna wpuszczaj świeże powietrze. Ucieka zapach nocy i piernat a wkracza rześkie i nieco chłodne powietrze mieszające się z zapachem mojego ulubionego balsamu do ciała i wody kolońskiej męża. A potem, gdy schodzimy na dół, wszędzie unosi się aromat świeżo parzonej kawy, pieczywa i pomidorów posypanych szczypiorkiem z własnej grządki. Szczerze mówiąc wystarczy mi z rana nawdychanie się tymi wszystkimi zapachami i mogę nie jeść do południa. Najchętniej sączyłabym kawę i cieszyła się obecnością bliskich. Jednak gdy tak ponastawiam na stole tyle dobra to aż żal nie skubnąć. Ostatnio hitem był wynalazek, który powstał w skutek mojej empatii. Wysiałam sałatę w donicy i powinnam poprzerywać siewki, aby zmniejszyć zagęszczenie i pozwolić roślinom zawiązać główki. Jednak, gdy mam usunąć niektóre rośliny, to mi ich żal. Tyle dały z siebie i wykiełkowały z takiego małego nasionka, a ja mam je teraz skazywać na kompostownik? Nie potrafiłam „poprzerywać” sałaty a za dużo było na robienie rozsady. Zrobił się straszny gąszcz i w końcu zaczęłam wyrywać poniektóre sadzonki. Stwierdziłam, że to już rewelacyjna sałata, nawet lepsza, bo młodziutka i codziennie robiłam sałatkę na bazie młodych liści. Jednego dnia z fetą, pomidorem i odrobiną oliwy, kolejnego z rzodkiewką, ogórkiem i sosem winegret, ale pyszna też była ze szczypiorkiem, jajkiem na twardo i sosem tatarskim. Pomysł z sałatą można zastosować nawet na balkonie, moja rośnie na tarasie, bo zabrakło dla niej miejsca w ogródku. Kiedyś wysiałam do donicy rukolę i była pyszna. Polecam to rozwiązanie dla mieszkających w blokach.
Na moim porannym stole zazwyczaj królują jajka, takie od kur z sąsiedztwa co znają radość grzebania w ziemi. Nie wiem jak to wytłumaczyć ale ja czuję różnicę w smaku między jajem ze wsi a tym fermowym. Może to jest jak placebo, może nie ma różnicy ale dla mnie jest kolosalna, w świadomości. Fakt, że kura ma normalne życie, wstaje o świcie i penetruje podwórko, a potem niesie się w kurniku a nie siedzi stale w drucianej klatce, jej tryb dnia ustala światło żarówki, a pasza zawiera barwniki aby żółtko ładnie się żółciło, ma dla mnie znaczenie. Odkąd mieszkam na wsi, mam dostęp do jaj szczęśliwych kur. Jednak wcześniej też kupowałam „zerówki” i „jedynki”. Mąż czasem marudził, że zwykłe jajka są po 40 groszy a ja kupuję te po złotówce. Jednak coś za coś. Teraz też kupując od gospodyni płacę 80 groszy i wiem, że to i tak cena po znajomości. Tak na prawdę utrzymanie kur, wykarmienie wartościowym ziarnem nie jest tanie. Rozumiem tą cenę jajka. Ferma się opłaca bo kury są faszerowane lekami, aby nie chorowały, paszą GMO i barwnikami, aby ładnie jajka wyglądały. A zamiast słońca widzą jarzeniówkę, która reguluje ich tryb życia i częściej mają dzień. Człowiek a nie natura decyduje jak często się niosą. To ja już wolę zapłacić więcej.
Na naszym śniadaniowym stole zazwyczaj goszczą jaja na twardo z sosem tatarskim, jaja faszerowane, jajecznica i omlet, a tu to już bogactwo możliwości. Ja najbardziej lubię z oscypkiem ale nie zawsze mam ten prawdziwy, mąż lubi z wędzonym łososiem, ale też ten soute jest dobry i wtedy dobieram sałatki oraz sosy do smaku. Na śniadanie serwuję też twarożek ze szczypiorkiem i rzodkiewką, oczywiście własnej roboty. Czasem pastę z wędzonej makreli z jajkiem, kiszonym ogórkiem i odrobiną majonezu. A do tego różne, wcześniej wspomniane sałatki, ewentualnie sery. Właśnie sobie uświadomiłam, że na naszym porannym stole nie ma wędlin. Jako wegetarianka wcale o nie nie zabiegam, ale mięsożerny mąż też nie jest nimi zainteresowany. Tak na prawdę, to nie pamiętam kiedy ostatni raz kupiłam jakąś szynkę czy polędwicę . Ostatnio Babcia przywiozła domową kiełbasę, którą dostała od znajomych rolników. Zniknęła w jeden dzień, ale musze przyznać że pachniała wyśmienicie. Nie jem mięsa ale gotuję po zapachu i czułam, że ta pachnie zdrowo. Sama nie jem mięsa bo nie lubię i nie chcę przyczyniać się do zabijania. Ale nie narzucam tego mojej rodzinie i innym. Choć jak oglądam materiały o kolejnych aferach mięsnych to czasem myślę: jak wy to możecie jeść? Gdy widzę jak odświeża się starą wędlinę, albo gdy zakłady mięsne przyjmują zwroty ze sklepów i je podrasowują lub wrzucają do nowych produkcji to mnie mdli. Karmię moich mięsożernych mężczyzn i czuję się odpowiedzialna za ich zdrowie. Dlatego wolę gotować na bazie surowego mięsa a wędlin nie uznaję. Jest tyle możliwości, że wszyscy mogą się najeść, a niestety nawet przejeść, nie jedząc ani grama wędliny.
Trochę zboczyłam z tematu, ale to wyniknęło w trakcie. W końcu blog nazywa się się: moje slow life i to jest element tego slow life. Będąc wegetarianką nie narzucam innym mojego wyboru ale dbam aby to jak żyjemy i to co jemy było zdrowe. Według mnie wędliny nie są zdrowe. Są pełne solanki i konserwantów, gdyż wędzenie to fikcja. Nawet kiełbasa wyglądająca na wędzoną może być barwiona i aromatyzowana. Sama czytam dokładnie etykiety i za głowę się łapię. Jedyna wędlina czy kiełbasa, którą uznaję to ta zrobiona przez rolnika na jego własny użytek. Niestety taka jest często bezcenna, bo oni to robią dla siebie i dla rodziny. Znam wiele osób żyjących z gospodarstw, którzy nie kupują wędlin w sklepach, bo uznają je za produkt mięsopodobny, pełen sztucznych dodatków. To co piszę, nie jest efektem rozhisteryzowanej wege ale to doświadczenie pani domu. Mam rodzinę na Podlasiu, która hoduje świnie a potem robi własne kiełbasy, szynki itp. Kolor, zapach i konsystencja są unikatowe. Moim zdaniem zakłady mięsne oszukują i wolę kupić kawał mięsa, zmielić i zrobić swój pasztet niż kupować podejrzaną szynkę. Polecam takie rozwiązanie dla tych co wolą wiedzieć co jedzą. Pewnie jeszcze poruszę ten temat.
Wracając do śniadania, to jestem przekonana, że to najwartościowszy posiłek. Znacie to? „Śniadanie zjedz sam, obiadem podziel sie z przyjacielem a kolację oddaj wrogowi.” Ja znam, tylko co mam zrobić jak największy apetyt czuję o dziewiątej wieczór? Jednak rozsądek wygrywa i z rana dużo nakrywam, głównie gdy mamy wolny dzień. Bo gdy wszyscy się śpieszą to podtykam gotowe kanapeczki i owsianki a biesiadowanie zostawiam na wieczór. Nasze śniadanie to efekt wieczornej pracy. Przed spaniem szykuję twarożek, dodając szczypior urwany podczas wieczornego wyprowadzania psa, albo szykuję pastę z makreli i wkrajam ogórek oraz jajo myśląc o porannym smaku, bo wiadomo, że jak się przegryzie przez noc to będzie smaczniejsze.
Podsumowując, mam kawałeczek ziemi i z niego korzystam. Zachęcam innych, aby też uprawiali swoje rośliny, bo to proste, tanie i zdrowe. Jednak wiele rzeczy można wyhodować też w donicy, na własnym balkonie. Wszystko to kwestia podejścia do życia.

Dzieci tak szybko dorośleją

        Kilka dni temu byliśmy z dziećmi u rodziny. Ostatni raz tamte strony odwiedzaliśmy prawie rok temu. Spotkanie rodzinne było bardzo miłe. Dodatkowo skłoniło mnie i męża do pewnej refleksji. W domu tak bardzo tego nie dostrzegaliśmy, gdyż pewne rzeczy umykały nam w trakcie codziennych spraw. Będąc w gościach zauważyliśmy jak bardzo nasi synowie wydorośleli w ciągu tego roku.
        Do kolacji szwagierka jak zwykle dla całej naszej czwórki przyszykowała dwa nakrycia. To ze względów praktycznych, gdyż gdy zasiadała przy stole cała, kilkupokoleniowa rodzina, robi się już dość ciasno. Dlatego dotychczas zawsze braliśmy chłopców na kolana, szybko karmiliśmy i wysyłaliśmy do zabawy a dorośli dalej biesiadowali. Tym razem oboje z mężem byliśmy pozytywnie zaskoczeni jak nasi synowie pobiegli sami umyć ręce, bo już do wszystkiego dosięgają, usiedli przy stole i zaczęli sami jeść. W sumie w domu tak jest zawsze i nas to nie dziwi. Dopiero teraz, gdy nie miałam gdzie usiąść, bo powiedzieli, że są za duzi aby siedzieć nam na kolanach, zrozumiałam, że oni faktycznie dorośleją. A potem szwagierka zapytała jak nam pościelić, kto z kim śpi i tym razem ona była zaskoczona, że dzieci osobno i my osobno. Wcześniej w gościach, dzieliliśmy się z dziećmi. Też ze względów praktycznych, bo chłopcy budzili się jeszcze w nocy i gdy nie było nas blisko, potrafili się rozpłakać, albo rozbudzić zupełnie. Nie chciałam, aby w ten sposób budzili cały dom, dlatego dzieliliśmy się z mężem dziećmi i każde z nas spało z jednym z synów aby w razie czego szybko uciszyć malucha i ponownie uśpić. A teraz chłopcy przesypiają już całą noc, nie muszę się martwić, że postawią na nogi cały dom. Oni spali osobno a ja w końcu w gościach się wyspałam, bo nie musiałam czuwać i do nich wstawać. Doceniam ten komfort.
        Rankiem przyszła kolejna refleksja. Zaraz po przebudzeniu chłopcy szybko się ubrali i sami zeszli na dół bawić się, mogliśmy z mężem jeszcze poleżeć. Wcześniej nie schodzili sami, bo w domu są dość strome i do tego mocno kręcone schody. Sama czasem mam kłopoty z poruszaniem się po nich. Minął rok, dzieciaki podrosły, sięgają wszędzie aby sobie zapalić światło, otworzyć drzwi i radzą sobie na niebezpiecznych schodach. W domu pewne rzeczy dzieją się etapami i nie dostrzegam tak łatwo ich postępów a tym razem mogliśmy zobaczyć różnicę w rozwoju dzieci na przełomie kilku miesięcy.
Miłe było też to, że mogliśmy swobodnie uprawiać życie towarzyskie a dzieci same sobie radziły w obcym domu, bo już fizycznie dorosły do pokonywania barier. W pewnym momencie poszły na górę i zabawiły tam dłuższą chwilę. Wtedy pojawiła się kolejna refleksja, że już niedługo każdy z nich będzie miał swoje sprawy i poznikają w swoich pokojach, tak jak ich starsze kuzynki. Teraz dzieciaki uwielbiają z nami siedzieć, dużo z nami rozmawiają, pytają, aranżują wspólną zabawę. To bardzo miłe chwile i uwielbiam to ale nie byłabym szczera gdybym nie przyznała, że czasem ta ich obecność nam ciąży. Czasem człowiek ma ochotę na chwilę wytchnienia. Jednak gdy obserwuję, że coraz częściej zajmuję się sami swoją zabawą to dociera do mnie jak krótko dzieci są tak blisko rodziców.
        Spakowałam właśnie dwa kartony dziecięcych ciuszków dla spodziewającej się synka  koleżanki. Mąż na początku się ze mnie podśmiewywał, że pakuję i płaczę. Stwierdził nawet, że jak mi tak żal tych ciuchów to nie muszę ich przecież oddawać. Ale to nie o to chodziło. Gdy wyjęłam te malutkie, maciupeńkie śpioszki i przypomniałam sobie, że całkiem niedawno trzymałam na rękach niemowlaka w nie ubranego to łzy same leciały po policzkach. Pakowanie ciuszków skończyło się wielkim bałaganem i wyciągnięciem albumów ze zdjęciami. Maż się do mnie przyłączył i wspominaliśmy, że przecież całkiem niedawno chłopcy chodzili jeszcze w tym czy tamtym a teraz te spodenki czy sweterek wydają się takie maciupkie. To oni kiedyś byli tacy mali? Jak ten czas szybko płynie. Kiedyś różne osoby mi powtarzały, że ani się obejrzę a chłopcy wyrosną i wydorośleją. Wtedy te gadki traktowałam jak jakieś bajki. Myślałam sobie, że przecież mój malutki synek wcale tak szybko nie rośnie. Gdy patrzyłam na starsze dzieci, wydawało mi się, że pomiędzy nimi a moimi chłopcami jest przepaść i jeszcze minie wiele czasu zanim moi chłopcy będą tacy duzi. Ale okazało się, że czas płynie tak samo dla każdego i moje dzieciaki też urosły i też są coraz bardziej samodzielni.
        Kiedyś, gdy byłam zmęczona opieką nad niemowlakiem, marzyłam o tym aby poszedł już na nogi, aby w końcu już sam jadł, ubierał się, przesypiał noc. I to wszystko powoli nadeszło. Cieszę się, że chłopcy prawidłowo się rozwijają i zdobywają świat ale łza się w oku kręci, że już nigdy nie będą tacy jak kilka dni temu. Codziennie uczą się czegoś nowego, doskonalą umiejętności. Bardzo mnie to cieszy. Tylko czasem tęsknię za tym jak byli maluszkami. Dociera też do mnie jak ważne jest dbanie o dobre relacje z dziećmi, celebrowanie wspólnych posiłków, codziennej zabawy, rozmów i wieczornego czytania bajek. Pokazuję moim dzieciom, że są dla mnie ważne, że mam dla nich czas, że cenię ich zdanie. Mam ogromną nadzieję, że wraz ze wzrostem ich samodzielności, nasze relacje nigdy nie będą słabły.

Wybieram i zamawiam

        Znalazłam parę dni temu super sposób na podniesienie poziomu endorfin i dotlenienie się. A to wszystko za darmo i jeszcze dzieciaki miały świetną zabawę. Odbierając chłopców z przedszkola, wzięłam też ze świetlicy ich starszego kolegę. Czasem jak jego mama musi zostać dłużej w pracy, to odbieram go aby nie siedział w świetlicy do późna. Chłopcy wybawili się u nas a o umówionej porze odwieźliśmy go do domu. Jednak mama chłopca chwilę się spóźniła i musieliśmy poczekać na podwórku. Miałam do opieki trzech chłopców w wieku 3, 4,5 i 6 lat. Żadnych zabawek, tylko nas czworo i kawałek podwórka. Zaczęliśmy bawić się w chowanego. W domu często tak się bawimy ale co innego na obcym terenie. Pełno nowych kryjówek. Szukanie momentami sprawiało im kłopot ale ile mieli frajdy jak i ich nie można było znaleźć. Raz tak się schowałam, że wspólnie mnie szukali i darli się nawet „pobite gary”. A gdy mnie w końcu znaleźli to aż piszczeli z radości. Potem była zabawa w „raz, dwa, trzy baba jaga patrzy” i „gąski, gąski do domu”. Gdy przyjechała mama kolegi, przywitał ją tylko jęk zawodu. Sama też świetnie się bawiłam i żal było się rozstawać.
        Wcześniej w domu, chłopcy też zadbali o moje dobre samopoczucie. Ich wspólne teksty były rozbrajające. Kolega jest na etapie konfabulowania i opowiada jakie rewelacyjne zabawki ma na strychu. Mój straszy słucha tego z wypiekami na twarzy, bo kolega idealnie trafia w jego gusta. Oglądali razem ulotkę z hipermarketu i przekrzykiwali się wzajemnie:
- Moje, moje, ja to wybieram.
- Zamawiam, to będzie moje.
- A ja już takie mam.
- Taaaak? wow, a jak przyjdziemy do ciebie to będziemy mogli się razem pobawić?
- No ale ja to mam na strychu.
- To powiedz mamie, żeby zdjęła ze strychu.
- yyy, ale nie mogę, bo mama nie pozwala na strych wchodzić bo tam jest kurz
- aaa, szkoda.
Przypomniało mi się jak sama prawie 30 lat temu siedziałam z koleżankami nad katalogiem OTTO albo Quelle i oglądałyśmy strony z zabawkami. Też wszystko zamawiałyśmy, ale żadna nie twierdziła, że gdzieś to już ma czy będzie miała, bo znałyśmy już realia systemu. Pamiętam co czułam, gdy miałam 7 lat i pierwszy raz pojechałam z tatą do babci do RFN. Babcia zabrała mnie do hipermarketu aby mi coś sprezentować, ale gdy zobaczyła moje wielkie oczy, to od razu szybko dodała, że mogę wybrać tylko jedną zabawkę. Babcia jest strasznym dusi groszem i bała się, że ją puszczę z torbami. Ale nie wiedziała, że mi wystarczyłoby pooglądanie tych wszystkich cudów. Chodziłam pomiędzy regałami i nie mogłam uwierzyć, że to co widziałam na papierze w katalogu, faktycznie istnieje. Gdy się już napatrzyłam i przyszło do wybierania tej jednej zabawki, to były to dla mnie katusze. Spotkało mnie takie wielkie szczęście, mogę mieć coś wymarzonego, ale wybrać coś przy takiej ilości zbawek było prawie niewykonalne. Kilkuletnie dziecko, wychowane w PRLu miało na wyciągnięcie ręki wszystko o czym marzyło z koleżankami ale konieczność wyboru tej jednej było niewyobrażalną torturą. Pamiętam ten dzień jakby był wczoraj, pamiętam co czułam, gdy chodziłam między regałami. Każda zabawka do mnie mówiła ” weź mnie, to ja jestem wymarzona, mnie weź” a ja byłam coraz bardziej bezradna. Babcia powoli się niecierpliwiła i ostatecznie nieświadomie zrobiła coś co mnie wybawiło. Wzięła pierwszego lepszego pluszowego psiaka i zaproponowała mi go. Chwyciłam mięciutkiego beagla i pokochałam go całym sercem. U nas wtedy nie było takiego pluszu, tak miękkiego i puszystego. Pies miał piękne oczy i nos, wyglądał jak prawdziwy. Pamiętam jeszcze jak wróciłam do Polski. Mama zeszła pomóc nam się rozpakować i zobaczyła moją szczęśliwą minę i psiaka na kolanach. Zrobiło jej się słabo, bo pomyślała, że to prawdziwy szczeniak.
        Tamtego pluszaka mam do dzisiaj. Był już kilkanaście razy prany ale trzyma się świetnie. Co prawda plusz nie jest już tak miękki jak wówczas, ale kolory nie wyblakły i oczy nie straciły na blasku. Moi synowie mają wszystkie zabawki na wyciągnięcie ręki. Nie muszą o nich marzyć, bo one są, można iść do sklepu i je dotknąć, czasem nawet wypróbować.  Ale okazuje się, że też marzą. Tylko to jakby już inny wymiar tych pragnień. Nie kupuję moim chłopakom wszystkich zabawek o jakie poproszą, bo poszłabym z torbami. Poza tym to byłoby totalnie niewychowawcze. Ale jeśli czegoś bardzo pragną, to ustalamy w jaki sposób mogą „zapracować” na taką zabawkę. Natomiast dzieci z mojego pokolenia pragnęły czegoś wówczas nieosiągalnego. Dlatego cieszę się, że teraz żyjemy w innych czasach. Wolę mieć świadomość, że nie na wszystko mnie stać niż marzyć o czymś niemożliwym do zrealizowania.

Trzeba tylko chcieć.

To opowiadanie bierze udział w konkursie pt. „Jak uratować związek?” organizowanym przez Blog.pl i Wydawnictwo Znak Literanova – www.jak-uratowac-zwiazek.blog.pl

 

Jak uratować związek? Trzeba tego po prostu chcieć, to znaczy obie strony muszą chcieć. Gdy jest odpowiednia motywacja, to dalej pójdzie z górki. W sumie proste, ale jak zrobić, żeby dwoje w związku w tym samym czasie zechciało zawalczyć. Według mnie to jest klucz do zagadki, jednak każda para musi znaleźć własne rozwiązanie. Napiszę jak było u nas, może to kiedyś komuś pomoże.

    Poznaliśmy się w pracy. Szybko poczuliśmy, że łączy nas dobra nić porozumienia. Układała nam się współpraca, mieliśmy tematy do rozmów, podobne poczucie humoru. Oboje byliśmy świeżo po nieudanych związkach i każde z nas szukało normalności. I ten nasz związek taki był, normalny. Nie było szaleństwa, romantycznej zwariowanej miłości. Był związek dwojga dojrzałych ludzi, którzy się pokochali i wzajemnie szanowali. Oczywiście pojawiły się nieprzespane noce, motyle w brzuchu, niecierpliwe wyczekiwanie spotkania. Byliśmy zakochani ale od początku nasz związek był stabilny. Szybko razem zamieszkaliśmy, ustaliliśmy kwestie finansów i podziału obowiązków. Już na starcie zadałam najważniejsze pytanie, czy mój wybranek będzie chciał mieć w przyszłości dzieci. Miał już dziesięcioletniego syna z pierwszego małżeństwa i nie byłam pewna jego planów. Sama wówczas nie myślałam jeszcze o dzieciach ale wiedziałam, że kiedyś będę chciała zostać mamą. Jak wiadomo, latka lecą i nie chciałam się angażować w związek, który nie byłby zgodny w tak fundamentalnej kwestii. Może to się wydawać mało romantyczne, ale oboje uważamy, że skoro ludzie opanowali sztukę mowy, to trzeba z tego daru korzystać i wyjaśniać sobie różne sprawy. Dzięki temu nasz związek był udany. Pamiętam jak kiedyś podczas jakiegoś wyjazdu służbowego, koleżanka z biura poznała nas od prywatnej strony. Powiedziała mi wówczas najmilszy komplement, że oboje jesteśmy tacy prawdziwi, że nasz związek jest normalny, bez jakiegoś szarpania się, pretensji, popisywania się, że niczego nie udajemy. Nie powiem, że się nie kłócimy, bo potrafimy czasem bardzo żarliwie bronić swoich racji. Ale nie obrażamy się na siebie, tylko wszystko wyjaśniamy na bieżąco.  I tak sobie żyliśmy kilka lat, a w międzyczasie rozwijaliśmy się w pracy, wybudowaliśmy dom, trochę podróżowaliśmy. Przyszedł moment na powiększenie rodziny i też wszystko na początku było dobrze. Jednak po kilku tygodniach odezwało się zmęczenie. Dziecko czasem płakało, trzeba było często do niego wstawać. W dzień też syn był bardzo absorbujący. Nie zawsze miałam czas na ugotowanie obiadu, posprzątanie. Czytałam, że po urodzeniu dziecka może nastąpić kryzys w związku, dlatego trzeba o siebie dbać. Bycie mamą nie zwalnia z obowiązku pielęgnowania małżeństwa. „Zrób ładny makijaż, wyjdź do fryzjera, kup nowy ciuch. Bądź atrakcyjna dla partnera” czytałam w gazetach. Głupia nie jestem, zawsze o siebie dbałam, lubię patrzeć na swoje zdrowe ciało i uśmiechniętą ładną buzię. Makijaż i jakieś ładne szmatki nie zaszkodzą ale nie rozwiążą wszystkich problemów. Zaczęliśmy na siebie „powarkiwać”. Mąż wracał zmęczony z pracy, chciał odespać zarwaną noc, bo też budził go płacz dziecka. Ja natomiast chciałam nadrobić prace domowe, wyskoczyć do sklepu bez ciężkiego nosidełka z dzieckiem, wyjść z psem i odetchnąć świeżym powietrzem, ale sama, bez kogoś do opieki. Korzystaliśmy z naszego daru mowy i w mniej lub bardziej krzyczący sposób dochodziliśmy do jakiegoś porozumienia. Dziecko rosło, przesypiało prawie całą noc, w dzień trochę się bawiło, a my jakoś odnaleźliśmy się w całej tej sytuacji i stwierdziliśmy, że kryzys zażegnany. Pogodziliśmy się tak owocnie, że po kilku miesiącach ponownie zostaliśmy rodzicami. Tym razem już nie straszne nam były dodatkowe obowiązki. Drugie dziecko, zwłaszcza przy niewielkiej różnicy wieku, chowało się niejako z biegu. Nie zdążyliśmy pożegnać pieluszek, butelek i kaszek a już drugiego syna trzeba było przewijać. Nie było czasu na jakieś przemyślenia, biadolenie nad swoim losem. Wszystko się kręciło i tak dotrwaliśmy do pierwszych urodzin młodszego syna. Nabraliśmy trochę oddechu i wtedy każde z nas chciało jak najwięcej tej swobody dla siebie. Znowu zaczęły się pretensje i wzajemne oskarżanie. Wówczas jak z nieba spadła nam nagroda jaką mąż otrzymał w pracy. Za tak zwane zasługi otrzymał tygodniowy wyjazd do luksusowego spa dla dwóch osób. Zwerbowałam babcię do opieki nad chłopcami i kilka tygodni później lecieliśmy wypocząć na greckiej wyspie. Koleżanka jeszcze tylko mnie uprzedziła, abym się tak nie ekscytowała, bo najwięcej par decyzję o rozstaniu podejmuje właśnie podczas urlopu. Wtedy, z dala od domowych  i zawodowych obowiązków, okazuje się, że małżonków nic już nie łączy, że się ze sobą nudzą itp. Spragniona wypoczynku, stwierdziłam, że będzie co będzie, ale muszę odespać i wygrzać się na plaży. Na miejscu okazało się, że spa jest faktycznie bardzo luksusowe, nie było do czego się przyczepić. Oddaliśmy się błogiemu lenistwu i faktycznie trochę się ze sobą nudziliśmy, nawet nie bardzo nam się chciało rozmawiać. Nie było przy nas dzieci, nie było na czym skupić uwagi i trochę brakowało dyżurnego tematu do rozmowy. Trzeciego wieczoru usiedliśmy w barze przy basenie i sączyliśmy kolorowe drinki. Od słowa do słowa i dzięki tym drinkom, co tak skutecznie rozplątują język, zaczęły się wzajemne pretensje. A to o to, że mąż po pracy chce odpocząć a nie od razu siedzieć z dziećmi, że mam tyle czasu w ciągu dnia na zrobienie wszystkiego, dlaczego on ma po pracy jeszcze się dziećmi zajmować. Przecież zarabia na dom i to całkiem nieźle i chciałby mieć chwilę spokoju.
- Od czego spokoju? Od rodziny? Przecież to też twoje dzieci, kochają cię, chcą z tobą spędzać czas – ripostowałam. Przez cały dzień sprzątam, gotuję, robię zakupy, pielę ogród i przede wszystkim wychowuję dzieci. Też jestem skonana. Robię to po to aby popołudnie było dla nas, dla rodziny. A ty zamiast posiedzieć z nami wolisz spać czy gapić się w telewizor – atakowałam.
- Popołudnie dla rodziny? To czemu tak uciekasz pogadać do sąsiadki albo na zakupy? – denerwował się mąż
- Bo chcę, żebyś aktywnie spędził trochę czasu z synami. Gdy ja jestem, to cię wyręczam. Dzieci powinny spędzać trochę czasu tylko z jednym rodzicem, chcę żebyś się zaangażował.
- To jedź na pół godziny, ale nie, ty jak wyjdziesz to już jak pies co się zerwał z łańcucha, nie masz umiaru.
- Bo jestem jak ten pies! Przykułeś mnie łańcuchem do kaloryfera a ja też mam swoje potrzeby. Ty w pracy przynajmniej do kogoś zagadasz i ja też chcę parę słów z jakimś dorosłym zamienić.
- A ty myślisz, że ja do tej pracy to na imprezę chodzę! Wiesz ile muszę się naużerać z tymi pracownikami! W nocy też się budzę jak wstajesz do dzieci, chcę mieć trochę odpoczynku.
- Biedaczek, budzi się jak ja wstaję. Mnie jakoś nikt nie pyta czy się zmęczyłam tylko muszę tyrać. A gdzie moje potrzeby, samorealizacja?
- Przecież sama chciałaś zostać na wychowawczym! Kto ci broni, jak chcesz to idź do pracy.
I te pe i te de i te pe cytując klasykę.
Poszłam obrażona do pokoju i szybko zasnęłam, nawet nie słyszałam kiedy wrócił mąż. Rano obudziło mnie pragnienie, a na wspomnienie wczorajszej rozmowy pomyślałam, że lepiej jak napiję się czegoś na plaży. Nie będę musiała go oglądać. Jednak nie minęło pół godziny a przy leżaku zobaczyłam męża. Widocznie nie potrafi beze mnie żyć, pomyślałam. Stał tak nieporadnie, w ręku trzymał whisky z lodem i zapytał zachęcająco:
- Przechodziłem tutaj nieopodal i widzę taka laska sama siedzi to poczęstuję drinkiem.
- „Z tragarzami?” – zakpiłam
- „Tak tak, z tragarzami” – dokończył mąż -  Obejrzałbym sobie z tobą tego „Misia”, nudzi mnie już ta hotelowa kablówka. Następnym razem weźmiemy ze sobą dvd i kilka dobrych komedii.
- Skąd wiesz, że będzie następny raz – wysyczałam
- Oj daj spokój. Co pijesz? Kawkę? – łagodził mąż
- Mrożona, z wkładką. Dziewczyny przy barze poznały, że jestem wczorajsza to mi dolały rumu.
- Słusznie, klin klinem. Popatrz tam, jaka fajna rodzinka. Ci to dopiero mają przechlapane, jeszcze trzecie im się trafiło. Ale stęskniłem się już za tymi naszymi łobuzami. Następny wyjazd to już chłopakami – mąż próbował wszystko łagodzić.
- Nie wiem czy chcę kolejnego wspólnego wyjazdu. Wiecznie się kłócimy, mamy tyle pretensji. Mam tego dość. Nie tak powinno wyglądać nasze życie. Może nie pasujemy jednak do siebie – mówię w złości ale to co mówię zaczyna mieć dla mnie sens. Od kilku lat, dokładnie po urodzeniu dzieci, nasze życie to wzajemne pretensje i mniej lub bardziej ostre kłótnie. Nie takiego życia chciałam dla siebie i swojej rodziny. Nie mam już ochoty godzić się, aby za kilka dni wszystko wróciło na nowo. Zmęczyłam się już tym.
Milczymy.
- Hmm, no to co… rozwód? – po chwili zapytał mąż.
- Odwiedzę adwokata po powrocie – ucięłam rozmowę i jakby mi ulżyło. Klamka zapadła. Zerkam na męża. Spokojnie się opala, nawet go to nie wzruszyło. Widocznie jemu już nie zależy, też jest zmęczony i mu to pasuje.
Dłuższe milczenie.
Po chwili mąż powoli i spokojnie zaczął – rozwieść się to jest najprościej. Już to przerabiałem. Jesteś pewna, że tego chcesz?
Znowu cisza, ale tym razem mimo bólu głowy, kotłowało mi się w niej mnóstwo myśli. No tak, ma rację. Rozwieść się to jest najprościej. Wystarczy powiedzieć, że do siebie nie pasujemy, tak zwana niezgodność charakterów. Ale z drugiej strony, w imię czego mamy się ze sobą męczyć. Lepiej to zakończyć i na nowo ułożyć sobie życie. Po co dzieci mają patrzeć na kłótnie rodziców. No tak, ale skąd mam pewność, że znajdę kogoś, kto lepiej do mnie pasuje. A jeśli po kilku latach historia zacznie się powtarzać. A do tego mamy dzieci. Kto mocniej je pokocha niż rodzice? Ostatnio dużo się mówi o rodzinach pachworkowych, że można poukładać relacje i żyć w takiej „pozszywanej” rodzinie. Tylko ile to wymaga energii i pracy nad relacjami? Może lepiej tą energię przeznaczyć na posklejanie własnej rodziny. Przecież nie jest z nami tak beznadziejnie. Lubimy się, potrafimy rozmawiać ze sobą, nawet na żarty nas jeszcze stać. Gdzieś urwała nam się ta nić porozumienia, ale jeszcze jest szansa, aby wszystko naprawić. Podczas dalszej wspólnej rozmowy zrozumieliśmy, jak bardzo jesteśmy dla siebie cenni. Może to niewiele, ale dla nas to był krok milowy, potem poszło już gładko. Gdy już mieliśmy odpowiednią motywację, wymyślanie sposobów było bardzo przyjemne i dało nam wiele radości. Zaczęliśmy jeszcze podczas urlopu i wycisnęliśmy z tych kilku dni ile się dało. Wieczorne biesiadowanie przy dobrej kolacji i winie, spacer brzegiem morza i czułość na plaży. Banalne ale dla nas to było ważne, pękł balon wzajemnych pretensji i nic już nie było istotne. Byliśmy tylko my. Dzieci zostały pod dobrą opieką i nie rozpraszały nas swoją obecnością. Zaczęliśmy widzieć w sobie człowieka, nie było motyli w brzuchu jak na początku związku, ale wspólny śmiech, przyjemność ze swojego towarzystwa. Po powrocie nadal dbaliśmy o dobre porozumienie. Raz jest lepiej a raz gorzej ale wiemy, że warto o nas walczyć.
    Jak uratować związek? Nam wystarczyło uświadomienie sobie, ile ten związek dla nas znaczy. Według mnie, gdy partnerzy mają silną motywację, to prędzej czy później znajdą swój własny sposób. Trzeba tylko chcieć ten związek ratować.

 

Pokolenie sprzeczności

Przyszło mi wychowywać dzieci w czasach pełnych sprzeczności. Oboje z mężem decydując się na dzieci, nakreśliliśmy wzajemnie pewną wizję sposobu ich wychowywania i musimy co pewien czas robić w głowie reset, aby wykasować wszystkie bombardujące nas informacje o tym jak być najlepszym rodzicem, wychować najlepsze dziecko itp. A niestety w naszych czasach to trudne aby nie dać się zwariować. Oglądam tv, czytam gazety i dowiaduję się, aby ułatwić mojemu dziecku start powinnam już z niemowlakiem chodzić na basen, uczyć języka obcego zanim opanuje swój ojczysty, uczyć bobomigów bo inaczej nie zrozumiem że chce pić itp, itd. Im dalej w las tym coraz szersza oferta zajęć, dochodzi piłka nożna, gimnastyka, balet, teatr, przeróżne zajęcia plastyczne. Mieszkam na przedmieściach dużego miasta i wszystko mam na wyciągnięcie ręki. Kilka razy dałam się skusić, ale nie chodzimy regularnie na żadne z zajęć. Dzieci zaspokoiły swoją ciekawość, ja uciszyłam wyrzuty sumienia, że ograniczam dziecku start i wystarczyło.

Osobiście jestem zdania, że zamiast tracić czas na dojazd, jestem w stanie dwójce moich dzieci zorganizować ciekawe zajęcia w domu. Uwielbiają zagniatanie ciasta i robienie własnych wypieków, a czas który spędziłabym w samochodzie, poświęcam na sprzątanie po tej zabawie. Rozumiem, że są osoby które wolą wyjść z domu z dzieckiem i uczestniczyć w grupowych zajęciach, bo to faktycznie może być fajne. Ale nie rozumiem pewnej tendencji, którą obserwuję w swoim otoczeniu a potwierdzenie widzę w mediach. Rodzice zapisują dzieci w wieku przedszkolnym na dużą ilość zajęć dodatkowych. Albo oczekują od przedszkola jak najszerszej oferty takich zajęć. Popularnością cieszą się prywatne przedszkola, których ulotki aż kipią od oferty zajęć edukacyjnych. Koleżanka pracuje w prywatnym przedszkolu i opowiada mi jak właścicielka, aby zachęcić rodziców wymyśla dodatkowe zajęcia, czasem absurdalne. Druga koleżanka, mama czterolatka, przyznaje, że dała się zwariować, zapisała dziecko do przedszkola, które miało ciekawą ofertę edukacyjną, a teraz widzi, że syn w ogóle nie jest nimi zainteresowany. Kilka miesięcy temu z dwiema innymi mamami, przygotowywałyśmy dla dzieci z przedszkola paczki mikołajkowe. Zapytałyśmy rodziców czy mają jakieś sugestie, wszyscy chcieli aby to nie była jakaś kolejna zabawka tylko coś edukacyjnego. To bardzo fajnie, że rodzice stawiają na rozwój intelektualny swojego dziecka. Wówczas są przekonani, że dziecko poradzi sobie ze wszystkimi zajęciami. Dlaczego więc na myśl, że to samo dziecko nie poradzi sobie w szkole z nauką. Dla mnie to absurd. I nie przekonają mnie argumenty, że zajęcia dodatkowe są przyjazne, dostosowane do dziecka, bo poznaję temat od podszewki i wiele z takich zajęć jest nastawionych na ilość uczestników a ich program ma zaspokoić oczekiwania rodziców a nie potrzeby dzieci. I jeszcze coś co mnie dziwi już wyjątkowo, a co zaobserwowałam właśnie na jakiś zajęciach edukacyjnych. Rodzice stawiają przed dziećmi wysokie wymagania intelektualne a jednocześnie traktują je jak dzidziusie, karmiąc z butelkami, nosząc, przebierając, chuchając i dmuchając. Byłam kiedyś z synami na angielskim a tam była z babcią czterolatka, przyjechała wózkiem, a w koszu wózka nocnik. Sama woziłam ze sobą nocnik, gdy mój półtoraroczny syn przechodził trening czystości. Czasem nie było dostępu do toalety a dopiero ćwiczył utrzymywanie siusiu. Ale woziłam ten nocnik przez dwa tygodnie, bo teraz siusia na komendę przed wyjściem z domu, a jak w sklepie czy gdziekolwiek ma potrzebę to idziemy do publicznej toalety. Czy coś w tym dziwnego, ja też chodzę do publicznej toalety jeśli mnie przypili, przecież nie wożę ze sobą toi toia. Nieźle się ubawiłam czytając na stronie Ratujmy Maluchy jako argument przeciwko szkole, że sześciolatki będą musiały siusiać na komendę w szkolnej toalecie. No jeśli kogoś to przeraża to proponuję założyć dziecku pampersa. Obaj moi synowi w publicznym przedszkolu codziennie siusiają na komendę przed wyjściem na dwór czy przed leżakowaniem. Powszechna praktyka w każdym przedszkolu. To sześciolatek nagle cofa się w rozwoju i siusianie na komendę spowoduje u niego problemy zdrowotne? Albo straszenie rodziców brudnymi toaletami. Czy siedmioletnie czy dwunastoletnie dziecko powinno korzystać z brudnej toalety, wg mnie nie. Może zamiast narzekać to lepiej spotkać się z dyrektorem i poszukać jakiegoś rozwiązania. Temat faktycznie istotny bo nasze dzieci nie spędzą w tej szkole tylko roku ale kilkanaście lat. Czy w późniejszych latach będę się mniej brzydzić. A może warto nauczyć dziecko jak korzystać z brudnej toalety, bo w całym swoim życiu niestety z takowymi będą się spotykać. A może zacznijmy uczyć dzieci jak nie brudzić toalet, bo przecież nie piesek czy kotek tam nasiusiał tylko też inne dziecko.

Czytając stronę Ratujmy Maluchy cały czas nasuwa mi się wniosek, że rodzice walczą o ratowanie dziecka przed całym złem tego świata. A wg mnie wychowanie nie na tym polega, bo dziecko musi się z tym światem zmierzyć. Moi synowie od września chodzą do przedszkola w zespole szkolno-przedszkolnym, gdzie w jednym budynku uczą się dzieci od 2,5 roku do 19 lat. Mój młodszy syn zaczął swoją edukację mając 2 lata i 7 miesięcy. Minęło ponad pół roku i żyje, ma się dobrze i nie wykazuje oznak traumy. Taki maluszek spotyka się z wieloma sytuacjami, które przerażają rodziców sześciolatka. Nie dajmy się zwariować, każdy musi chodzić do szkoły i walczenie o odroczenie obowiązku szkolnego nie zmieni szkoły. Szkołę tworzą nauczyciele, dzieci i rodzice. Wraz z narodzeniem dziecka tworzymy mu w domu komfortowe warunki. W szkole nasze dzieci spędzą większość swego dzieciństwa, gdyż nie kończy się ono z pójściem do szkoły, tylko trwa nadal. Może lepiej starać się, aby miało tam jak najlepsze warunki a nie uciekać przed nieuniknionym.

Pamiętam pierwsze zebranie rodziców w przedszkolu, gdy dobrowolnie zgłosiłam się do trójki klasowej i pamiętam tą ulgę reszty rodziców, że oto znalazła się frajerka co swój własny i prywatny czas poświęci na jakieś dyrdymały. Może jestem frajerką ale wolę poświęcić czas na tworzenie przyjaznego miejsca moim dzieciom, w którym spędzą kilka lat, niż stać w korku w drodze na kolejne zajęcia edukacyjne. I to jest właśnie to moje slow life. Buduję dla siebie i rodziny przyjazne otoczenie do życia a nie daję się zwariować i nie uciekam przed tym życiem.

„Ratujmy maluchy”…przed życiem

Czytam właśnie stronę fundacji „Ratujmy Maluchy” i chyba nie pozostało mi nic innego niż uczyć syna w domu. Urodził się we wrześniu 2008 roku i jako pierwszy rocznik ma obowiązek iść do szkoły w wieku 6 lat. Ale jako mama usłyszałam, że mam go ratować, więc czytam co mu zagraża. Zapoznałam się z wszystkimi artykułami i nasuwa się jeden wniosek, należy go ratować przed szkołą. Ale z drugiej strony nie żyjemy na żadnej wyspie, ani bezludniej czy zielonej, tylko w społeczeństwie. Mamy ustawowy obowiązek szkolny i wiem, że moje dzieci będą musiały iść do szkoły. Jest to normalna i oczywista kolej rzeczy, dzieci idą do szkoły a potem dorośli idą do pracy. Więc przed czym mam go ratować… przed życiem?
Bardzo kocham moje dzieci i wiem, że dając im życie mam też obowiązek je do tego życia przygotować. Robię to od momentu poczęcia, poprzez zdrowe odżywianie w czasie ciąży, potem w wieku niemowlęcym dbałam o ich higienę i żywienie oraz rozwój intelektualny i fizyczny. I tak kolejno stawiam im nowe wyzwania, a to samodzielne jedzenie, ubieranie się, mycie itd. W ten sam sposób postępuje większość rodziców i jest to uznawane za właściwe. Uczę moje dziecko samodzielności i pokazuję, że nauka i szkoła to fajna sprawa. Przeraża mnie ta batalistyczna retoryka płynąca ze strony „Ratujmy Maluchy”. Nasze dzieci żyją obok nas, słyszą i rozumieją więcej niż nam się wydaje. Być może czterolatek nie rozumie jeszcze znaczenia wszystkich słów ale doskonale wyczuwa emocje wystraszonej matki. Przekaz płynący od rodziców jest dla niego jasny, „jestem za mały aby iść do tego strasznego miejsca jakim jest szkoła. Będę musiał siedzieć w ławce i uczyć się, och jakie to straszne. Na korytarzu mogę spotkać starsze dzieci, przerażające. Nikt mnie nie nakarmi ani nie zaprowadzi do toalety, na pewno zginę. Jak bardzo kochają mnie rodzice, że walczą o rok mojego dzieciństwa, jakie mam szczęście, że nie muszę iść do tej strasznej szkoły”. Jednak czas płynie, mija rok i do szkoły trzeba już iść. Nie ma zmiłuj. Co powiecie wówczas dziecku? No teraz to ty jesteś już taki duży, „że wszystkie stresy związane z edukacją szkolną” (cytat ze strony Ratujmy Maluchy) nie zagrażają ci. Ale dziecko nie czuje się wcale duże, minął raptem rok, nauczył się paru rzeczy ale rodzice wcześniej zbudowali ogromne przekonanie, że tam wszystko jest złe i powoduje stres. No takiej traumy to ja nie zafunduję swojemu dziecku.
Wieczorem rozmawiamy z mężem, oboje poszliśmy do zerówki w wieku 6 lat. Ja nie chodziłam wcześniej do przedszkola gdyż byłam na diecie bezglutenowej a wtedy nie było takich diet w przedszkolach. Wychuchana trafiłam do zerówki w szkole oddalonej o 1,5 kilometra od domu. Salę mieliśmy w przyziemiu, na samym końcu korytarza. Nikt mnie tam nie stratował a wówczas uczyło się więcej roczników w w jednym budynku. Gdy słuchaliśmy muzyki, patrzyłam na buty przechodniów i mile to wspominam. Wyobrażałam sobie kim jest reszta człowieka, to była taka moja zabawa. Pobyt w zerówce nie był dla mnie żadną traumą, to była świetna zabawa, cieszyłam się nauką i tym, że jestem coraz bardziej „dorosła”. Ale wszystko byłoby traumą gdyby mama mi wcześniej przekazała jakieś strachy i obawy. Mąż w ogóle jest zaskoczony jakąś dyskusją. Dla niego to oczywiste, że dziecko ma iść do szkoły a rodzic ma go do tego przygotować, koniec kropka.
Rodzice często chuchają i dmuchają na swoje dziecko, to oczywiste, ale wg mnie źle pojętą troską jest nadmierne chronienie dziecka przed światem. Dziecka nie trzeba ratować tylko trzeba je do życia przygotować i wspierać je.

Moja droga do slow life

Ostatnio tak sobie pomyślałam, że w szkole oprócz żywo komentowanej edukacji seksualnej powinna być wprowadzona również edukacja ekonomiczna. Ale taka z dużym naciskiem na praktykę. Może w formie jakiejś gry strategicznej, aby nauczyć dzieci gospodarowania finansami w długim i krótkim okresie. A może to rodzice powinni skupić się bardziej na wprowadzeniu swoich pociech w tajniki finansów? Tylko czy my sami posiadamy taką wiedzę?
Oboje z mężem bardzo poważnie traktujemy swoje zobowiązania, planujemy domowy budżet, analizujemy decyzje finansowe, korzystamy z porad doradców finansowych a mimo to kilka razy pomyślałam, że wolałabym cofnąć czas. Co bym wtedy zrobiła? Na pewno wzięłabym mniejszy kredyt mieszkaniowy. Pan w banku uprzedzał o zmienności stopy procentowej, o zmieniającej się sytuacji życiowej a kredyt bierze się na 30 lat. Owszem, słuchałam, przeczytałam kilka razy umowę, przeanalizowaliśmy wszystko z mężem. Ostatecznie stwierdziliśmy, że nigdy nie odłożymy takiej sumy a na ratę kredytu zawsze znajdziemy, prędzej odmówimy sobie pewnych przyjemności, a rata to rata, trzeba spłacać. Wzięliśmy kredyt na całość zakupu domu a pieniądze ze sprzedaży mieszkania przeznaczyliśmy na wykończenie. Myśleliśmy, aby część z nich wykorzystać jednak jako wkład własny jednak w banku usłyszeliśmy, że „spokojnie, macie zdolność kredytową” a znajomi podpowiadali, że nawet nie wiemy ile nas będzie kosztowało to wykańczanie i ile pojawi się dodatkowych wydatków. Lepiej mieć więcej niż potem biedować i brać droższe kredyty konsumenckie, a jak nam zostanie to zawsze możemy nadpłacić kredyt. Nie szaleliśmy z wystrojem, więc zostało nam około 50 tyś, ale w banku odradzili nadpłacanie z powodu prowizji za wcześniejszą spłatę w ciągu dwóch pierwszych lat. Na początku wszystko było dobrze, oboje na kierowniczych stanowiskach, z dobrymi pensjami, wystarczało na ratę i na życie na dobrym poziomie. Potem zgodnie z planem zaszłam w ciążę, pracowałam do samego końca. Ale w tym czasie stale rosły stopy procentowe a wraz z nimi nasza rata robiła się niepokojąco wysoka. W dodatku w momencie powiększenia rodziny, gdy pojawiają się dodatkowe wydatki. Udaliśmy się do doradcy finansowego z prośbą o radę, co zrobić aby zmniejszyć ratę. Nie wchodziło w grę wydłużenie okresu kredytowania ale zaproponował przewalutowanie na franka. Byliśmy w trakcie całej procedury gdy coś mnie tknęło i zrezygnowaliśmy z tej operacji. Może to kobieca intuicja, byłam wtedy już wysokiej ciąży i bardzo dużo myślałam o przyszłości. Okazało się to dobrą decyzją, bo wkrótce po narodzinach syna, frank zaczął rosnąć i rosnąć i końca nie było widać. Mieliśmy jeszcze oszczędności ale usłyszeliśmy, że lepiej mieć coś odłożone na czarną godzinę niż nadpłacać, dzięki czemu rata spadnie raptem o 100-150 złotych. Uznaliśmy, że taką kwotę zawsze wyskrobiemy w domowym budżecie a jak nam się noga podwinie to nawet nie będziemy mieli oszczędności na przetrwanie. W sumie słusznie, zabezpieczaliśmy się. Ale potem zaczęło się pogarszać. Okazało się, że po macierzyńskim nie ma dla mnie miejsca w dotychczasowej pracy. Zaczęłam szukać nowej ale z małym dzieckiem byłam już inaczej traktowana, mniej dyspozycyjna. Musiałam zaczynać z niższego poziomu, od nowa budować swoją pozycję, a w efekcie mogłam mniej zarobić za to nieźle się narobić. Po przeliczeniu wyszło na to, że zarobię na nianię i dojazdy. Uznaliśmy, że lepiej postarać się o drugie dziecko, odchować oboje i wtedy na nowo wrócić do pracy zawodowej. Zwłaszcza, że zawsze planowaliśmy dwoje dzieci a ponadto całą sobą wolałam zostać przy synku niż rzucić się w wir życia biurowego i tego całego pośpiechu, korków itp. W ten o to sposób na kilka lat pozbawiliśmy się drugiej pensji i nasze oszczędności zostały siłą rzeczy „przejedzone”. Nie żałuję czasu spędzonego z dziećmi, to moje najszczęśliwsze lata, mąż twierdzi, że jego też. Odpowiada nam takie slow life. Ale coś za coś. Musiałam nauczyć się taniej żyć. Dopiero wtedy dotarło do mnie co oznacza te 30 lat i jak bardzo może zmienić się życie. Z ambitnej szefowej biura stałam się ambitnym home managerem. Okazało się, że równie dobrze czuję się w zarządzaniu domem, opiece i wychowywaniu dzieci oraz pielęgnowaniu ogrodu co w zarządzaniu personelem, tylko za to pierwsze nikt mi nie płaci. Z czasem poczułam, że jestem szczęśliwsza. Rysą na szkle jest tylko ten nieszczęsny kredyt. Zaczęłam wszystko dokładnie analizować i okazało się, że mimo wysokiej raty w ciągu 5 lat spłaciliśmy tylko 5% kapitału a reszta to odsetki. Spotkałam się z innym doradcą finansowym i przedstawił mi wykres, z którego wynikało, że dzięki comiesięcznym oszczędnościom w wysokości 0,1% wartości kredytu, nadpłacanym co jakiś czas, można skrócić okres kredytowania nawet o kilkanaście lat. Dla przykładu, mając 300 000 kredytu na 30 lat, wystarczy odkładać 300 zł miesięcznie, aby cały kredyt spłacić po 15 latach i sporo zaoszczędzić na odsetkach. Łatwo się mówi, odkładać 300 zł, gdy do domknięcia budżetu brakuje 500. Ale na to tez jest rada. Nam też brakowało i to głównie dlatego zależało nam na zmniejszeniu raty. Zaczęłam szukać oszczędności. Przeanalizowałam wszystkie nasze wydatki i wyceniłam posiadany kapitał. Duży, wygodny samochód zamieniliśmy na mniejszy. Na zamianie zaoszczędziliśmy 10 tyś plus mniejsze wydatki na paliwo. Mniejszy okazał się równie wygodny, gdyż chłopcy już podrośli i na wszelkie wyjazdy zabieraliśmy mniej rzeczy, a przy przedszkolu jest zawsze ciasno i teraz łatwiej znaleźć mi miejsce parkingowe. Zrezygnowałam z jednego z funduszy emerytalnych, bo okazało się, że mam dwa, kiedyś się skusiłam na jakąś promocję i tak wyszło. Owszem muszę myśleć o emeryturze ale w tej chwili nie stać mnie na taki podwójny wydatek. Poza tym dwa fundusze to dwa razy więcej prowizji. Znalazłam korzystniejszą polisę ubezpieczeniową, dla całej rodziny a nie dla każdego z osobna i już składka mniejsza o 100 zł. W ten i inne sposoby udało się uzbierać niezłą sumkę i okazało się, że w ciągu roku nadpłaciliśmy tyle kredytu ile przez 5 lat. Rata kredytu znacząco spadła, ale to również ze względu na spadek stóp procentowych. Jesteśmy teraz w stanie spokojnie spłacać kredyt, wystarcza na wszystkie opłaty, które zawsze były priorytetem i nigdy nie zalegaliśmy, mamy również na normalne życie. Ale nauczyłam się inaczej podchodzić do tego życia, nie musimy sobie odmawiać ale wprowadziłam pewne oszczędności, które okazały się trafione. W sumie nawet nie czuć, że to jest oszczędzanie, tylko zmieniliśmy nasz sposób myślenia.  Ale to już kolejny temat, to jest moja droga do slow life.