Archiwa tagu: relacje

Robiłaś coś z włosami?

        Podjechałam wczoraj pod przedszkole, w oknie widzę już syna z kolegami. Mrugnęłam światłami czym wywołałam ogólną radość i do okna dopadły kolejne dzieciaki. Wysiadam z myślą, że przy takiej widowni nie mogę zrobić synowi wstydu i na przykład wywalić się. Raźnym krokiem, niczym modelka na wybiegu, zmierzam w kierunku wejścia. Dzieciaki śledzą każdy mój ruch, a ja przypominam sobie jak to jest bo już dawno nikt mi się tak bacznie nie przyglądał. Ale nagle ich uwagę przejmuje kolejna mama, która zaparkowała tuż obok i teraz dzieciaki śledzą każdy jej ruch. Tylko mój syn odprowadza mnie wzrokiem do drzwi.
         Zastanawiam się, gdzie są panie, skoro dzieciaki w oknie wypatrują rodziców. Wchodzę na górę a syn już w drzwiach czeka na mnie. W samochodzie opowiada, że mama Adriana była dzisiaj u fryzjera i pomalowała sobie włosy.
- I wiesz mamo, ona sobie te włosy na żółto pomalowała.
- To się nazywa blond – wyjaśniam
- Blond, ale śmiesznie – cieszy się młodszy
- Wy też macie blond włosy
- Nie, my nie mamy żółtych tylko beżowe – precyzuje starszy
- Nie, my mamy blondowe – kwituje młodszy
- Mama, a jak przyjedziemy do domu, to możemy pomalować sobie farbkami włosy? Ja na czerwono – wymyśla starszy
- A ja na niebiesko bo to mój ulubiony kolor – dodaje młodszy
- A ty mamo na jaki sobie pomalujesz?
Dzieciaki trafiły z pytaniem, bo właśnie na ten dzień zaplanowałam sobie farbowanie. Wybrałam nowy kolor, o ton ciemniejszy niż zwykle. A w związku z tym, że włosów nie farbuję u fryzjera, tylko używam szamponu koloryzującego w domu, to mąż nie zaliczył wpadki i od razu pochwalił mój nowy wygląd. Bo oczywiście, gdyby nie widział moich zabiegów, to niczego by nie zauważył. Jak kiedyś w przypadku jednej z jego kierowniczek. Pod koniec dnia pracy wyraźnie się gdzieś śpieszyła, więc mąż, dumny ze swej wspaniałomyślności, kończy odprawę słowami: 
- No dobra, leć już do tego fryzjera, bo widzę jak się śpieszysz.
- Ale ja już byłam, wczoraj
I zamiast wybrnąć jakoś z sytuacji to zupełnie szczerze: tak? Nic nie widać.
Temat kobiecych włosów jest długi jak rzeka a dla większości mężczyzn nie do ogarnięcia. Choć może przyszłe pokolenie będzie bardziej spostrzegawcze, skoro przedszkolaki zauważyły, że mama Adriana pomalowała włosy na żółto. Ale pewnie im przejdzie, gdy na proste i z pozoru bezpieczne pytanie: robiłaś coś z włosami? usłyszą: nie, a powinnam? I zacznie się lawina pytań o jej wygląd, czy dobrze jej w tej fryzurze a jak ten kolor, czy mu się podoba i na koniec, że na pewno wygląda beznadziejnie skoro sugeruje, że powinna coś zrobić z włosami. Nie wystarczą zapewnienia, że wygląda pięknie tylko jakoś inaczej ale i tak pięknie. Być może mężczyźni wolą nie widzieć zmian fryzury, dla bezpieczeństwa. Oczywiście pozornego.

Ciekawe czy dzieciaki zauważą dzisiaj, że robiłam coś z włosami :-)

Co człowiek złączył, człowiek rozdziela

Oglądałam wczoraj reportaż o rozwodach kościelnych, a dokładnie o stwierdzeniu nieważności związku małżeńskiego, bo tak to się dokładnie nazywa. Kiedyś słyszałam, że „rozwody kościelne” teoretycznie są możliwe, ale ilość warunków jakie trzeba spełnić czyniła je praktycznie bardzo rzadkimi. Mówiło się o kilku przypadkach rocznie. Obecnie liczba wniosków o unieważnie wzrosła do 11 tyś rocznie! Co takiego się wydarzyło?
Zawsze wpajano mi, że ślub kościelny jest nierozerwalny, na zasadzie co Bóg złączył, człowiek niech nie rozrywa. Nie ważne, że mąż wszystko przepija, nie pracuje, bije żonę i dzieci. Ksiądz takiej biedaczce mówił, że skoro przysięgała to ma wytrwać, inaczej będzie żyła w grzechu. Nie ważne, że mąż znalazł sobie nową partnerkę, wypiął się na żonę, nie interesuje się dzieckiem, nie chce ich znać, żona musi mu dochować wierności do śmierci, bo inaczej popełni grzech cudzołóstwa. Były dwa argumenty, aby unieważnić ślub kościelny, impotencja i zatajona choroba psychiczna. Obecnie w prawie kanonicznym coraz częściej wykorzystywanymi argumentami są niedojrzałość do zawarcia związku małżeńskiego i przymus zewnętrzny. Jak dla mnie to już nawet nie uchylona furtka a szeroko otwarta brama do „rozwodu kościelnego”. Tych przeszkód do zawarcia związku małżeńskiego w prawie kanonicznym jest więcej ale te dwie są bardzo często wykorzystywane. Znam to z autopsji. Od kilku lat przy okazji każdej kolędy, ksiądz namawia nas a nawet twierdzi, że to nasz obowiązek, aby mąż unieważnił swój ślub kościelny z pierwszą żoną. Pierwszy raz jak to usłyszałam to zdębiałam. Gdy poznałam mojego przyszłego męża, wiedziałam, że miał żonę i ma syna. Rozstali z powodu tak zwanej niezgodności charakterów. Miałam świadomość, że będziemy mogli zawrzeć tylko ślub cywilny. Nie jestem głęboko wierzącą katoliczką, więc nie było to dla mnie istotne. Być może gdyby nie było przeszkody to również nie brałabym ślubu kościelnego, nie zależy mi na nim, choć traktuję go jako bardzo poważną przysięgę. Jednak mimo wszystko namowy księdza mnie zaskakują. Zwłaszcza, że kieruje je głównie do mnie, argumentując moralnym obowiązkiem wobec naszych dzieci. Ksiądz dopytywał się męża jakie były okoliczności jego ślubu kościelnego i gdy usłyszał, że rodzice powiedzieli: „jak chcecie zamieszkać razem to tylko po ślubie”, to uznał że to bardzo dobra przesłanka i powinniśmy iść tym tropem. Gdy mąż jeszcze dodał, że był wtedy bardzo młody i nie do końca sobie zdawał sprawę z czym wiąże się małżeństwo, to ksiądz był przekonany o konieczności przeprowadzenia procesu. Zaczęłam dyskusję, że tak to może połowa małżeństw wystąpić o stwierdzenie nieważności.
Pamiętam wywiad z pewną głęboko wierzącą katoliczką, której mąż po czterdziestu latach małżeństwa oznajmił, że odchodzi. Zakochał się. Był to dla niej ogromny dramat. Gdy po pół roku w miarę się otrząsnęła, przyszedł drugi cios, wezwanie na przesłuchanie w sprawie o stwierdzenie nieważności jej długoletniego małżeństwa. Po trudnym procesie sąd kanoniczny ostatecznie stwierdził nieważność ich małżeństwa co prawie doprowadziło ją do obłędu. Nie potrafiła zrozumieć, że kawał jej życia to była fikcja, że jej dzieci urodziły się z tak zwanego nieprawego łoża, że tyle lat żyła w grzechu.
Zawsze wydawało mi się, że ślub kościelny to taki filar, nie do podważenia. Z drugiej strony sytuacje życiowe są bardzo różne i dobrze, że jest furtka. Jednak czy potrzebna jest otwarta na oścież brama? Tąpnęło ale rysa poszła po całości. Czy to dostosowanie się kościoła do zmieniającego świata, czy rozluźnienie twardych reguł jest nam potrzebne i wyjdzie na dobre? Co sądzicie, bo ja mam trochę mętlik w głowie.

Nocne manewry

        Jestem ostatnio bardzo zapracowana. Wiadomo, wiosna w ogrodzie. A tam zawsze znajdzie się coś do zrobienia. Nie potrafię przysiąść czy poleżeć bo zaraz wpatruję jakiś chwast, albo coś do podwiązania, przycięcia itp. Po chwili nici z relaksu tylko zasuwam już na kolanach. To też są uroki ogrodu. Jak ktoś ma problemy z totalnym zrelaksowaniem się, to zawsze znajdzie sobie jakąś robótkę. Przypominam sobie jak dwa sezony temu, mąż mnie namawiał na odpoczynek. Był tak przekonujący, rozłożył mi leżaczek, zrobił drineczka, przyniósł jakieś czytadło. Nie wypadało nie skorzystać. Dzieci grzecznie się bawiły, mąż też czymś się zajął a ja sobie odpoczywałam. Ale bokiem wyszedł mi ten relaks, gdy zobaczyłam czym zajął się mężuś. Tak pięknie mi wyplewił jedną rabatkę, że wolna była od jakiejkolwiek zieleniny. Ukochany czuł się w obowiązku powyrywać chwasty bo parę tygodni wcześniej nieopatrznie sypnął mi tam trawą, którą dosiewał na „swoim” trawniku. Wkurzyło mnie wtedy to, że już nigdy tej trawy się nie pozbędę. Męża widocznie męczyło poczucie winy, bo na kolanach grzebał w ziemi i wyrwał wszystko jak leciało. Tylko nie miał pojęcia, że większość tej zieleniny to były wschodzące jednoroczne kwiatuszki, które wysiałam sobie kilka tygodni wcześniej. Gdy to zobaczyłam, to nawet nie potrafiłam się zdenerwować. Tak mnie rozbawił tą troską o mój relaks i dobre samopoczucie, że nie mogłam się gniewać, tylko wybuchłam śmiechem, że widocznie nie jest mi pisana kwiecista rabata. Następnego roku w tym samym miejscu moi chłopcy urządzili sobie zastępczą piaskownicę, bo ze swojej wywalili juz cały piach. Zanim uzupełniliśmy im go w piaskownicy, tak już pokochali moją rabatę, że cały sezon nie mogłam ich wygonić. Co cudem jakimś wyrosło, to przekopali, zaorali i po sprawie. W tym roku mają już gotową piaskownicę i tacy bardziej kumaci są, więc dokładnie im wyjaśniłam, że w tym miejscu niczym nie kopiemy. Gdy byli w przedszkolu, przekopałam i zagrabiłam rabatkę, już była gotowa do obsiania. Jednak gdy zabrałam się za obiad moi synkowie postanowili ją zaorać, bo nieopodal pracował traktor i oni chcieli tak samo. Wyglądam przez okno a oni chodzą na przemian z grabiami z tyłu. Gdy ich upomniałam, odpowiedzieli, że nie zabroniłam orania. Tyle dobrego, że jeszcze nic nie wysiałam. Ale może jednak trzeba coś innego przewidzieć dla tego miejsca, bo kwiatuszki widocznie są dość ryzykowne.
        Jednak żeby nie było, że tak tylko narzekam na męża, to muszę go bardzo pochwalić. Ostatnio po lekturze bloga Doroty z maminkowa, postanowiłam oduczyć młodszego nocnego wstawania i spacerów do łózka mamusi. Ostatnio mieliśmy takie chodzone noce, raz ja do niego, mówię, żeby spał, za chwilę on do mnie, że nie chce spać sam i tak kilka razy w nocy. Tydzień temu zagryzłam zęby i powiedziałam sobie, że nie wpuszczę smarkacza do łóżka, tylko będę odprowadzać, a sama też się z nim nie położę tylko, uspokoję i zostawię aby zasnął. Tyle teorii. Gdy mały zaczynał beczeć, było po wszystkim. Przyszedł weekend i uprosiłam męża, żeby przejął pałeczkę. Starszego też oduczał nocnego picia kaszy i spania z „mociem”. Ja wtedy miałam już drugiego dzidziusia i opieka nad starszym spadła na męża. Tym razem trochę protestował, bo zapowiadało się, że ja będę smacznie spała a on będzie krążył między dwoma łózkami. Ale, skoro weekend, no to zgodził się na dwie noce. Musze oddać mężowi honor, że konsekwentny to on jest. Jak się okazuje w przeciwieństwie do mnie. Młody nauczył się, że płaczem wszystko może z mamą ugrać, zwłaszcza w nocy gdy cały dom śpi i chcę zachować taki stan rzeczy. Ale z tatą nie było już tak lekko. Synek o tym wiedział i jak tylko zobaczył w drzwiach tatę to zaczął dyskusję. Jednak nic nie mógł ugrać, więc sięgnął po ostateczny argument
- To będę beczał
- No to becz.
Chwilę płaczu a potem jeszcze trochę męskiej i stanowczej rozmowy a potem synek spał do rana. Następnego wieczora powiedział tylko do taty, że go nie chce w nocy. Na to mąż, że jak się nie będzie budził to nie będzie taty. Mały obudził się raz, już prawie o świcie, gdy zobaczył tatę, powiedział zrezygnowany „idź sobie, już będę spał”.
        Czasem kłócimy się z mężem zażarcie bo oboje mamy silny temperament ale okazuje się, że jednocześnie świetnie się uzupełniamy. I chyba tak powinno pozostać. Ja się zajmę tymi swoimi rabatkami, mąż trawnikiem i nie będziemy sobie wchodzić w paradę. Mam tylko nadzieję, że w tym roku jakieś kwiatki w końcu mi wyrosną.

Trzeba tylko chcieć.

To opowiadanie bierze udział w konkursie pt. „Jak uratować związek?” organizowanym przez Blog.pl i Wydawnictwo Znak Literanova – www.jak-uratowac-zwiazek.blog.pl

 

Jak uratować związek? Trzeba tego po prostu chcieć, to znaczy obie strony muszą chcieć. Gdy jest odpowiednia motywacja, to dalej pójdzie z górki. W sumie proste, ale jak zrobić, żeby dwoje w związku w tym samym czasie zechciało zawalczyć. Według mnie to jest klucz do zagadki, jednak każda para musi znaleźć własne rozwiązanie. Napiszę jak było u nas, może to kiedyś komuś pomoże.

    Poznaliśmy się w pracy. Szybko poczuliśmy, że łączy nas dobra nić porozumienia. Układała nam się współpraca, mieliśmy tematy do rozmów, podobne poczucie humoru. Oboje byliśmy świeżo po nieudanych związkach i każde z nas szukało normalności. I ten nasz związek taki był, normalny. Nie było szaleństwa, romantycznej zwariowanej miłości. Był związek dwojga dojrzałych ludzi, którzy się pokochali i wzajemnie szanowali. Oczywiście pojawiły się nieprzespane noce, motyle w brzuchu, niecierpliwe wyczekiwanie spotkania. Byliśmy zakochani ale od początku nasz związek był stabilny. Szybko razem zamieszkaliśmy, ustaliliśmy kwestie finansów i podziału obowiązków. Już na starcie zadałam najważniejsze pytanie, czy mój wybranek będzie chciał mieć w przyszłości dzieci. Miał już dziesięcioletniego syna z pierwszego małżeństwa i nie byłam pewna jego planów. Sama wówczas nie myślałam jeszcze o dzieciach ale wiedziałam, że kiedyś będę chciała zostać mamą. Jak wiadomo, latka lecą i nie chciałam się angażować w związek, który nie byłby zgodny w tak fundamentalnej kwestii. Może to się wydawać mało romantyczne, ale oboje uważamy, że skoro ludzie opanowali sztukę mowy, to trzeba z tego daru korzystać i wyjaśniać sobie różne sprawy. Dzięki temu nasz związek był udany. Pamiętam jak kiedyś podczas jakiegoś wyjazdu służbowego, koleżanka z biura poznała nas od prywatnej strony. Powiedziała mi wówczas najmilszy komplement, że oboje jesteśmy tacy prawdziwi, że nasz związek jest normalny, bez jakiegoś szarpania się, pretensji, popisywania się, że niczego nie udajemy. Nie powiem, że się nie kłócimy, bo potrafimy czasem bardzo żarliwie bronić swoich racji. Ale nie obrażamy się na siebie, tylko wszystko wyjaśniamy na bieżąco.  I tak sobie żyliśmy kilka lat, a w międzyczasie rozwijaliśmy się w pracy, wybudowaliśmy dom, trochę podróżowaliśmy. Przyszedł moment na powiększenie rodziny i też wszystko na początku było dobrze. Jednak po kilku tygodniach odezwało się zmęczenie. Dziecko czasem płakało, trzeba było często do niego wstawać. W dzień też syn był bardzo absorbujący. Nie zawsze miałam czas na ugotowanie obiadu, posprzątanie. Czytałam, że po urodzeniu dziecka może nastąpić kryzys w związku, dlatego trzeba o siebie dbać. Bycie mamą nie zwalnia z obowiązku pielęgnowania małżeństwa. „Zrób ładny makijaż, wyjdź do fryzjera, kup nowy ciuch. Bądź atrakcyjna dla partnera” czytałam w gazetach. Głupia nie jestem, zawsze o siebie dbałam, lubię patrzeć na swoje zdrowe ciało i uśmiechniętą ładną buzię. Makijaż i jakieś ładne szmatki nie zaszkodzą ale nie rozwiążą wszystkich problemów. Zaczęliśmy na siebie „powarkiwać”. Mąż wracał zmęczony z pracy, chciał odespać zarwaną noc, bo też budził go płacz dziecka. Ja natomiast chciałam nadrobić prace domowe, wyskoczyć do sklepu bez ciężkiego nosidełka z dzieckiem, wyjść z psem i odetchnąć świeżym powietrzem, ale sama, bez kogoś do opieki. Korzystaliśmy z naszego daru mowy i w mniej lub bardziej krzyczący sposób dochodziliśmy do jakiegoś porozumienia. Dziecko rosło, przesypiało prawie całą noc, w dzień trochę się bawiło, a my jakoś odnaleźliśmy się w całej tej sytuacji i stwierdziliśmy, że kryzys zażegnany. Pogodziliśmy się tak owocnie, że po kilku miesiącach ponownie zostaliśmy rodzicami. Tym razem już nie straszne nam były dodatkowe obowiązki. Drugie dziecko, zwłaszcza przy niewielkiej różnicy wieku, chowało się niejako z biegu. Nie zdążyliśmy pożegnać pieluszek, butelek i kaszek a już drugiego syna trzeba było przewijać. Nie było czasu na jakieś przemyślenia, biadolenie nad swoim losem. Wszystko się kręciło i tak dotrwaliśmy do pierwszych urodzin młodszego syna. Nabraliśmy trochę oddechu i wtedy każde z nas chciało jak najwięcej tej swobody dla siebie. Znowu zaczęły się pretensje i wzajemne oskarżanie. Wówczas jak z nieba spadła nam nagroda jaką mąż otrzymał w pracy. Za tak zwane zasługi otrzymał tygodniowy wyjazd do luksusowego spa dla dwóch osób. Zwerbowałam babcię do opieki nad chłopcami i kilka tygodni później lecieliśmy wypocząć na greckiej wyspie. Koleżanka jeszcze tylko mnie uprzedziła, abym się tak nie ekscytowała, bo najwięcej par decyzję o rozstaniu podejmuje właśnie podczas urlopu. Wtedy, z dala od domowych  i zawodowych obowiązków, okazuje się, że małżonków nic już nie łączy, że się ze sobą nudzą itp. Spragniona wypoczynku, stwierdziłam, że będzie co będzie, ale muszę odespać i wygrzać się na plaży. Na miejscu okazało się, że spa jest faktycznie bardzo luksusowe, nie było do czego się przyczepić. Oddaliśmy się błogiemu lenistwu i faktycznie trochę się ze sobą nudziliśmy, nawet nie bardzo nam się chciało rozmawiać. Nie było przy nas dzieci, nie było na czym skupić uwagi i trochę brakowało dyżurnego tematu do rozmowy. Trzeciego wieczoru usiedliśmy w barze przy basenie i sączyliśmy kolorowe drinki. Od słowa do słowa i dzięki tym drinkom, co tak skutecznie rozplątują język, zaczęły się wzajemne pretensje. A to o to, że mąż po pracy chce odpocząć a nie od razu siedzieć z dziećmi, że mam tyle czasu w ciągu dnia na zrobienie wszystkiego, dlaczego on ma po pracy jeszcze się dziećmi zajmować. Przecież zarabia na dom i to całkiem nieźle i chciałby mieć chwilę spokoju.
- Od czego spokoju? Od rodziny? Przecież to też twoje dzieci, kochają cię, chcą z tobą spędzać czas – ripostowałam. Przez cały dzień sprzątam, gotuję, robię zakupy, pielę ogród i przede wszystkim wychowuję dzieci. Też jestem skonana. Robię to po to aby popołudnie było dla nas, dla rodziny. A ty zamiast posiedzieć z nami wolisz spać czy gapić się w telewizor – atakowałam.
- Popołudnie dla rodziny? To czemu tak uciekasz pogadać do sąsiadki albo na zakupy? – denerwował się mąż
- Bo chcę, żebyś aktywnie spędził trochę czasu z synami. Gdy ja jestem, to cię wyręczam. Dzieci powinny spędzać trochę czasu tylko z jednym rodzicem, chcę żebyś się zaangażował.
- To jedź na pół godziny, ale nie, ty jak wyjdziesz to już jak pies co się zerwał z łańcucha, nie masz umiaru.
- Bo jestem jak ten pies! Przykułeś mnie łańcuchem do kaloryfera a ja też mam swoje potrzeby. Ty w pracy przynajmniej do kogoś zagadasz i ja też chcę parę słów z jakimś dorosłym zamienić.
- A ty myślisz, że ja do tej pracy to na imprezę chodzę! Wiesz ile muszę się naużerać z tymi pracownikami! W nocy też się budzę jak wstajesz do dzieci, chcę mieć trochę odpoczynku.
- Biedaczek, budzi się jak ja wstaję. Mnie jakoś nikt nie pyta czy się zmęczyłam tylko muszę tyrać. A gdzie moje potrzeby, samorealizacja?
- Przecież sama chciałaś zostać na wychowawczym! Kto ci broni, jak chcesz to idź do pracy.
I te pe i te de i te pe cytując klasykę.
Poszłam obrażona do pokoju i szybko zasnęłam, nawet nie słyszałam kiedy wrócił mąż. Rano obudziło mnie pragnienie, a na wspomnienie wczorajszej rozmowy pomyślałam, że lepiej jak napiję się czegoś na plaży. Nie będę musiała go oglądać. Jednak nie minęło pół godziny a przy leżaku zobaczyłam męża. Widocznie nie potrafi beze mnie żyć, pomyślałam. Stał tak nieporadnie, w ręku trzymał whisky z lodem i zapytał zachęcająco:
- Przechodziłem tutaj nieopodal i widzę taka laska sama siedzi to poczęstuję drinkiem.
- „Z tragarzami?” – zakpiłam
- „Tak tak, z tragarzami” – dokończył mąż -  Obejrzałbym sobie z tobą tego „Misia”, nudzi mnie już ta hotelowa kablówka. Następnym razem weźmiemy ze sobą dvd i kilka dobrych komedii.
- Skąd wiesz, że będzie następny raz – wysyczałam
- Oj daj spokój. Co pijesz? Kawkę? – łagodził mąż
- Mrożona, z wkładką. Dziewczyny przy barze poznały, że jestem wczorajsza to mi dolały rumu.
- Słusznie, klin klinem. Popatrz tam, jaka fajna rodzinka. Ci to dopiero mają przechlapane, jeszcze trzecie im się trafiło. Ale stęskniłem się już za tymi naszymi łobuzami. Następny wyjazd to już chłopakami – mąż próbował wszystko łagodzić.
- Nie wiem czy chcę kolejnego wspólnego wyjazdu. Wiecznie się kłócimy, mamy tyle pretensji. Mam tego dość. Nie tak powinno wyglądać nasze życie. Może nie pasujemy jednak do siebie – mówię w złości ale to co mówię zaczyna mieć dla mnie sens. Od kilku lat, dokładnie po urodzeniu dzieci, nasze życie to wzajemne pretensje i mniej lub bardziej ostre kłótnie. Nie takiego życia chciałam dla siebie i swojej rodziny. Nie mam już ochoty godzić się, aby za kilka dni wszystko wróciło na nowo. Zmęczyłam się już tym.
Milczymy.
- Hmm, no to co… rozwód? – po chwili zapytał mąż.
- Odwiedzę adwokata po powrocie – ucięłam rozmowę i jakby mi ulżyło. Klamka zapadła. Zerkam na męża. Spokojnie się opala, nawet go to nie wzruszyło. Widocznie jemu już nie zależy, też jest zmęczony i mu to pasuje.
Dłuższe milczenie.
Po chwili mąż powoli i spokojnie zaczął – rozwieść się to jest najprościej. Już to przerabiałem. Jesteś pewna, że tego chcesz?
Znowu cisza, ale tym razem mimo bólu głowy, kotłowało mi się w niej mnóstwo myśli. No tak, ma rację. Rozwieść się to jest najprościej. Wystarczy powiedzieć, że do siebie nie pasujemy, tak zwana niezgodność charakterów. Ale z drugiej strony, w imię czego mamy się ze sobą męczyć. Lepiej to zakończyć i na nowo ułożyć sobie życie. Po co dzieci mają patrzeć na kłótnie rodziców. No tak, ale skąd mam pewność, że znajdę kogoś, kto lepiej do mnie pasuje. A jeśli po kilku latach historia zacznie się powtarzać. A do tego mamy dzieci. Kto mocniej je pokocha niż rodzice? Ostatnio dużo się mówi o rodzinach pachworkowych, że można poukładać relacje i żyć w takiej „pozszywanej” rodzinie. Tylko ile to wymaga energii i pracy nad relacjami? Może lepiej tą energię przeznaczyć na posklejanie własnej rodziny. Przecież nie jest z nami tak beznadziejnie. Lubimy się, potrafimy rozmawiać ze sobą, nawet na żarty nas jeszcze stać. Gdzieś urwała nam się ta nić porozumienia, ale jeszcze jest szansa, aby wszystko naprawić. Podczas dalszej wspólnej rozmowy zrozumieliśmy, jak bardzo jesteśmy dla siebie cenni. Może to niewiele, ale dla nas to był krok milowy, potem poszło już gładko. Gdy już mieliśmy odpowiednią motywację, wymyślanie sposobów było bardzo przyjemne i dało nam wiele radości. Zaczęliśmy jeszcze podczas urlopu i wycisnęliśmy z tych kilku dni ile się dało. Wieczorne biesiadowanie przy dobrej kolacji i winie, spacer brzegiem morza i czułość na plaży. Banalne ale dla nas to było ważne, pękł balon wzajemnych pretensji i nic już nie było istotne. Byliśmy tylko my. Dzieci zostały pod dobrą opieką i nie rozpraszały nas swoją obecnością. Zaczęliśmy widzieć w sobie człowieka, nie było motyli w brzuchu jak na początku związku, ale wspólny śmiech, przyjemność ze swojego towarzystwa. Po powrocie nadal dbaliśmy o dobre porozumienie. Raz jest lepiej a raz gorzej ale wiemy, że warto o nas walczyć.
    Jak uratować związek? Nam wystarczyło uświadomienie sobie, ile ten związek dla nas znaczy. Według mnie, gdy partnerzy mają silną motywację, to prędzej czy później znajdą swój własny sposób. Trzeba tylko chcieć ten związek ratować.