Archiwa tagu: psy

DSC_2179

Coś być musi za zakrętem

        Długi weekend czerwcowy spędzaliśmy u mojej szwagierki Elwiry, na jej sielskim ranczo w świętokrzyskich lasach. Wyjazd był bardzo spontaniczny, a bo to najpierw młodszy zagorączkował a potem starszy, ale ostatecznie dzieciaki nie dały się chorobom. Silne i zahartowane organizmy przepędziły wirusy i mogliśmy wyruszyć w podróż.
        Na ranczo jest cudownie. Elwira ma kawał ziemi nad rzeką Czarną. Jest pastwisko dla koni, kawałek lasu, DSC_2011przepiękne widoki, cisza i spokój. Dzieciaki oczywiście pół dnia spędzały w rzece. Mają takie ulubione miejsce, gdzie wody jest po kostki, a dno piaszczyste. Chłopcy bawili się statkami a ja stałam na straży, żeby im co któryś nie uciekł z nurtem rzeki. A przede wszystkim pilnowałam ich, bo rzeka choć płytka, może też być zdradliwa. Jak to rzeka, stale pracuje, żłobi dno. Tam gdzie rok temu była płycizna teraz jest po pas wody, a w innym miejscu zrobiła się piaszczysta plaża. Sama doświadczyłam zdradliwości rzeki, gdy szłam po piaszczystym równym dnie i nagle jedna noga zapadła mi się po udo. Niestety tak często dochodzi do zatonięć, gdy nagle pod kimś zapada się grunt.
        Dlatego cały czas czuwałam przy dzieciach,DSC_2087 które grzecznie bawiły się tylko w wyznaczonym miejscu. Potem dołączyły do nas psy. Elwira ma hodowlę bullterrierów a my przyjechaliśmy z naszymi dwiema przygarniętymi suczkami. W efekcie doliczyliśmy się siedmiu psów i ośmiu osób, a oprócz tego jeszcze dwie kobyłki pasły się nieopodal. Wesoło było ale i spokojnie, bo psy świetnie się dogadywały. Bullterriery to zrównoważone zwierzęta, nie należą do grupy ras agresywnych. Są silne, odważne i uparte ale też mądre. Psy Elwiry są bardzo dobrze wychowane. Bawiły się z dziećmi w wodzie. Bullterrierki Tośka i Alisa stale wyławiały z rzeki patyki, czasem wielkie gałęzie wynosiły na brzeg a potem układały  jeprzy stercie drewna do ogniska.
        Tak sobie siedziałam z chłopcami w rzece, upał lał się z nieba a my w chłodnej wodzie. Sama przyjemność, było sielsko. Aż przyszedł mąż i zaczął mnie namawiać na wyjazd do miasteczka po kilka drobiazgów. Myśl o zamianie chłodnej rzeki na rozgrzane auto a potem chodzenie po sklepach, zupełnie mi nie odpowiadała. Przekonywałam męża jak mogłam, żeby jechał sam, ale widziałam, że jemu też strasznie się nie chce i szuka kompana. W końcu dałam się namówić. Chłopcom połamała się łopata i trochę marudzili, że nie mają czym kopać, to mnie zmotywowało. Dzieci zostały z kuzynkami a my ruszyliśmy drogą przez las. Na skrzyżowaniu mąż skręcił w lewo choć według mnie powinien jechać prosto. Mówię, że źle jedzie a on, że tędy też dojedziemy. Ja na to, że okrężną drogą, szkoda czasu. A ten z niezadowoloną miną ale zawrócił. Ledwo wróciliśmy na prawidłową trasę, przejechaliśmy kilkaset metrów i widzimy, że coś biegnie poboczem.
 - A co to, mała sarenka – zdziwił się mąż
 - Wygląda jak charcik włoski, ale skąd tu charcik. Zatrzymaj się!
 - Zwariowałaś! Nie ruszaj żadnego psa. Pewnie poszedł sobie na spacer. Na pewno żaden bezdomny, nie zabieraj komuś psa.
 - Komu zabiorę? Tu nie ma żadnych domów, sam las.
Wyskoczyłam z samochodu i wtedy zobaczyłam, że to żaden charcik włoski a okropnie chudy szczeniak. Obraz nędzy i rozpaczy. Wyglądał jak myły, zagłodzony wilczek. Długie chude nogi a na nich szkielecik.
Z daleka zobaczyłam, że to sunia. Merdała delikatnie ogonkiem i czołgała się w moją stronę. Chciała podejść, ale bała się. Może ktoś ją wcześniej skrzywdził. Przykucnęłam i cierpliwie zaczekałam. Zaraz była w moich ramionach. Wtuliła głowę w szyję i tak pozostała. Mąż zamknął się od środka w samochodzie i tylko uchylił mi szybę.
- Nie wsiądziesz z tym psem do auta.
- No przecież jej tu nie zostawię, umiera z głodu.
- Nie chcę żadnego kolejnego przygarniętego kundla. Elwira też cię pogoni z tym psem.
- Znasz mnie. Nie zostawię jej tu na pewną śmierć. Odzyskała nadzieję i mam ją teraz wyrzucić?
- No dobrze, to zawieziemy ją do Dymin (schronisko pod Kielcami o bardzo złej sławie)
Mąż otworzył drzwi ale ostatecznie pojechaliśmy do miasteczka, znalazłam weterynarza, gdzie kupiłam środek na robaki, pchły i kleszcze. Weterynarz, starszy pan, skomentował tylko: „Je…ne skur..syny! Żeby tak psa zagłodzić.”
DSC_2064Nie wiem jaka jest historia małej suni. Najprawdopodobniej ktoś ją wyrzucił. Musiała się błąkać dłuższy czas bo taka była chuda. Miała też około 30 kleszczy, więc trochę czasu je zbierała. Jest oswojona, wie jak zachować się w domu, według mnie miała właściciela. Mogła się jeszcze zgubić, ale widząc jak się pilnuje człowieka, ciężko mi w to uwierzyć.
        Wróciliśmy na ranczo i wbrew zapowiedziom męża, Elwira nie przegoniła mnie z tym psem, tylko wspólnie myślałyśmy jak odseparować małą od hodowlanego szczeniaka. Trzeba pomóc psu w potrzebie ale niekoniecznie przy tym narażać inne zwierzaki. Szczeniak Elwiry miał jeszcze słabą odporność a o znalezionej suni niewiele wiedzieliśmy. Była tak słaba, że cały czas spała. Budziła się na jedzenie, siusiu i kupkę i znowu zasypiała.
        Mąż cały czas dogryzał mi mówiąc, że rano zawieziemy ją do schroniska, ale wiedziałam, że to jego takie przekomarzanie. GdyDSC_2071 przyszła dziewczynka z sąsiedztwa i mówiła, że przekona babcię do przygarnięcia jej, to wcale się nie cieszył, że mała sunia szybko znajdzie dom. Stwierdził, że trzeba to dokładnie sprawdzić, żeby nie było, że wnusia nalega na pieska, babcia weźmie na wakacje a we wrześniu pies zawiśnie na łańcuchu przy budzie. Okazało się, że babcia w ogóle nie chciała suczki, ostatecznie mogłaby zgodzić się na pieska, ale najlepiej to na nic.
Postanowiliśmy zabrać sunię ze sobą do Wrocławia, podleczyć ją i znaleźć nowy dom. Śmialiśmy się, że wyrównał się rachunek, bo na ranczo było osiem psów i osiem osób. A my wróciliśmy do domu z kolejnym czworonogiem, z czego nie bardzo ucieszyła się nasza kocica, bo została obszczekana przez małą sunię. Okazało się też, że Lea, bo tak została nazwana, jest bardzo pojętna. Szybko zrozumiała, że kot to nasz domownik i nie wolno jej ruszać. Teraz już śpią koło siebie. Muszę też przyznać, że nie spotkałam jeszcze psa o tak zrównoważonym charakterze. Lea jest łagodna dla ludzi i zwierząt ale nie bojaźliwa. Początkowo nieufna wobec obcych a dla swoich wylewna. Bardzo łagodna i cierpliwa do dzieci. Delikatna w zabawie. Nie w jej stylu są szaleńcze skoki, podgryzanie czy przewracanie. Uwielbia nosić w pysku różne rzeczy. Przynosi wszystkim buty. Najczęściej układa się pod stołem z głową na moim bucie. Na szczęście nie gryzie go, tylko służy jej za poduszkę. Albo zbiera rozrzucone po domu skarpetki dzieci i mości sobie z nich posłanie. W domu jest bardzo grzeczna, nie piszczy i nie niszczy niczego, gdy zostaje sama. Najdłużej zostawiliśmy ją na 4 godziny i przespała ten czas. To jeszcze szczeniak, ale wiele już umie. Wie, że należy załatwiać się na trawie. Nauczyła się już chodzić na smyczy, idzie ładnie, nie ciągnie. A puszczona luzem trzyma się blisko człowieka. Bardzo ładnie jeździ samochodem. U weterynarza zachowała stoicki spokój, leżała zrelaksowana podczas czyszczenia uszu. Jest dość pazerna na jedzenie, co zrozumiałe pamiętając jak była zagłodzona. Czasem próbuje skraść coś ze stołu, albo dzieciom, gdy są mniej uważne, ale skarcona, szybko rezygnuje ze swych planów. Wymaga jeszcze socjalizacji. Na pewno trzeba ją zabierać w różne miejsca i pokazywać świat, ale to tak spokojny i pojętny pies, że jestem pewna, że będzie cudownym psem rodzinnym. Może mieszkać w domu lub w mieszkaniu, na wsi lub w mieście, ale najważniejsze, żeby znalazła kochających ludzi, dla których będzie członkiem rodziny i nigdy już nie zagrozi jej tułaczka.
DSC_2179
DSC_2176
DSC_2172
        Jestem przekonana, że znalezienie jej było mi przeznaczone. Los pchał mnie, abym ujrzała ją za zakrętem. Jednak czuję też, że nie powinnam jej zatrzymywać. Nasze dwie sunie przyjęły ją przyjaźnie, choć są bardzo zazdrosne o nowego członka rodziny. Ale to tez nie o to chodzi. Jak znam swój los, jeszcze nie raz spotkam na drodze psa potrzebującego pomocy. Nie każdy jest wtedy skłonny zatrzymać się, zmienić swoje plany, poświęcić czas i pieniądze na bezdomnego psa. Musze też pamiętać, że mąż nie chce, abym stała się zbieraczką zwierząt. Zgodził się na dwa a kolejne mogą u nas przebywać tymczasowo do znalezienia docelowego domu. To bardzo rozsądne. Ktoś musi zdrowo myśleć, kiedy ja kieruję się emocjami.

Cztery baby

        Mam w domu mały zwierzyniec. Normalnie towarzyszą nam nasza dziesięcioletnia kotka Bromba, która mimo wieku zachowała wigor kociaka oraz Saba, o której kiedyś już pisałam. Dziewczyny są bardzo grzeczne, nie sprawiają większych kłopotów. Lubią się wzajemnie i życie płynie im u nas bez większych stresów.
OLYMPUS DIGITAL CAMERA Saba
        Od pewnego czasu mieszka z nami jeszcze bulterierka Alisa. Jej Pani, siostrzenica mojego męża, wprowadziła się do nas do czasu aż ustabilizuje swoją pozycję w nowej pracy. Dziewczyna znalazła pracę kilkaset kilometrów od rodzinnego domu, za to tylko kilkadziesiąt od naszego. Ze względu na to, że wynajem mieszkania w okolicy nie jest tani a różnie bywa z przedłużeniem umowy po okresie próbnym, zaproponowaliśmy, aby siostrzenica tymczasowo zamieszkała z nami i oszczędzała sobie to co zarobi na poczet przyszłych wydatków. W związku z tym , że jej nieodłącznym towarzyszem jest pies, wiec przybyło nam jednocześnie czworonogów. Alisa jest bardzo dobrze wychowanym psem i szybko zaprzyjaźniła się z nowymi koleżankami. Dzieci ją uwielbiają a ona uwielbia dzieci bo przy nich zawsze znajdzie się coś do jedzenia. Chłopcy doceniają barczystą budowę Alisy i chętnie dosiadają ją jak kucyka co nawet cieszy silnego bulla.
Alisa
        Ostatnio nasza gromadka ponownie powiększyła się, bo kilka dni temu do mojego taty przybłąkała się maleńka suczka, taki śmieszny mieszaniec jamnika. Tato udzielił jej schronienia jednak z powodu wyjazdowej pracy, nie może jej dłużej zatrzymać dlatego przez jakiś czas pomieszka z nami. Sunia jest przesympatyczna i bardzo grzeczna, więc jakoś to zniesiemy choć robi się coraz weselej.
Irenka
        Przypuszczamy, że suńka ma właścicieli i trwają ich poszukiwania. Zgubiła się w czasie, gdy zachowaniem psów rządzą hormony, czyli podczas cieczki. Niestety to częsty powód zaginięć psów, zarówno suczek jak i samców. Zwierzaki wiedzione popędem seksualnym zapominają o całym świecie a gdy opadają emocje, bywa, że nie potrafią znaleźć drogi do domu. Dlatego jest to jeden z kolejnych ważnych argumentów za sterylizacją domowych pupili. Uważam, że to obowiązek każdego właściciela psa czy kota. Niekontrolowane rozmnażanie zwierząt prowadzi do zwiększenia ich populacji, wiele z nich niestety z tego powodu trafia do schronisk albo ginie w kilka chwil po narodzinach. Topienie czy zakopywanie żywcem ślepych miotów to nadal popularna praktyka. Jest to szczególnie okrutne, bo ledwo narodzone zwierzę, które pokonało trudy narodzin zamiast spokojnie przyssać się do piersi, brutalnie ginie. Jest to też niewyobrażalny stres dla matki, zwierzęcej ale matki, w której szaleją hormony i zamiast opiekować się swoimi dziećmi, traci je. Są też tacy co twierdzą, że dla szczeniąt po swojej suczce szybko znajdą nowe domy i jest to prawda. Milutkie kuleczki rozczulają i ludzie bardzo chętnie je przygarniają. Jednak moim zdaniem, dopóki w schronisku będzie choć jeden pies, nie wolno mnożyć kolejnych. Za dużo naoglądałam się psiego i kociego cierpienia, aby godzić się na powoływanie do życia przypadkowych miotów. Mitem jest też sądzenie, że każda samica powinna mieć choć raz młode, by spełnić się w roli matki. Jest to daleko posunięte uosabianie zwierząt. Ich cyklem rozrodczym sterują hormony a nie potrzeba rodzicielstwa. Jesteśmy odpowiedzialni za to co oswoiliśmy, dlatego musimy kontrolować ich liczebność. W naturze działa selekcja naturalna a w przypadku gatunków oswojonych trzeba ograniczyć rozród. Dlatego zadbamy o to, żeby nasza znajdka została wysterylizowana. Liczę, że odnajdą się jej właściciele choć może być też tak, że nikt jej nie szuka. Niektórzy nie przywiązują się do zwierząt i zaginięcie psa nie wzbudza w nich emocji. Wówczas poszukamy suni nowego, dobrego domu. Myślę, że znajdzie go szybko, bo jest fantastycznym psem. Bardzo grzeczna, przyjazna do zwierząt, uwielbia dzieci, zabiega o pieszczoty a przede wszystkich kocha ludzi całym swoim małym serduszkiem.
        Wracając do naszego domowego zwierzyńca, to zrobiło się nam już dość wesoło. Śmieję się, że brakuje mi rąk do witania rano zwierzaków. Choć dziewczyny dogadują się świetnie, to każda chce pierwsza powitać, przytulić się i każdej mało uwagi. Muszę wstawać 10 minut wcześniej, aby spokojnie każdej babie poświęcić choć chwilę.

Rozstania i powroty

        Jak to zwykle mawia się o tej porze roku: święta, święta i po świętach. Dla niektórych to czas powrotów do domu ze świątecznych wyjazdów a dla nas przyszedł moment rozstania z Babcią, która po długim pobycie musiała wrócić do obowiązków zawodowych i stęsknionego kota. Starszy syn ucałował Babcie i poprosił, żeby za niedługo znowu przyjechała a młodszy uderzył w płacz i wył, że on nie chce, aby Babcia już jechała. Na nic tłumaczenia i obietnice, że za kilka dni znowu się spotkamy. Po policzkach lały się łzy jak grochy, broda drżała, wydawał z siebie tylko żałosne yyyyyy i wtulił się w mamę. W takich sytuacjach żadne odwracanie uwagi ani pocieszanie nie zdaje egzaminu, syn musi przeżyć swoją rozpacz i po kilku minutach dochodzi do siebie. Co prawda na wspomnienie rozstania znowu zanosi się płaczem ale z czasem coraz rzadziej. Oczywiście powitanie jest tak samo emocjonujące jak rozstanie, są piski i okrzyki radości. W jednej chwili chłopcy chcą wszystko pokazać Babci i o wszystkim opowiedzieć.
        Przypominam sobie jak kiedyś czekając na pociąg byłam świadkiem podobnego powitania. Na peronie stał mężczyzna z owczarkiem niemieckim. Pies duży i budzący respekt, ale ładnie wychowany, grzecznie siedział przy nodze swego pana. Nagle wtoczył się pociąg i zaczęli wysiadać pasażerowie. Pies natomiast zaczął głośno skomleć, zrobiło się zamieszanie, większość osób nerwowo sprawdzała co się dzieje, kto męczy psa. Ale widząc przyczynę skomlenia, uspokajali się i życzliwie uśmiechali. Wiele osób przystanęło i podziwiało scenę powitania psa ze swoją panią. Filigranowa kobieta ledwo trzymała się na nogach a szczęśliwy pupil starał się ją ucałować. Następnie zaczął wić się u jej stóp i piszczeć niczym mały szczeniaczek. Gdy opadły pierwsze psie emocje, kobieta przywitała się z mężczyzną i ruszyli w kierunku schodów. Pies szedł grzecznie przy nodze pani ale co chwilę zerkał na nią, wąchał jej płaszcza, jakby sprawdzał, czy to na pewno się dzieje, czy już koniec rozłąki. Szedł tak dumnie, z wysoko uniesioną głową i ogonem.
        Widok tego szczęśliwego psa był przepiękny i wzruszający. Każdy chyba chciałby być tak witanym, ale im dłużej stąpam po tym świecie to dochodzę do wniosku, że najradośniej witają małe dzieci i psy. Nie odmawiam innym prawa do czułych powitań, wiele z nich jest bardzo wzruszających, ale dzieci i psy tak bardzo uzewnętrzniają się ze swoim szczęściem, a do tego robią to tak naturalnie, że uwielbiam takie widoki. A wszystkim życzę tyle samo pożegnań co powitań.

Merdający wyrzut sumienia

        Kiedy byłam małą dziewczynką, pojechałam z rodzicami na wakacje do Grecji. Tylko nie był to taki wyjazd jak w obecnych czasach i Grecja była inna. Wówczas, czyli w latach osiemdziesiątych, przygotowania do wyjazdu trwały ponad rok. Jakikolwiek wyjazd był możliwy dzięki zdolnościom organizacyjnym mego ojca, który prowadził klub płetwonurków przy Straży Pożarnej. To nie był zwykły wyjazd wypoczynkowy ale przede wszystkim turystyczny i szkoleniowy.
        Po kilkudniowej podróży dojechaliśmy do Chalkidiki i spędziłam tam fantastyczne wakacje. Pierwsze dwa tygodnie wypoczywaliśmy na dzikiej plaży. Rozbiliśmy obór, każda rodzina miała swój namiot, panowie wykopali latrynę a myliśmy się w starym akwedukcie, tuż obok ruin teatru. Dla dzieci raj. Wracając z porannej kąpieli, zjadaliśmy owoce prosto z krzaka i to nie byle jakie owoce. Nie powiem jakie, bo wtedy nie znaliśmy ich nazw, w końcu u nas ich nie było, więc zgadujcie. Na obiad zawsze był makaron z czymś ze słoików. Wszystko przywieźliśmy ze sobą bo ceny sklepowe były dla nas nieosiągalne. Pamiętam jak z bratem podczas postoju na stacji benzynowej zobaczyliśmy tablicę z lodami. Pragnęliśmy ich, nigdy takich nie widzieliśmy. Lody na patyku? Dziwiliśmy się, przecież spadną. Staliśmy przyklejeni do lodówki i rodzice z bólem serca zgodzili się kupić nam po jednym lodzie. Tylko weź tu człowieku wybierz…
        Po dwutygodniowej labie na plaży, nurkowaniu i biesiadowaniu przyszła kolej na zwiedzanie. Byliśmy podzieleni na dwie grupy, pierwsza wróciła z wycieczki krajoznawczej i zwolniła nam busa. Oni zaczęli się byczyć a my ruszyliśmy w trasę. Miałam siedem lat więc nie zachwycałam się starożytnymi zabytkami, choć rozumiałam, że to coś ważnego, bo rodzice się przejmowali i zachwycali. Mnie zajmowały wałęsające się wszędzie psy. Było ich strasznie dużo. Na każdym parkingu, przy każdym wejściu do kolejnej atrakcji turystycznej. Pamiętam jak wyłam na parkingu przy autostradzie bo był tam skrajnie wychudzony pies i pożarł w locie jakieś ciastka, które oddałam mu bez cienia wahania. On tak na mnie patrzył… Byłam jego jedyną nadzieją. Mój kilkuletni rozum i serce kazały mi go zabrać ze sobą i otoczyć opieką. Mama tłumaczyła, że nie możemy, że granice, że nas nie przepuszczą a ja się upierałam, że go schowam, przykryję kocem, bo on tu zdechnie z głodu.
Może teraz to śmieszne, ale dla mnie to był dramat. Przeżyłam to strasznie. Choć większym dramatem było życie tych zwierząt.
        Od czasów wakacji w Grecji minęło sporo czasu ale takie sytuacje nadal się zdarzają. Osobiście unikam miejsc gdzie zwierzęta są źle traktowane, bo miałabym problem z powrotem do domu, ale inni podróżują i przezywają podobne dramaty.
        Para młodych ludzi odpoczywała w Gruzji w okolicach Batumii. Przybląkała się do nich sympatyczna suczka po przejściach. Tam psy nie są dobrze traktowane, to zwierzęta gorszego gatunku, potocznie uznawane za brudne i pełne zarazków. Okazali zwierzęciu uczucie a on im się odpłacił zaufaniem. Przez cały pobyt zacieśniała się więź pomiędzy młodymi ludźmi a bystrym psiakiem. Jednak przyszedł czas wyjazdu i zaczęło im się serce krajać tak jak mi, gdy musiałam wsiąść do auta i odjechać. Tylko ja nie mogłam nic zrobić, ale ci bystrzy ludzie opisali wszystko na FB. Chcą wrócić po psa, ale ktoś musi go złapać, przechować i trzeba załatwić niezbędne papiery. Sprawa jest w toku, facebook huczy on najnowszych wieści i ilości lajków.
 
       Osobiście lajkuję ich całym sercem. Rozumiem ich, gdyby był tylko cień możliwości, zabrałabym z parkingu wychudzonego psa, a tak nadal pozostaje on dla mnie wyrzutem sumienia czasów w jakich żyłam.
*zdjęcia z facebooka

Prawdziwa artystka

        Skończyły się już winogronka, zarówno te na krzaku jak i w nagłówku. Pora na bardziej jesienne klimaty. Choć mąż tęskni za naszymi winogronami. Ostatnio na pocieszenie kupił w sklepie kiść dużych i dorodnych gron i tylko się skrzywił, że daleko im do naszych.
        Nowy nagłówek kipi barwami jesieni a mi przypomina miłe chwile u rodziny męża. Dla wyjaśnienia, na tym zdjęciu to ja dosiadająca konia mojej szwagierki, która bardzo kocha zwierzęta co szczególnie widać na jej obrazach. Bo Elwira jest prawdziwą artystką. Maluje przepiękne kwiaty, często są to jej własne kompozycje. Uwielbiam, kiedy podczas odwiedzin, śpimy na poddaszu w pracowni Elwiry, bo czuję się jak w galerii. Rano otwieram oczy i zewsząd otaczają mnie doskonałe płótna. Tak bardzo podobają mi się obrazy szwagierki, że wyżebrałam kilka dla siebie i każdego dnia mogę cieszyć oko pięknymi i niepowtarzalnymi widokami. Odwiedzający nas goście też zawsze chwalą warsztat Elwiry, choć mąż przekornie powtarza: obraz jak obraz, ale ramy jakie piękne.
        Oprócz bukietów Elwira cudownie maluje zwierzęta. Przede wszystkim dlatego, że ją otaczają, żyje blisko natury. Interesuje się kynologią, dzięki czemu potrafi uchwycić najistotniejsze cechy każdego psa. Miłość do psów sprawiła, że prowadzi własną hodowlę ukochanej rasy, bullterrierów. Niestety przez wiele osób są to psy uznawane za agresywne a jest to wielki błąd. Sama też interesuję się kynologią i jak kiedyś dowiedziałam się, że moja przyszła szwagierka hoduje bulle, to szczerze mówiąc, skrzywiłam się. Pomyślałam, że tyle jest pięknych psów a ona akurat takie brzydale i śmierdziele sobie wybrała. Ale tak na prawdę, moje stanowisko wynikało z niewiedzy, znałam tylko wzorzec rasy a nie miałam nigdy wcześniej przyjemności poznać żadnego bullterriera. Bo akurat obcowanie z bullem to prawdziwa przyjemność, oczywiście jak się już człowiek przyzwyczai do ich skarpetkowego zapachu. Ok, to żart, intensywnie pachną tylko po spacerze, gdy się zgrzeją. Ale bulle to zupełnie inny temat, raczej na dłuższy, osobny wpis.
        Wracając do obrazów mojej szwagierki, to maluje również konie i koty. Kiedyś, gdy była u nas z wizytą, podczas rozmowy wyciągnęła pastele i za chwilę wręczyła mi portret mojej kotki. Wiele osób zamawia u niej portrety domowych pupili i muszę przyznać, że są one bardzo realistyczne. Sama też, gdy szukam niebanalnego pomysłu na prezent dla znajomych, to w tajemnicy fotografuję ich czworonogi a potem wręczam ładnie oprawione pastele.
        Konie natomiast są miłością Elwiry od dzieciństwa. Mąż często wspomina, że pokój jego siostry zagracało siodło. No cóż, są rodzeństwem ale niekoniecznie podzielają swoje zainteresowania. Przez wiele lat Elwira nie miała możliwości częstego odwiedzania stajni, ale zawsze powtarzała, że kiedyś kupi konia. Słowa dotrzymała i jest właścicielką drugiego już Haflingera. Elwira jak zwykle jest niebanalna i wybrała mało popularną w Polsce rasę. Choć trudno powiedzieć dlaczego te konie mają jeszcze niewielu zwolenników, bo to fantastyczna rasa. Do niedawna Elwira wynajmowała boks w stajni i cała rodzina odwiedzała konia w weekendy. Jednak ostatnio udało się już postawić stajenkę na leśnym rancho, kolejnej miłości mojej szwagierki. Zawsze powtarzała, że kiedyś sprzeda dom w mieście i wyprowadzi się na wieś. Sądziłam, że kupi kilkuarową działeczkę gdzieś pod miastem, ale nie, to byłoby zbyt banalne. Gdy pierwszy raz odwiedziliśmy jej nowe włości, to faktycznie kopary opadły nam do ziemi. Ujrzeliśmy kilka hektarów lasu, łąki a na dodatek płynącą wzdłuż granicy rzeczkę. Wszystko na terenie parku krajobrazowego, wokół spokój, cisza, do najbliższych sąsiadów 200 metrów. Elwira zapowiada, że wybuduje tam dom i będzie prowadziła agroturystykę. Na razie są już media i stoi przyczepa, więc można tam mieszkać poza sezonem grzewczym.
        Dlaczego o tym wszystkim piszę? Bo chcę się pochwalić szwagierką i pokazać, że trzeba mieć pasje i dążyć do realizacji marzeń. Elwira uparcie dąży do celu, choć nie zawsze wszystko układa się dobrze. Ale na szczęście, nie poddaje się i robi swoje. I musze dodać, że z Elwirą nie zawsze się zgadzamy, czasem prowadzimy ostre wymiany zdań, ale cieszę się, że jesteśmy rodziną.

Nora – kobieta po przejściach

        Chciałabym wam opowiedzieć pewną historię. To było trzy lata temu, kiedy mój starszy syn nie miał jeszcze dwóch lat a młodszy dopiero pół roku. Nie było lekko z takimi szkrabami ale jakoś leciało. Roboty zazwyczaj było dużo ale radości też mnóstwo. Pewnego upalnego lipcowego dnia bawiliśmy się w ogrodzie, gdy ujrzałam psa snującego się naszą ulicą. To była szczenna suka. Widać było, że karmi albo próbuje, bo była skrajnie wychudzona, prawie łysa, zostało jej tylko trochę sierści na grzbiecie. Miała blizny na pysku i potwornie smutne oczy. Cmoknęłam na nią i przystanęła. Moja bardzo przyjacielska suka podbiegła do niej ale przywitało ją warczenie i zjeżone resztki sierści. Moja Saba też jest psem po przejściach, żyła kiedyś dziko z watahą psów i lepiej odnajduje się w relacjach z czworonogami niż z ludźmi, dlatego szybko wiedziała jak się zachować po takim powitaniu i wycofała się. Ja też poczułam respekt przed bezdomną suką ale mimo wszystko przyniosłam jej wodę i kawałek kiełbasy. Wypiła wodę do dna i zwiała z kiełbasą. Chciałam iść za nią i szukać szczeniąt, bo zdawałam sobie sprawę z marności ich losu, jednak suka zwiała zanim zebrałam się z moimi dzieciakami. W nocy nie mogłam spać i myślałam jak pomóc szczeniętom, które zapewne dokonywały swego żywota w jakimś rowie. Tak skrajnie wychudzona suka nie miała szans wykarmić dzieci. Rano zapakowałam chłopców do samochodu, włączyłam dziecięcą muzykę i jeździłam po okolicy w poszukiwaniu suki i jej szczeniąt. Pytałam mieszkańców ale nikt nie widział bezdomnego psa. Poddałam się, nic więcej nie mogłam zrobić.
        Kilka dni później znowu naszą ulicą szła wychudzona suka. Nakarmiłam ją i napoiłam ale oczywiście, gdy tylko zorientowała się, że chcę ją śledzić, szybko zniknęła między krzakami. Odpuściłam, nie miałam szans znaleźć szczeniąt. Ale od tego czasu zaczęła pojawiać się regularnie. Zawsze, gdy parzyłam sobie drugą kawę, widziałam zbliżającą się sylwetkę biszkoptowego psa. Wynosiłam jej jakieś smakołyki ale nie mogę powiedzieć, aby była nachalna i zabiegała o uwagę. Raczej to ja czekałam na jej wizytę i chciałam ją ugościć. Nie była jak inne bezdomne psy, które idą za każdym kto na nich zwróci uwagę. Nie żebrała o jedzenie i nie zależało jej na czułościach. Pojawiała się jak cień, zjadała co jej przygotowałam i szła dalej. Mówiłam wtedy do siebie: pomogłabym ci, gdybyś tylko na to pozwoliła. Ale ona na każdy krok w jej stronę reagowała zjeżeniem kryzy i eksponowaniem starego, choć groźnego uzębienia. Szanowałam jej strach, myślałam sobie, że nic na siłę. Ale mijały kolejne miesiące i wiedziałam, że grozi to kolejnym dzikim miotem.
        W październiku sadziłam w ogródku cebulki krokusów. Tak bardzo podobają mi się kolorowe dywany na wiosnę. Chłopcy byli pod opieką babci, więc spokojnie zajęłam się pracami w ogrodzie. Wiedziałam, że suka lada chwila się pojawi, była niezawodna. Naszykowałam jej codzienną porcję i zajęłam się swoją pracą. Nawet nie zauważyłam, że nie domknęłam furtki. Chwilę potem pojawiła się i zamiast zajrzeć do miski, weszła na podwórko. Stała chwilę a ja zamarłam. Wcześniej nie była przyjazna a teraz byłam na kolanach a tuż obok stała ona i patrzyła. Ale widząc ten wzrok, nawet nie pomyślałam, że mogłaby mnie zaatakować, choć nie spodziewałam się tego co zrobiła. Podeszła do mnie i wtuliła łeb pod moje ramię. Przytuliłam ją a ona tak westchnęła, jakby z niej wszystko opadło. Mama z chłopcami stała wtedy w oknie i mówiła mi potem, że popłakała się widząc tą scenę. Ja nadal mam mokre oczy na wspomnienie tego zdarzenia.
        Ale nie mogę powiedzieć, że od tego momentu było łatwo. Bardzo chciałam jej pomóc, a ona robiła wszystko, aby to utrudnić. Załatwiłam z naszą przyjazną gminą zwrot kosztów za leczenie i sterylkę, umówiłam wizytę u weterynarza, zrobiłam jej w garażu legowisko, bo nie akceptowała mojej suki. W nocy wyła i piszczała, budziła dzieci. Chciała być z nami. Początki nie były lekkie, ale potem okazało się, że to domowy pies, który z pewnością miał kiedyś swoją rodzinę. Widziałam jak reagowała na moje dzieci. Chciała sie wszystkimi opiekować, choć różnie można było odczytywać jej opiekę. Pilnowała dzieci, chroniła swoje stado a przede wszystkim dbała o mnie co objawiało się atakami na moją sukę. Miałam nadzieję, że Nora, bo tak ją nazwałam, będzie z nami już na zawsze, ale ona była tak bardzo zazdrosna, na każdym kroku atakowała Sabę. Musiałam je izolować. W praktyce to było bardzo trudne bo obie kobietki zabiegały o moje względy i chciały być jak najbliżej.
        Zaczęłam szukać Norze nowego domu choć nie miałam wielkich nadziei. Starszy i zniszczony przez życie pies ma marne szanse w starciu ze słodkimi szczeniakami, których jest tak wiele do adopcji. Tak dużo bezdomnych i cudownych psów szuka bezskutecznie nowego domu. Często ich bezdomność wynika ze skrajnej głupoty ludzi. Tyle fantastycznych czworonogów nigdy nie ma szansy zaprezentować swojej osobowości tylko dlatego, że są stare i przez niektórych uznawane za brzydkie. Jakież było moje zdziwienie, gdy na ogłoszenie odpowiedziała aż jedna osoba. Faktycznie tylko jedna osoba zwróciła uwagę na tego niemłodego i średnio urodziwego psa. Ola, moja rówieśniczka, nie obojętna na los zwierząt, chciała pomóc jakiemuś. Wcześniej była wolontariuszką w schronisku więc doskonale wiedziała jaki jest los bezdomnych psów. Wówczas, gdy się poznałyśmy,  nie mogła pomagać w żadnej fundacji ani schronisku, ale chciała pomóc temu konkretnemu. Nie wiem co sprawiło, że zwróciła uwagę akurat na Norę, ale jestem jej niezmiernie wdzięczna, że ta sunia po przejściach, trafiła akurat do niej.
        Rozstanie nie było łatwe. Gdy zostawiałam Norę w dobrych rękach Oli, widziałam, że chciała wyjść razem ze mną. To mnie obdarzyła ogromnym zaufaniem. To ja byłam pierwszym człowiekiem, którego dopuściła do siebie po tych wszystkich przejściach. Gdy zostawiłam ją w nowym i bezpiecznym domu wiedziałam, że robię dobrze, ale widziałam strach Nory, że zostaje znowu porzucona. Na szczęście Ola potrafiła o nią zadbać. Obecnie Nora ma się świetnie i uwielbia swoją nową panią. Myślę, że o mnie już zapomniała, ale ja o niej nigdy nie zapomnę.
        Muszę przyznać, że pomaganie zwierzętom w potrzebie jest niesamowitym uczuciem. Niestety wiąże się to z dopuszczeniem do siebie tego całego zła jakie ludzie potrafią uczynić czworonogom. Z tym trzeba się oswoić, nauczyć się żyć z brutalnością człowieka i nie rozklejać przy byle okazji. A ludzie potrafią być podli, oj potrafią. Ale pomaganie zwierzętom to często obserwowanie takich przemian jakie opisałam. Gdzie zabiedzony, nieufny pies powoli się otwiera i obdarza ogromnym uczuciem swojego wybawiciela. Nie potrafię tego z niczym porównać. To niesamowite uczucie i cieszę się, że go doświadczyłam, że zapracowałam na wdzięczność psa.
P.S. Zdjęcia w lesie pochodzą już z dobrych czasów u Oli

W chowanego ale zupełnie inaczej

Zaskoczył mnie dzisiaj mój pies. Wyszłam z nią na poranne siusiu do ogródka a ona nagle chowa się za krzew bukszpanu i stoi tam przyczajona. Mówię do niej nieco zirytowana, żeby robiła siku, bo zimno mi. Wyszłam w samej koszuli, kawa w domu czeka a pies coś wydziwia. Nie wyszła na wołanie, więc mówię jej, że wracam do domu a ona niech sobie tu siedzi. Gdy się odwróciłam do niej placami, wyskoczyła zza krzaka, doskoczyła do mnie i mnie popchnęła. Po czym zaczęła znowu uciekać i schowała się za inny krzak. Zorientowałam się, że ona bawi się ze mną w chowanego. Zupełnie tak samo jak wczoraj chłopcy. Biegała z nimi po ogrodzie, gdy jeden drugiemu chował się za bukszpanem. Dałam się wciągnąć w zabawę z psem. Ona się chowała, ja ją wołałam i zaglądałam w różne kąty a ona mimo to siedziała przyczajona. Dopiero, gdy odwracałam się do niej plecami, wyskakiwała i mnie szturchała. Ale zaskoczenie wzrosło do maksimum, gdy ja się chowałam a ona udawała, że mnie nie widzi i dawała się zaskoczyć. Kiedyś bawiłam się tak z kotem, ale pierwszy raz z psem. I to ona sama zainicjowała tą zabawę oraz pokazała mi reguły. Zwierzaki żyją w moim domu od zawsze a mimo to nadal mnie zaskakują.

Jak się bawić to się bawić.

        Kilka lat temu spacerowaliśmy z mężem w pobliskim lesie. Choć las to może za dużo powiedziane, zagajnik tuż za domami, wzdłuż drogi gminnej. Była to niedziela, pora spacerów, bo tuż po mszy. My akurat niedziele wolimy spędzać na łonie natury, spacerując z naszymi czworonogami i w ten sposób celebrować ów dzień. W całej opowieści ważne jest to, że nie było to o świcie ani nawet przedpołudniem, bo my śpiochy jesteśmy a wtedy nie mieliśmy dzieci i mogliśmy dłużej poleżeć. Po późnym śniadaniu, dla niektórych mógłby to już być obiad, zabraliśmy nasze psy na spacer. Zatrzymaliśmy się przy samej drodze, nie wchodzimy głęboko w las, bo nie chcemy żeby psiaki zakłócały spokój leśnej zwierzyny. Szliśmy wzdłuż drogi, co jakiś czas było słychać przejeżdżający samochód. Rozmawialiśmy, psy biegały w pobliżu, nagle pobiegły w kierunku pola, tuż za zagajnikiem. Poszliśmy sprawdzić co je zaciekawiło i zorientowaliśmy się, że jesteśmy na linii ognia. Wzdłuż lasu, co trzy metry stali myśliwi i celowali w zagajnik, z którego właśnie wyszliśmy. Serce mocniej mi zabiło, przywołałam psy, oddychając z ulgą, że są całe. Mąż ze swoim czarnym humorem rzucił pod nosem:” tyle ich jest a żaden nie trafił w tego naszego wariata. Pewnie byli ciekawi co to za biały dzik”. To było o naszym młodym bullterierze, którego uwielbialiśmy, a jego energia i szalone pomysły czasem nas rozbrajały. „Ciesz się, że ciebie nie pomylili z jeleniem a mnie z jakąś łanią” – zripostowałam.
        Oczywiście wtedy pożartowaliśmy o tym kto jest jeleniem a kto łosiem oraz kto ma większe rogi i takie tam, ale to były żarty trochę na siłę, dla rozładowania napięcia jakie w nas powstało. Tak na prawdę to wystraszyliśmy się nie na żarty, a raczej trzeba przyznać, że byliśmy przerażeni. Zupełnie nieświadomie spacerowaliśmy sobie a w tym czasie myśliwi celowali w naszym kierunku. Nie byliśmy głośni, psy kręciły się blisko nas. Jakiś nadpobudliwy myśliwy mógłby nie wytrzymać napięcia i oddać strzał. Wiele się mówi o postrzeleniach podczas polowań oraz o strzałach do psów spacerujących z właścicielami. Mieliśmy ogromne szczęście, że nic się nie stało. Analizowaliśmy też czy wykazaliśmy się lekkomyślnością wybierając ten teren na spacer.  Ale lasek był tuż za domami, przy samej drodze, pełno w nim było butelek po winie, puszek po piwie i zużytych prezerwatyw, więc to bardziej miejsce spotkań lokalnej młodzieży niż rykowisko. Przy leśnych ścieżkach nie ustawiono żadnych tablic ostrzegających o polowaniu. Wielokrotnie w tym lasku widziałam spacerujące z wózkami matki i biegające radośnie dzieci. Nigdy nie spodziewałabym się, że tam ktoś  może polować.
        Kilka dni temu w tej samej wiosce, myśliwi zorganizowali sobie polowanie na kaczki. Na miejsce wybrali staw w pobliżu kościoła a termin trafił się dla nich wprost wymarzony, początek długiego weekendu. Tylko, że mieszkańcy szli do kościoła świętować Wniebowstąpienie Najświętszej Maryi Panny a nieopodal myśliwi wysyłali na tamten świat dzikie ptactwo. Każdy ma swój sposób na spędzenia dnia wolnego, tylko według mnie myśliwi przesadzili ze swoją arogancją. I nie w tym rzecz, że generalnie jestem przeciwna zabijaniu zwierząt. Wiem, że koła łowieckie mają swoje zadania. Co prawda uważam, że wszystko można zrobić inaczej, bez strzelania do zwierząt jednak to jest dość obszerny temat i raczej na osobną dyskusję.
        W tym momencie chodzi mi o bezpieczeństwo osób postronnych, ponieważ myśliwi mogą polować nawet 100 metrów od zabudowań. Każde polowanie jest odnotowywane w książce wyjść, ale skąd przeciętny człowiek ma wiedzieć o zaczajonym myśliwym, przecież nie będzie dzwonił przed każdym spacerem do Koła Łowieckiego. Myśliwi wyjaśniają, że polują głównie w nocy i o świcie, dlatego spacerującym wokół ambon proponują zanucenie piosenki albo włączenie wyświetlacza w komórce, aby pokazać, że to człowiek. Tylko jak to się ma do zaistniałych sytuacji?  Oba opisane przeze mnie przypadki miały miejsce w środku dnia, blisko zabudowań a nie ambon i odnoszę nieodparte wrażenie, że to była jednak zabawa myśliwych przy okazji dnia wolnego a nie selekcjonowanie zwierząt słabych i chorych albo ochrona upraw przez zniszczeniem. Nic dziwnego, że myśliwi doradzają śpiewanie w lesie, bo jak się bawić to się bawić.

Nie kupuj psa w worku

Moja sunia miała wczoraj postrzyżyny. Spotyka ja to szczęście dwa razy w roku. Piszę, że szczęście bo widzę, że gdy już bardzo zarośnie to jej to futro przeszkadza. Czochra się często, robią jej się kołtuny, musze ją codziennie czesać o ona lubi tylko na grzbiecie, przy reszce się denerwuje i kręci. A gdy wychodzi z nową fryzurą cieszy się jak szczeniak. Tylko mój młodszy syn się nie cieszy. Odprowadził ze mną Sabę do gabinetu, potem poszliśmy na zakupy i wróciliśmy po psa. Wchodzimy a tam taka śliczna „owieczka” siedzi. Na to mój syn w krzyk:
- Gdzie nasza Saba? – i biega po gabinecie, zagląda pod stół, za krzesło.
- Kochanie, to nasza Saba, tylko ma nową fryzurę – tłumaczę
- To nie moja Saba! Oddawaj naszą Sabę, słyszysz oddawaj – krzyczy zrozpaczony do psiej stylistki, która uniosła brwi ze zdziwienia
Pies podszedł do niego, trącił go nosem , ale to nie pomaga, syn wyszedł z płaczem, że to nie jego pies. W domu już ochłonął, obejrzał zdjęcia naszej suczki z różnych okresów i przypomniał sobie, że zmienia wygląd. Niebawem jedziemy nad morze i nowa fryzura była konieczna. Saba uwielbia chlapać się w wodzie a potem tarzać w piachu. Gdy ma dłuższą sierść od razu robią jej się kołtuny i nie ma siły aby wyczesać ten piach. Nie może potem spać w łóżku a to też uwielbia.
Moja sunia jest przygarniętym psem po przejściach i jest z tego powodu dość bojaźliwa, jest natomiast szalenie łagodna wobec dzieci. Jest najzwyklejszym kundlem, jednak czasem ludzie na ulicy pytają mnie co to za rasa i mówią, że jest śliczna. No fakt, ładna jest. Znam się na kynologii, od dziecka interesowałam się psami, więc czasem puszczam wodze fantazji i wymyślam nowe rasy, na przykład szorstkowłosy chart polski, płowy owczarek górski i moje ulubione, płochacz pasterski. To ostatnie idealnie do niej pasuje, bo się szybko płoszy. Czasem ci co się trochę znają na rasach zaczepiają mnie i mówią, że wyrośnięta jak na Polskiego Owczarka Nizinnego, albo, że nie widzieli jeszcze takiego kremowego Briarda, wtedy wyjaśniam, że to kundel, ale być może miał wśród przodków którąś z tych ras. Jednak teraz Saba jest w nowej stylizacji i niektórzy twierdzą, że to Sznaucer.
Żartuję sobie z tymi rasami, zupełnie mi nie zależy na rasowym psie w domu, choć bardzo lubię oglądać psy zgodne ze wzorcem. Podoba mi się wiele ras, dlatego nie potrafię wybrać tej jedynej i zdecydowałam się na miks. Ponadto uważam, że w sytuacji przepełnionych schronisk ludzie powinni w pierwszej kolejności adoptować psy potrzebujące. Nie tylko urocze szczeniaki ale starsze psy też. One trafiają do przytuliska z różnych powodów. Przede wszystkim nie one są temu winne, tylko głupota ludzi, którzy biorą psa i nie zdają sobie sprawy z obowiązków albo nie wysilą się, aby psu znaleźć nowy dom, gdy zmieni się ich sytuacja życiowa. Na mojej wsi często trafiają się porzucone psy. Zazwyczaj są przerażone, niestety bywa, że wpadają pod samochód gdyż starają się dogonić ukochanego pana, a jeśli przetrwają, to długo nie pozwalają sobie pomóc, bo są wystraszone i wierzą w powrót tego jedynego człowieka. Od kilku tygodni błąka się po naszej wsi piękna suka, ale przerażona, wiecznie kogoś szuka. Nasza gmina dba o bezdomne psy i już mają zorganizowany dla niej dom tymczasowy, ale nie sposób ją złapać. Nawet weterynarz miał ją usypiać specjalną rzutką, ale zwęszyła podstęp i dała dyla. Lecz były właściciel wiele sobie z tego nie robi, była dla niego problemem to ją wyrzucił. A wystarczyło trochę się wysilić, ogłosić ją w internecie, jest śliczna, w typie owczarka belgijskiego, szybko znalazłaby dom.
Niektórzy sądzą, że psy ze schroniska są jakieś spaczone skoro ktoś ich nie chciał, że na pewno pobyt w przytulisku wpłynął na ich psychikę. Jestem przekonana, że pobyt w takim miejscu wpływa na ich psychikę, ale psy potrafią odzyskać stabilność emocjonalną przy dobrej opiece. Ludzie chętnie adoptują urocze szczeniaki, jednak zachęcam również do przygarniania starszych psów. Rozumiem strach o wpuszczenie do domu psa o niewiadomej przeszłości i nieznanym charakterze. Jednak przy wielu schroniskach działają wolontariusze, którzy sukcesywnie znajdują psom domy tymczasowe, gdzie socjalizują je w rodzinnych warunkach i poznają ich temperament. Wówczas potencjalny chętny zna zachowanie psa i może dobrać czworonoga do swojego stylu życia. Sama specjalnie przygarnęłam odchowanego psa, aby wiedzieć jaki jest. Gdy bierze się szczeniaka, można w niewielkim stopniu ocenić czy będzie żywiołowy czy spokojny, bo każdy szczeniak jest energiczny . W przypadku psów rasowych znamy ogólną charakterystykę rasy ale trudno ocenić jaki nam się trafi egzemplarz. Kiedyś miałam owczarka, który nigdy się nie nudził, chciał stale pracować. Trzy godziny ganiania po łące a on nadal trącał mnie nosem i wyczekiwał zabawy. Byłam wtedy nastolatką i poświęcałam mu wiele czasu ale przerastało mnie to nieraz. Biorąc dorosłego psa, dowiemy się od jego opiekuna czy jest żywiołowy, energiczny czy raczej spokojny i spolegliwy. Będziemy wiedzieli czy jest typem sportowca czy kanapowca, czy złodzieja wystraszy, czy też przyjmie go wesoło. Ponadto wychowanie szczeniaka jest dość absorbujące, nie każdy początkujący właściciel ma też tyle umiejętności i potem bywa, że psu przykleja łatkę trudnego.
Zachęcam do przygarniania psów w potrzebie, natomiast jeśli ktoś bardzo pragnie psa określonej rasy, to zapraszam do renomowanej hodowli, zarejestrowanej w Związku Kynologicznym. Ludzie czasem mówią, że wolą kupić psa rasowego ale bez rodowodu, bo przecież papier do niczego nie jest im potrzebny, nie zamierzają wystawiać psa. Pragnę przypomnieć, że od ubiegłego roku handel psami i kotami pochodzącymi z niezarejestrowanej hodowli jest nielegalny. Nie jest to głupi przepis. Mnożenie zwierząt nie rasowych przynosi wiele dla nich szkody. O ile jestem jeszcze w stanie zrozumieć przypadki, że ktoś nie upilnował suczki i się zdarzyło, choć przy obecnej opiece weterynaryjnej i nagłaśnianiu zalet sterylizacji, to „wpadkę” uważam za przejaw ogromnej ignorancji. Jestem natomiast przeciwna mnożeniu zwierząt w typie rasy, gdyż każdy pies bez rodowodu, nie jest psem rasowym a jedynie w typie rasy. Istnieje przekonanie, że każda suczka powinna przynajmniej raz w życiu mieć szczenięta, aby spełnić się jako matka. Jednak weterynarze są innego zdania. Suczka czy kotka nie odczuwa stale potrzeby posiadania potomstwa a jedynie w okresie rozrodczym, kiedy kierują nią hormony. Sterylizacja niesie wiele zalet dla zdrowia zwierzaka a przede wszystkim ogranicza ogromną populację niechcianych zwierząt. Z tego tylko względu nie wolno dodatkowo mnożyć psów i kotów poza hodowlami.
Często zarzutem wobec hodowli jest wyższa cena psa i uważa się, że właściciele prowadzą hodowle głównie w celach zarobkowych. Jednak nie każdy ma świadomość ile kosztuje powołanie na świat rodowodowego szczeniaka. Przede wszystkim zakup rasowej suki, dobra karma, opieka weterynaryjna, badania wykluczające choroby genetyczne. Ale także koszty udziału w wielu wystawach, często zagranicznych, koszt wpisowego, przejazdu, noclegu. Gdy suka jest już championem, hodowca szuka odpowiedniego reproduktora, z najlepszym rodowodem, bez wad genetycznych i o odpowiedniej psychice. Często oznacza to wyjazd za granicę i kolejne koszty. Potem opieka weterynaryjna nad ciężarną a następnie nad szczeniakami. Koszty szczepień, rodowodu, czasem badań wykluczających wady zdrowotne. Biorąc pod uwagę wszystkie koszty, cena szczeniaka okazuje się nie być wcale taką wysoką. A w zamian mamy psa o sprawdzonym pochodzeniu, właściwej dla rasy psychice i mniej narażone na choroby genetyczne. Renomowane hodowle mnożą psy nie tylko ładne, ale też o odpowiednim charakterze gdyż to również jest brane pod uwagę przy ocenie psa przez sędziego. Ale przede wszystkim hodowcy dbają o dobór genetyczny, eliminowanie chorób. Obecnie w kynologii jest to wymóg pierwszoplanowy. Istnieje szeroka gama testów genetycznych oraz badań przesiewowych. Psy mogące obniżać jakość kolejnych pokoleń są sterylizowane i wykreślane z hodowli. Z psa hodowlanego stają się wyłącznie psem towarzyszącym. W przypadku właścicieli krzyżujących psy bez rodowodu praktycznie każdy z tych warunków zanika. Nie ma kontroli Związku Kynologiczne a przede wszystkim nacisku środowiska hodowców na dbałość o jakość. Jest całkowita samowolka, psy są mnożone po znajomości, w wąskim kręgu pokrewieństwa, bez kontrolowania ich zdrowia i charakteru. W efekcie rodzi się tani szczeniak, o niepewnym zdrowiu. W ten sposób powiela się typowe dla pewnych ras choroby jak głuchota, ślepota, wady serca i wiele innych. Cena kilku tysięcy złotych za psa rodowodowego ma swoje uzasadnienie w kosztach, natomiast kilkaset złotych jakie płaci się przypadkowym osobom, to czysty zarobek handlarza. Inaczej mówiąc, większość ceny psa rodowodowego pokrywa koszty wyhodowania psa, natomiast koszty handlarza są niewielkie i większość ceny stanowi jego zysk. Z tego punktu widzenia jednak jest różnica w tym za co się płaci. Zwłaszcza, że pies ma być członkiem rodziny i chcielibyśmy aby żył jak najdłużej.
Jednak jest jeszcze coś ważniejszego. Przyzwolenie społeczne dla niekontrolowanego mnożenia zwierząt prowadzi do powstawania pseudo hodowli, gdzie psy żyją w skandalicznych warunkach, suki są eksploatowane do granic możliwości. Psy często niedojadają, zdarzają się przypadki kanibalizmu. Wiele szczeniąt ginie z powodu złych warunków. Psy często są zdziczałe, o zwichrowanej psychice. A potem taki pseudo hodowca zabiera szczeniaki do ładnego domku i mówi, że to od ich suczki, bo chcieli ją raz dopuścić, aby się spełniła w roli matki. Albo pokazuje jakąś metrykę suki, twierdzi, że szczeniaki mają rodowód, ale ten jest ostatni i nie załapał się na metrykę. Niezła bajka, nie ma czegoś takiego. Każdy szczeniak może mieć rodowód, chyba, że nie spełnia wzorca rasy, to Związek Kynologiczny odrzuci go podczas przeglądu. Takiego szczeniaka hodowca sprzeda taniej, jednak w umowie zaznaczy, że pies ma być wysterylizowany i nie nadaje się do dalszej hodowli. Psy w typie rasy są sprzedawane bez żadnej umowy, to też podejrzane, bo nie ma żadnej możliwości reklamacji, gdy pies zachoruje po kilku dniach. A niestety bywa, że szczeniak z pseudohodowli ma tak słaby organizm, że umiera po kilku dniach. To straszna rozpacz dla nowych właścicieli, zwłaszcza gdy w domu są dzieci. Popyt generuje podaż, dlatego nie należy kupować psów o nieznanym rodowodzie.
Rozumiem, że wiele osób nabyło psa w typie rasy o nie do końca wiadomym pochodzeniu, kierując się dobrem szczeniaka. W sumie taki malec nic nie zawinił. Jednocześnie panuje też obraz hodowców jako tych co męczą psy wystawami, wykorzystują je tylko do zarabiania. Owszem, tak jak w każdej branży, pewnie znajdą się jakieś zakały, jednak hodowla psów to przede wszystkim hobby a nie biznes. Nieuczciwych hodowców szybko „wyłapią” ci zaangażowani i wyrobią im odpowiednią opinię. To jest dość hermetyczny świat, ludzie się znają, wymieniają poglądami i informacjami. Przy świadomości klientów i za wsparciem fachowych kynologów, rynek wykluczy oszustów.
Nie potępiam tych co kupili psa z tak zwanej domowej hodowli, kierując się dobrem psa, i nie znając w pełni tematu . Jednak proponuję refleksję nad tym. Sama poznałam te kwestie bardzo szeroko, mam w rodzinie hodowcę oraz angażuję się w pomoc potrzebującym zwierzętom. Przede wszystkim apeluję o adoptowanie bezdomnych psów i w żadnym wypadku nie mnożenie psów poza rejestrowanymi hodowlami. Nawet jak ktoś ma liczne grono chętnych na szczeniaki po jego suczce, to lepiej aby ci chętni adoptowali już żyjące i cierpiące w schronisku zwierzęta, jest ich ogrom do wyboru. A jak mawia moja koleżanka, psy rasowe są nudne, takie szablonowe, a każdy kundel jest nieprzeciętny, wyjątkowy. Gdy ktoś myśli o kupnie psa, zachęcam do wizyty w schronisku lub odwiedzenia stron adopcyjnych.