Archiwa tagu: prezenty

Ależ miałam szczęście

        Opowiem Wam o mojej przedświątecznej przygodzie z prezentami. Brat poprosił mnie, żebym kupiła za niego prezent dla mamy, która jest właśnie w tracie remontu kuchni i będzie miała płytę indukcyjną a na niej nie działają jej stare garnki. Brat chciał podarować mamie komplet nowych, wiedział, że mama ucieszy się z takiego prezentu. Tylko, że brat pracuje za granicą, przyjeżdżał do nas w Wigilię, więc wysłał mi pieniądze i poprosił, żebym na miejscu coś wybrała, żeby nie wozić tych garnków a poza tym, pewnie wybiorę coś lepszego niż on, bo więcej gotuję i lepiej się znam.
        W połowie grudnia miałam już kupione i schowane prezenty ale wiecznie nie miałam czasu zapakować. Na dzień przed Wigilią przyjechała mama bo miałyśmy razem pichcić. Jednak szybko okazało się, że mam za mało garnków, bo ja też mam nową płytę i część garnków na niej nie działa. Mama martwiła się w czym nastawić kompot, gdy ja wpadłam na świetny pomysł i delikatnie rozpakowałam pudło z garnkami mamy.  Jak to dobrze, że nie zapakowałam ich już ozdobny papier, pomyślałam. Wydobyłam ten największy, pamiętając jak wszystko było ułożone. Gdy kompot przelejemy do dzbanków, garnek wróci na swoje miejsce. Mama ucieszyła się, że wynalazłam jeszcze jeden garnek, doceniła, że taki ładny i ma miarkę w środku i że też będzie sobie musiała takie kupić do nowej kuchni, po czym nagle klops, bo garnek nie działa. Ja zdziwiona, bo przecież dobre pół godziny wybierałam te garnki i dokładnie sprawdzałam czy do indukcji, więc o co teraz chodzi. Pobiegłam do pudła, sprawdzam a tam ani słowa, że to do indukcji. Wkurzyłam się na siebie, że ja taka roztargniona, powycierałam garnek, zapakowałam pięknie w folijkę, poukładałam tak jak było, odwróciłam uwagę mamy i za jej plecami przebiłam się z kartonem do garażu. Wróciłam jeszcze po torebkę, w której powinnam mieć paragon, ale mimo kilkukrotnego przetrząśnięcia jej zawartości, niczego nie znalazłam. Owszem, miałam pełno innych paragonów, na przykład z warzywniaka na buraki, ze spożywczaka na dorsza i śledzie, ale na garnki nie było. Ja, z moją manią zbierania paragonów, wyrzuciłam ten najważniejszy! Mąż by się uśmiał, bo to zawsze on wyrzuca paragony, dzięki czemu zostaliśmy po malowaniu z dwoma baniaczkami gruntu, bo nie ma jak zwrócić. Ale co tam grunt za kilkanaście złotych, garnki kosztowały kilkaset. Sytuacja, można by rzec beznadziejna, ale uznałam, że muszę spróbować, no bo po co mi komplet nie działających garnków. No i nie miałam prezentu dla mamy. I tak musiałam jechać kupić nowe, tylko najpierw trzeba było pozbyć się tych bezużytecznych i odzyskać niemałą kasę.
        Podeszłam uśmiechnięta do Serwisu Klienta, grzecznie się przywitałam i opowiadam jaka to ze mnie gapa, bo miały być do indukcji, bo mama ma remont i tak się ucieszy z nowych garnków, a właśnie wzięłam się za pakowanie i widzę, że to nie do indukcji i że chciałabym wymienić.
- Znaczy, chce pani zwrócić.
- No tak, oddać te i zaraz idę kupić drugie.
- Może pani oddać towar, proszę o paragon.
- Hmm, no sęk w tym, że wyrzuciłam go w przedświątecznym szale sprzątania.
- Paragon, jako dowód zakupu jest podstawą reklamacji – sprowadziła mnie na ziemię pani z serwisu
W tym momencie zrobiłam zrozpaczoną minę, bo faktycznie nie było mi do śmiechu, ale spytałam jeszcze czy na pewno nic nie da się zrobić, bo przecież zawsze przy kasie skanują kartę klienta, może tam jest historia moich zakupów, bo ja przecież jestem stałą klientką a te garnki to kupowałam wtedy i wtedy. A jak nie można wypłacić gotówki, to może jakiś bon bo ja przecież i tak zaraz idę na halę po nowe garnki, a w ogóle tyle lat już tu kupuję, przecież wiadomo, że to u nich zakupione. Wpadłam w słowotok, ale tak bardzo chciałam odzyskać choć część tego co bezsensownie wydałam. Pani wzięła moją kartę klienta, coś postukała na komputerze, wydrukowała kilka kartek i oznajmiła, że nie może zrobić wymiany, ale z tym dokumentem mam podejść do kasy zwrotów i tam mi wypłacą pieniądze a co ja z nimi zrobię to już moja sprawa. Patrzyłam na nią przez chwilę z niedowierzaniem, podziękowałam i pobiegłam do kasy, jakbym bała się, że pani zaraz się rozmyśli.
        Wróciłam z gotówką na halę, patrzę na regał z garnkami i już wiem skąd całe to zamieszanie. Owszem, wybrałam właściwe garnki. Pudełko, które oglądałam nadal stało na półce, tylko było otwarte i rozerwane a obok stały takie same pudełka, tylko nie aż tak rozbebeszone. Pamiętam, że pooglądałam garnki w tym otwartym pudełku, uznałam, że są dobre, ale skoro to na prezent to wzięłam to ładnie zapakowane nie zauważając, że na nim nie było napisu o przeznaczeniu do indukcji. Oba komplety garnków były w tej samej cenie, tak samo zapakowane, a różniły się jednym, małym napisem. Tym razem wzięłam to rozerwane pudełko, bo innych już do indukcji nie było. Oddałam przy kasie dokładnie to co dostałam w kasie zwrotów i podeszłąm jeszcze do Serwisu, bo w całym tym swoim przejęciu, zapomniałam złożyć miłej pani Wesołych Świąt.
Wróciłam do domu, gdzie zastałam mamę z bezradnie rozłożonymi rękami mówiącą
- No ja nie wiem jak przygotujemy tą Wigilię, mamy za mało garnków.
- Oj mamo, nawet nie wiesz jak to dobrze, że mamy za mało garnków – uśmiechnęłam się z ulgą i dodałam – zaraz coś wymyślimy. Mama nie rozumiała mojej radości. Z czego tu się cieszyć, pomyślała. Ale następnego dnia rozumiała już sens moich słów i dodała, że ja to jestem jak kot, zawsze spadam na cztery łapy.

Remanent na blogu i na ścianie

        Przyszedł grudzień i pora na zmianę stylistyki jesiennej na zimową. Pozostaję w końskim temacie bo to przepiękne zwierzęta. Ponadto moja zdolna imienniczka Milena jest autorką klimatycznego zdjęcia. Bohaterką nagłówka jest klacz Mysza, pierwszy koń mojej szwagierki Elwiry. Miałam okazję dosiadać tej silnej oraz odważnej kobyłki i muszę przyznać, że zdjęcie idealnie oddaje jej charakter.
Koń autorstwa gimnazjalistki Kasi   
     Temat koni pociągnę dalej ale w kontekście tego jakie mamy zdolne dziewczyny w rodzinie. Ostatnio Kasia, siostrzenica męża podarowała mi piękny rysunek konia. Dodam, że Kasia obecnie uczy się w gimnazjum plastycznym i poważnie myśli o rozwijaniu talentu. Ma jednak spory dylemat, jak pogodzić miłość do koni z poświęceniem jakie trzeba włożyć w doskonalenie warsztatu plastycznego. O tym ile pracy wymaga zbudowanie pozycji artysty wiedzą starsze siostry Kasi, które nadal są na swoim artystycznym dorobku. 
       Śledząc od kilku lat przebieg kariery Mileny i Joanny, wiedzę jak niewdzięczne jest życie artysty, który wkłada wiele pracy w swoje dzieła a one i tak przegrywają z masowymi reprodukcjami z sieciówek. Niestety ściany polskich domów najczęściej zdobią płaskie wydruki gdyż przyjęło się przekonanie, że oryginalne dzieła są drogie. Sama również kierując się takim stereotypem, swój dom ozdobiłam co prawda mało znanymi, bo długo wybierałam wyjątkowe prace, aczkolwiek nadal reprodukcjami.  Z czasem, odwiedzając artystyczną rodzinę, zaczęłam  dostrzegać różnice między wydrukiem a pracą na której widać kreskę artysty, ślady pędzla bądź kredki.
powyżej praca autorstwa Joanny
koń autorstwa Mileny
kot autorstwa Mileny
Sukcesywnie wymieniam w domu oprawione wydruki na oryginalne dzieła i muszę przyznać, że koszt tych drugich wcale nie jest dużo wyższy niż reprodukcji. I pomijam tu fakt, że kupując u rodziny dostaję atrakcyjną cenę, ale nawet pełna cena nie jest tak wysoka jakby nam się pierwotnie wydawało. Szczególnie, gdy porównamy ją z obrazami z sieciówek, gdzie można kupić wysokiej jakości wydruk na płótnie. Takie obrazy mają więcej głębi niż wydruk na papierze ale zawsze pozostają wydrukiem, wielokrotnie powtarzanym i spotykanym w różnych domach. Kupując pracę młodego artysty wyda się  podobną kwotę ale na naszej ścianie zawiśnie dzieło czyichś rąk, jedyne w swoim rodzaju. Obecnie dla mnie to zasadnicza różnica i trochę załuję, że wcześniej byłam taką ignorantką w tym temacie.
        Zbliżają się Święta, między innymi czas wzajemnego obdarowywania. Uważam, że prezenty własnej roboty najlepiej nadają się na takie okazje, bo to nie tylko dar ale też gest świadczący o zainteresowaniu obdarowaną osobą. Zrobienie czegoś tylko z myślą o bliskim nadaje darowi szczególnej miary. Jednak nie każdy a przynajmniej nie ja, jest utalentowany. Moje dzieła przypominają raczej prace przedszkolaków. Dlatego coraz częściej decyduję się na zamówienie wyjątkowej pracy u młodych artystów. Osobiście wybieram temat pracy, konsultuję go z wykonawcą i dobieram styl do upodobań obdarowanego. Dla przykładu, zamówiłam ostatnio u Mileny ręcznie malowane filiżanki. Zapewne znalazłabym w sklepie piękne filiżanki, które spodobałyby się mojej koleżance, ale te zamówione są jedyne w swoim rodzaju i zrobione specjalnie dla niej. Według mnie dlatego są lepsze niż ogólnie dostępne fabrycznie drukowane filiżanki.
        Wiem, że o gustach się nie dyskutuje i zapewne niekoniecznie każdemu spodobały się przykładowe prace zamieszczone na blogu. Jednak w naszym pięknym kraju żyje wiele utalentowanych ludzi, którzy każdego dnia borykają się z masowymi dekoracjami rodem z Chin czy Tajwanu, dlatego według mnie warto poszperać w sieci a nie tylko w sieciówce i znaleźć rodzimych i zdolnych artystów.

Świąteczny grzaniec

        Wybraliśmy się z mężem do teatru. Co prawda nie tak sami z siebie, bo o naszą rozrywkę zadbali znajomi sąsiedzi, który podarowali nam w prezencie urodzinowym dwa bilety. Same bilety jako  prezent może nie są jakoś wyjątkowo oryginalne ale nasz prezent był inny niż zwykle, bo o jego wyjątkowości świadczyła zawarta w pakiecie z biletami oferta zaopiekowania się dziećmi. Chyba to ucieszyło nas najbardziej, bo faktycznie nie musieliśmy szukać kogoś do chłopców i wiedzieliśmy, że maluchy również będą miały swój wyjątkowy wieczór. Bardzo lubią naszych znajomych sąsiadów a odkąd się ochłodziło, nie widujemy się już tak często jak latem, kiedy mieliśmy więcej okazji na spotkania „przy miedzy”.
        Wiedząc, że dzieci mają dobrą opiekę i na pewno świetnie się bawią, my również mogliśmy się całkowicie zrelaksować. Po sztuce wybraliśmy się na wrocławski rynek, aby przysiąść gdzieś w kameralnej knajpce na lekkiej kolacji. Jednak nie dodarliśmy do żadnej restauracji, bo okazało się, że właśnie otworzono Jarmark Bożonarodzeniowy. Nie mogliśmy się oprzeć i uraczyliśmy się grzanym winkiem zagryzając go grillowanym oscypkiem. Generalnie nie jestem miłośnikiem przeróżnych straganów, ale wrocławski jarmark ma wyjątkowy, świąteczny klimat. Stragany są gustowne i sensownie dobrane, choć i tak zawsze znajdzie się kilka oferujących delikatnie mówiąc badziew, choć na szczęście nie ma ich wiele. Jednak oprócz samych straganów na jarmarku są stoiska z grzanym winem sprzedawanym w okolicznościowych kubkach. Można napić się grzańca wrocławskiego, świątecznego, śliwkowego, wiśniowego, jagodowego i chyba jeszcze kilku innych, choć mi najbardziej smakował ten świąteczny. A dla małolat jest też gorąca czekolada oraz lasek bajek, gdzie wystawione są ruchome ekspozycje ale większość dzieci kieruje się przede wszystkim do elektrycznych pociągów i karuzeli.
        Powiem szczerze, że na jarmarku czuje się wyjątkową atmosferę i jest dużo sympatyczniej niż w upstrzonych sztucznymi ozdobami galeriach handlowych. Wrocławski rynek jest przepięknie oświetlony a delikatny mrozik i rozgrzewający od środka grzaniec robi swoje. Im człowiek starszy tym mniej na niego działa magia świąt. Przynajmniej ja tak mam, że ten przedświąteczny czas owszem jest miły, ale widok ubranej choinki i przyozdobionego domu nie zapiera już tak tchu w piersi, jak gdy było się dzieckiem. Natomiast spacer po Jarmarku Bożonarodzeniowym zrobił swoje i poczułam się jak mała dziewczynka w bajkowym świecie. Czekamy teraz tylko aż ustawią choinkę i zabierzemy dzieci, na pewno się ucieszą a my wprawimy się w ten magiczny, przedświąteczny czas.
        Wiem, że mamy jeszcze listopad, ale piszę o Jarmarku już teraz bo może ktoś się skusi i będzie mógł spokojnie zaplanować wyjazd do stolicy Dolnego Śląska.