Archiwa tagu: podróże

Święta po naszemu

        Po internecie szaleją wpisy o istocie Świąt Wielkiej Nocy. Co rusz czytam gdzieś, że nie czyste okna są ważne a czyste serce. Że zapominamy co w tym Święcie jest najważniejsze, że hołdujemy świeckim zwyczajom zamiast oddać się refleksji nad sensem zbawienia. A za chwilę zalewa nas fala przepisów na sernik, pasztet, kaczkę oraz zdjęć ze wspólnego malowania pisanek, dekorowania domów albo plenerów, bo teraz modnie jest wyjechać gdzieś na Święta.
        Ale ja nie o tym chciałam. Niech każdy świętuje jak mu sumienie dyktuje. Niech każdy pisze co mu pasuje, ja też napiszę, a co mi tam. Ale żeby nie zamęczać nikogo lukrowanymi zdjęciami, opiszę moje święta z czasu, gdy jeszcze nie było cyfrówek ani komórek. Postaram się słowami oddać cały tamten klimat.
        Mój tato jest kapitanem, ale nie żeglugi wielkiej tylko śródlądowej. Wyjaśniam, że pływa po rzekach pchaczem, czyli takim statkiem co pcha przed sobą barki. Niestety coraz rzadziej widuje się je na naszych rzekach, dlatego wyjaśniam. Tato nie wozi towarów sypkich, czyli piasku, węgla, kruszywa, tylko ponadgabaryty, czyli takie konstrukcje co drogą się nie mieszczą, albo jeśli się mieszczą to musiałyby być specjalnie transportowane, na przykład nocą bo wymaga to zamknięcia dróg dla innych czy nawet demontażu niektórych elementów otoczenia drogi. No i wracając do sedna, to przez takie gabaryty, tato nie mógł przyjechać na Święta Wielkanocne do domu, bo miał umówiony odbiór ważnego i ogromnego silnika, na który już czekano w nadmorskim porcie. Płynął więc w górę rzeki po ładunek, ale serce mu zmiękło i puścił załogę do domów, do rodziny, za to wspaniałomyślnie ściągnął swoją rodzinę do pomocy. Brat ma potrzebne uprawnienia, mama potrafi gotować i sterować a ja zostałam turystką, która po latach wszystko wspaniale opisała. Ach, zapomniałam jeszcze o Bosmanie, przyjacielu mojego taty i najważniejszym członku załogi, przygarniętym, rudym kocie, który pływał barką.
        Gdy dotarliśmy nad rzekę, Bosman wybiegł nam na przywitanie. Zrobił wielkiego susa i z płynącego jeszcze pchacza, skoczył na ląd, by zaraz łasić się do naszych nóg. Wariat z niego był, a te jego skoki, przyprawiały nas o ciarki. Dla przejętych czytelników, dodam, że mimo tych szalonych ewolucji, nigdy nie doznał uszczerbku na ciele. Weszliśmy po chyboczącym się trapie na pokład i zaraz trzeba było brać się za robotę. Brat był potrzebny na pokładzie a my z mamą zabrałyśmy się za porządki, żeby kajutom nadać trochę domowego ciepełka i świątecznego klimatu. Potem pochłonęło nas pichcenie, przy którym  asystował nam Bosman i tak mijały przygotowania.
        W Wielką Sobotę obudził nas świergot ptaków, bo na noc zatrzymaliśmy się przy prześlicznym zagajniku w Parku Krajobrazowym Ujście Warty. Pogoda była wymarzona na spacer, więc z rana wybrałam sie na szybką przechadzkę z kotem. Potem musieliśmy już płynąć, bo bardzo ważny i ogromny silnik wciąż na nas czekał. Jednak nie zapomnieliśmy o zwyczajach wielkanocnych, mama przygotowała koszyczek ze święconką, tylko pojawił się problem kto i gdzie go poświęci. Wśród pomysłów, że może wodą z Warty, albo ranną rosą, mama przeforsowała tradycję i tato zaczął głowić się, gdzie będzie najbliższy kościółek. Kilka kilometrów dalej, nad rzeką była niewielka wieś, więc ruszyliśmy na poszukiwanie księdza. Wyskoczyłam niczym Bosman z pchacza na ląd i popędziłam do wsi, jednak szybko ostudzono moją radość, bo ksiądz już był, poświęcił pokarmy pod krzyżem i pojechał do kolejnych wsi. Wypytałam mieszkańców o trasę księdza i ruszyliśmy w pościg. W kolejnej wsi, znowu pudło, właśnie odjechał. W następnej to samo. Ale jest szansa, bo teraz będzie już święcił w kościele w większej wsi. Tylko, że drogi prowadzą prosto do wsi a rzeka wije się i wije, a pchacz to nie motorówka, do tego w górę rzeki płyniemy, więc zagryźliśmy wargi w niepewności, czy zdążymy.
        Zdążyliśmy, wpadłam do kościółka z uśmiechem od ucha do ucha. W szortach i zakurzonych sandałach, bo cały ranek biegałam po wiejskich drogach, wzbudzałam zainteresowanie mieszkańców. Dla wyjaśnienia rzuciłam tylko, że ja z barki, co dla mnie wiele tłumaczyło, ale mieszkańców jeszcze bardziej zaciekawiło. Potem już spacerkiem wróciłam na pchacza. Gdybym wówczas miała telefon, albo aparat, pewnie teraz wrzuciłabym kilka zdjęć wystylizowanego koszyczka na poboczu wiejskiej drogi, albo uroczego kościółka, albo moich umęczonych nóg opartych o poller, gdy już wróciłam na pchacza. Ale nie mam takich zdjęć, więc musicie sobie to wyobrazić. Powiem tylko, że było cudnie. Było po naszemu. I tego wszystkim życzę, obchodźcie święta po swojemu, jak wam serce dyktuje.

Mosty zamiast murów

        Moje slow life, było ostatnio bardzo slow. Po pierwsze dlatego, że zaszyłam się na kilka dni na wsi, gdzieś w świętokrzyskim, gdzie nie docierał żaden zasięg a po drugie dojazd na tą wieś zajął nam jakieś 8 godzin zamiast 4 i odbywał się w istnie żółwim tempie. A co ciekawsze większość podróży odbyliśmy w przyzwoitych warunkach. Ruch co prawda był duży, więc czasem wolniej a czasem szybciej, jednak stale przybliżaliśmy się do celu. Gdy byliśmy już na tyle blisko, że myślami siedzieliśmy przy czekającym na nas ognisku, nagle stanęliśmy w miejscu.
        Początkowo nic nas nie niepokoiło, zwłaszcza, że zatrzymaliśmy się przy płocie Muzeum Drogownictwa i chłopcy podziwiali z zachwytem stare pojazdy. Jednak po półgodzinie i braku jakiejkolwiek informacji zaczęliśmy się mocno niepokoić. Wszyscy stali, więc nic nie wskazywało na wahadło, nie było kogo zapytać, podejrzewaliśmy jakiś wypadek aż w końcu trafili się okoliczni mieszkańcy, którzy uświadomili nas, że drogowcy kładą nowy asfalt na moście. Ale do tego mostu to mieliśmy jeszcze ze trzy kilometry. Zaczęłam szukać alternatywnej drogi, jednak okazało się, że wokół tylko przeprawa promowa, nieczynna już o tej porze a objazd przez najbliższy most to ponad 200km drogi. Uznaliśmy, że nie my jedyni tu stoimy, korek jest na kilka kilometrów więc przecież muszą nas lada chwila przepuścić. I z takim przeświadczeniem staliśmy ponad dwie godziny. Ściemniło się, chłopcom rozładowały się tablety, jedzenie się skończyło i w desperacji zaczęłam szukać jakiegoś motelu. Byliśmy tak blisko celu a jednak tak daleko.
        Stojąc w korku czuliśmy rosnące zdenerwowanie i patowa sytuacja nas wykańczała. Szukałam jakiejkolwiek informacji w internecie, radiu, gotowa byłam przenocować u pobliskich mieszkańców. W końcu uruchomiono ruch wahadłowy i doturlaliśmy się bliżej mostu. Stanęliśmy znowu na jakieś 40 minut, tym razem na przeciwko komisariatu policji. Chłopców zainteresował radiowóz a ja uznałam, że to jakiś absurd w dzisiejszych czasach. Z nikąd informacji co się dzieje, w interecie cisza, w radio milczą, nie ma żadnych tablic informacyjnych, to gdzie jak nie na policję iść. Dzieci były pełne podziwu dla odwagi matki a mąż dodał, abym nie była zbyt awanturująca się, żeby nie musiał kaucji za mnie wpłacać. Ale z natury jestem grzeczna i ugodowa, więc spokojnie zaczęłam się pytać, co to się wydarzyło, że miasto zablokowane i korek na kilka kilometrów. Na to dość już zirytowany dyżurny, że drogowcy zamknęli most na kilka godzin bo asfalt leją. Nikogo nie poinformowali, żadnych objazdów nie zorganizowano, zupełna cisza. Na 200 metrów przed mostem ustawili znak, że roboty drogowe i ty się człowieku odczep, bo przecież poinformowali. Takich jak my było na pęczki, na 9 kilometrów.
        Wróciłam grzecznie do samochodu, zbyta przez władzę, ale wiedziałam, że w sumie moje nerwy nic tu nie pomogą. Jednak reszta rodziny już traciła cierpliwość, a to siusiu, piciu, niewygodnie i nudzi im się. Staraliśmy się wszystko łagodzić i tak byliśmy pełni podziwu wytrzymałości naszych dzieci. Podróż trwała już 7 godzin a oni dopiero teraz zaczęli narzekać. W końcu nam też się udzieliło zmęczenie i oboje z mężem wybuchnęliśmy a musze dodać, że mamy „włoskie” temperamenty, więc długo się powstymywaliśmy. Zawsze, gdy pojawia się konflikt, to po prostu wykrzykujemy swoje żale i po chwili już jest normalnie w oczyszczonej atmosferze. Nie znosimy niedomówień i obrażania się. Ale z reguły nie kłócimy się przy dzieciach. Oboje w dzieciństwie byliśmy świadkami kłótni naszych rodziców i to nic dobrego, więc uważamy, że kłócić się można, nawet czasem warto ale nie przy dzieciach. Tym razem złamaliśmy naszą zasadę i „skoczyliśmy sobie do gardeł” przy synach. Poleciały głupie pretensje, o to kto wybrał trasę, kto jej nie sprawdził i w  ogóle po co było jechać skoro w domu tak nam było dobrze. Otrzeźwiła nas cisza z tylniego siedzenia. Chłopcy przyglądali nam się w milczeniu i trochę nas to zawstydziło. Starszy powiedział, że najlepsze na takie kłótnie to się pobić. Przywołało nas to do rozsądku. Co ten nasz syn wygaduje? Jakie bicie sie? Spojrzeliśmy na niego pytająco a on na to, że zawsze się bije jak się kłóci. Młodszy kiwa potakująco. Patrzymy na siebie z niedowierzaniem, czyżbyśmy przegapili jakiś etap w rozwoju naszych dzieci, przecież się nie biją, przynajmniej nie tak, a mówią, że biją, więc o co chodzi. Ale dzieci nam wyjaśniły, że jak się złościmy to trzeba się pobić i oni nam pokażą jak. Po czym zaczęli ze śmiechem okładać się delikatnie rączkami i wyjaśniać nam, ze tak się robi jak ktoś jest zły. My natomiast zbici nieco z tropu zaczęliśmy słuchać instrukcji dzieci i po chwili biliśmy się jak dwie panienki dbające o wypracowany manicure. Zaczęło nas to bawić a gdy ujrzeliśmy miny panów z dostawczaka za nami, parsknęliśmy śmiechem. Musieliśmy śmiesznie wyglądać, tak się okładając delikatnie samymi dłońmi. Dzieci, chyba całkiem nieświadomie, rozładowały zbierające się napięcie. Chwilę potem poszłam sprawdzić ile jeszcze do tego nieszczęsnego mostu. Po drodze mijałam rodzinkę, której też puściły nerwy, były krzyki i płacz dzieci. Mam nadzieję, że też znaleźli swój sposób na oczyszczenie atmosfery.
        Kilkanaście minut później przejechaliśmy przez tak bardzo emocjonujący most i wszyscy odetchnęli z ulgą choć czekało nas teraz kilkadziesiąt kilometrów przez las, a finisz bez gpsa i zasięgu mógł nadal budzić emocje. Nowo zakupiona działka szwagierki nie była nam jeszcze wystarczająco znana, byliśmy tam raz, za dnia i jechaliśmy od innej strony. Szwagier wyjechał nam na przeciw ale nie spotkaliśmy się w umówionym miejscu i zaczęło wiać grozą. Ciemny las, szutrowa droga, gps oszalał i brak zasięgu. Człowiek to się tak szybko przyzwyczaja do wygód i zdobyczy cywilizacji. Jednak pamięć nas nie zmyliła, zaleźliśmy drogę i spotkaliśmy szwagra. Najważniejsze, że dotarliśmy cało i zdrowo na miejsce, a że z takimi przygodami, to trudno, zawsze to jakaś nauczka. A o zwolnionym tempie życia na leśnym rancho będzie w kolejnym wpisie, zapraszam.

Przemierzyłam w szerz i wzdłuż oceany, siedem mórz …

        Dzisiaj dla odmiany wybraliśmy się na rejs statkiem. Atrakcja dla mnie to średnia, bo jestem córką kapitana. Co prawda żeglugi śródlądowej a nie wielkiej, jednak z pływaniem jestem obyta i mnie nie ekscytuje. Choć muszę przyznać, że po wypłynięciu na morze jednak trochę bujało i było inaczej niż na rzece. Lecz cała moja rodzina nie była zbytnio wrażliwa na huśtanie. Mąż skwitował: noo, jednak trochę buja. A chłopcy się śmiali, że to fajna huśtawka. Co niektórzy mieli mniej wesołe miny.
        Chłopcy najbardziej przeżywali fakt, że płyną statkiem pirackim, ponieważ łajba była ozdobiona flagą piratów i innymi tego typu gadżetami. Zanim jeszcze wypłynęliśmy na morze, chłopcy zwiedzili już wszystkie kąty i zaczęli narzekać, że im się nudzi. Rejs trwał półtorej godziny i nie było wiele porywających momentów. Jak to na wodzie, prędkość stała, obiekty zmieniają się powoli, wszystko można dokładnie obejrzeć. Chłopcy po pół godzinie zasiedli z tabletami i odpalili swoje gierki. Co jakiś czas zerkali czy jest coś ciekawego.
        Przypomniałam sobie jak kilka lat temu w Chorwacji, wybrałam się z mężem i znajomymi na rejs promem ze Splitu do Dubrownika. Plan był taki, aby o świcie załadować się z samochodem na prom w Splicie a po kilku godzinach przybić w Dubrowniku. Zwiedzić miasto, zjeść kolację na starym mieście i wrócić samochodem w okolice Splitu, gdzie mieszkaliśmy. Rejs miał obfitować w niezapomniane widoki chorwackiego wybrzeża. Jak się okazało, najwięcej emocji wzbudziło znalezienie właściwego promu i załadunek. O Polakach mówi się, że hołdują prowizorkom i nie szczycą się organizacją, natomiast tam to była istna walka o przetrwanie. Najpierw totalny brak informacji skąd odpływa prom a potem pchanie się na chama i brak jakiegokolwiek planowania przy rozmieszczeniu ładunków. Przypomniałam sobie katastrofę polskiego promu Jan Heweliusz, ale pocieszałam się, że będziemy płynąć wzdłuż wybrzeża, więc w razie katastrofy dopłynę do brzegu a i morze jednak cieplejsze niż Bałtyk. Na szczęście do żadnej katastrofy nie doszło, choć w sumie cały rejs można nią nazwać. Nuda, nuda, nuda i smród. Zapomniałam zabrać ze sobą czegokolwiek do czytania. Wybrzeże cały czas takie samo, płynęliśmy zbyt daleko aby cokolwiek ciekawego dojrzeć. Wewnątrz niesamowity tłok, kajuty za drogie aby wykupić na kilka godzin, więc wszyscy zalegli na podłodze w restauracji i korytarzach. W barze królował fast food, ale widząc wyposażenie i obsługę to nic bym tam nie przełknęła a na pokładzie skwar oraz spaliny. Skąd ja to znam? Mój ojciec w takich warunkach pracuje. Latem żelastwo się nagrzewa więc człowiek błaga o wietrzny i pochmurny  dzień a jesienią wszystko szybko się wychładza i zbawieniem jest kilka godzin słońca.
        Inny rejs jaki sobie przypomnieliśmy z mężem, to wycieczka katamaranem po Atlantyku. To było podczas naszej podróży poślubnej na Teneryfę i było bardzo miłe. W ramach rejsu była kolacja i wino, kąpiel w uroczej zatoce oraz gwarancja spotkania delfinów. Chyba jako nieliczni skorzystaliśmy z wszystkich atrakcji. Przybyliśmy jako ostatni do mariny i wszystkie miejsca na siatkach tuż nad wodą były zajęte, a liczyłam na sesję solarną urozmaiconą bryzgami fal.  Trochę było mi żal leżenia na tych siatkach, jednak po kwadransie wszystkie opustoszały a towarzystwo okupowało toalety i kosze na śmieci. Faktycznie, tego dnia ocean był wzburzony i dość mocno bujało. Dzięki temu mieliśmy do dyspozycji najlepsze miejsca oraz żadnego tłoku przy kolacji. Natomiast większość osób zdecydowała się na kąpiel w zatoczce, jednak tak szybko jak wskakiwaliśmy do wody to równie szybko z niej uciekaliśmy. Bałtyk przy Atlantyku to jakaś zupa. Nie dość, że przemarzłam na kość, to fale były takie, że ledwo ledwo dopłynęłam z powrotem na katamarana. Niektórzy wołali o rzucenie liny. Jednak co ocean to ocean. A pamiętam pewne opowiadanie Janusza Wiśniewskiego o marynarzu, który chciał ze sobą skończyć i czekał aż dopłyną w okolice Wysp Kanaryjskich, gdyż tam ocean jest najcieplejszy. Jeśli to była ciepła woda, to aż strach pomyśleć co jest dalej. Od razu inaczej spojrzałam na los rozbitków z Tytanika. A delfiny były, zgodnie z gwarancją, urocze stworzenia. Szkoda tylko, że w Japonii są tak masakrowane i brutalnie zabijane na mięso.
        Ale wracając do dzisiejszego rejsu, to po godzinie chłopcy standardowo zawołali, że chcą siusiu. Taki urok przy dwójce przedszkolaków, że się od niechcenia zwiedza również toalety. Zeszliśmy pod pokład i wtedy nastąpiła ekscytacja. Muszle klozetowe standardowe, ale widok z bulaja zapierał dech w piersiach. Okienko było tuż nad linią wody i młodszy na ten widok zaczął krzyczeć, że toniemy. Na to starszy, żeby nie panikował bo to tylko fale. Czegoś takiego jeszcze nie widzieli, bo u Dziadka jednak nie ma takich fal. Resztę rejsu spędziliśmy w kibelku. Chłopcy jeszcze pobiegli po tatę i ku zdziwieniu personelu, największe emocje przeżyliśmy w toalecie. Widząc podejrzane miny, chciałam coś tłumaczyć o rewelacyjnym widoku jakiego nie ma u Dziadka, ale przy braku zrozumienia zakończyłam tym, że dzieciaki gorzej się poczuły na co personel zareagował pokiwaniem głowy ze zrozumieniem. Dla zainteresowanych rewelacyjnym widokiem fal, polecam rejs statkiem Roza Weneda w Świnoujściu. Dorośli 40 zł, dzieci 20zł, kursuje codziennie o 10.00, 15.00, 17.00 i 19.00. Miejsce widokowe ulokowane pod pokładem, w obu toaletach, jednak trzeba się zmieniać bo bulaj malutki.
Ale tak na poważnie to polecam rejs „szczurom lądowym”, bo całość przyzwoicie zorganizowana. Jak wcześniej wspominałam, na nas nie robił wrażenia, bo my już jesteśmy obyci ze statkami ale innym pasażerom bardzo się podobało.

 

Stoi na stacji lokomotywa…

        Wybraliśmy się wczoraj na miłą wycieczkę w Dolinę Baryczy. Naszym głównym celem była Krośnicka Kolej Wąskotorowa oddalona od Wrocławia zaledwie kilkadziesiąt kilometrów w kierunku na Milicz. Choć podróż samochodem była krótka, to niestety młodszy syn głęboko zasnął. Zastanawialiśmy się z mężem czy go budzić, ale wtedy byłby marudny, czy może jednak czekać aż trochę się wyśpi. Gdy tak się zastawialiśmy, dojechaliśmy na miejsce i nagle słyszymy radosny okrzyk młodszego syna: yoohoo, jesteśmy, ale super ciuchcia! Obudził się w odpowiednim momencie i na widok lokomotywy minęła mu senność. Ani on, ani starszy syn, bynajmniej nie marudzili tego dnia.
        Kolej wąskotorowa okazała się uroczą ciuchcią parową kursująca po kilkukilometrowej trasie w parku. Kupiliśmy bilet rodzinny, 18 zł za cztery osoby, więc całkiem nieźle. Chciałam obejrzeć budynek stacji, jednak moje chłopaki już biegły do wagonów. Co prawda było jeszcze trochę czasu do odjazdu, jednak podekscytowane dzieciaki zajęły miejsca i zaczęły cytować „Lokomotywę”. A czarna ciuchcia na przedzie faktycznie sapała i dyszała, choć nie widzieliśmy buchającego z jej brzucha żaru. Jednak, gdy szarpnęła wagony i to szarpnięcie poczuliśmy dosłownie, bo chłopcy prawie spadli z siedzeń, buchnęła kłębem pary. Ciuchcia co chwilę gwizdała i wyrzucała obłok kręcącego w nosie dymu a drobne kropki sadzy osiadały na białej koszulce męża. Po chwili pojawił się konduktor i przejęte dzieciaki pokazały bilet. Po drodze było kilka małych stacyjek a gdzieniegdzie kicały zające. Wszystko to robiło spore wrażenie na przedszkolakach. Gdy po chwili nieco opadły pierwsze emocje, powrócili do cytowania wiersza i pękali ze śmiechu gdyż siedzieliśmy w trzecim wagonie, w którym jak wiadomo siedzą same grubasy i jedzą tłuste kiełbasy. Chłopcy oczywiście zaczęli się dobierać do kosza piknikowego w poszukiwaniu tych kiełbas.
        Cała przejażdżka trwała jakieś 25 minut a po niej wszystkie dzieciaki pobiegły oglądać dwie lokomotywy, z czego jedna była bardziej oblegana, gdyż pomalowana jak znany z bajki „Tomek”. Wszystkie atrakcje były w sam raz dla kilkuletnich dzieci, natomiast nieco starsi pasażerowie nie przeżywali już tak radośnie każdego postoju czy szarpnięcia a dwie udostępnione ciuchcie nie ekscytowały nastolatków. Rodziny ze starszymi dziećmi zajęły stoliki w pizzerii a my poszliśmy do parku urządzić sobie piknik. Była niedziela, piękna pogoda a my jako jedyni rozłożyliśmy się z kocem na trawie. Taka swoboda w wyborze miejsca sprawiła, że oczywiście każdy miał swój typ. Dzieciaki chciały przy samym stawie a my jednak w cieniu i ostatecznie odpoczywaliśmy na trawie przy pałacu. Chłopcy zastanawiali się kiedy wyjdzie książę i księżniczka, bo chcieli trochę się z nimi pobawić. Z zapałem wymyślali kto może mieszkać w pałacu a my w tym czasie przejrzeliśmy mapę jaką dostaliśmy przy kasie.
        Dolina Baryczy słynie z okolicznych stawów i gospodarstw serwujących świeżego karpia na różne sposoby. Na odwrocie mapy były opisane różne gospodarstwa i ich słynne receptury na rybę. Skusiliśmy się na opis karpia pieczonego, duszonego z kurkami, faszerowanego, wędzonego  jednak w rzeczywistości okazało się, że jest jeszcze przed sezonem i menu ograniczono tylko do ryby w grubej panierce, smażonej w głębokim tłuszczu. Jednak nie poddajemy się, bo słyszałam, że faktycznie w niektórych miejscach potrafią genialnie przyrządzić rybkę. Szkoda, że przez niektórych czerwiec nie jest jeszcze uznawany za „sezon”, przecież ludzie zwiedzają okolicę nie tylko w wakacje. Mam nadzieję, że załapiemy się na dobrą rybę, gdyż dzieciaki już nam zapowiedziały, że chcą jeszcze kiedyś przejechać się lokomotywą.
        W drodze powrotnej, przejeżdżaliśmy przez Milicz i chłopcy wypatrzyli plac zabaw w Parku Jordanowskim. Mimo, że byliśmy już zmęczeni, to zrobiliśmy postój, gdyż dawno nie widziałam tak bogato wyposażonego placu zabaw i do tego tak czystego. A jestem częstym bywalcem placów zabaw i mam porównanie. Chłopcy wyszaleli się na drabinkach, karuzeli, ściankach wspinaczkowych i  trampolinie. Na koniec zrobiliśmy pamiątkową fotkę na tablicy udającej Pana Kleksa i Adasia z Akademii.
        Nie muszę chyba dodawać, że obaj moi synowie zasnęli tuż za Miliczem a po powrocie do domu pytali czy na pewno jeszcze kiedyś pojedziemy do lokomotywy. Uzupełnię jeszcze tylko zdjęciem z widokami jakie nam towarzyszyły w drodze. Zdjęcie niestety robione w trakcie jazdy, bo dzieciaki spały a nas gnał do domu głód. Narobiliśmy sobie smaka ale kolację zjedliśmy zdrowszą w domu, lepsza niż ryba ociekająca tłuszczem. Mimo wszystko polecam te okolice na jednodniową wycieczkę a ponoć wiele osób, szczególnie miłośników wędkarstwa, spędza tam urlop. Ponadto wszędzie są przepiękne lasy, pełne grzybów i jagód. Dużo tras rowerowych i całkiem sporo gospodarstw agroturystycznych. Mam nadzieję, że jak wybiorę się tam we wrześniu, to nie dowiem się, że to już po sezonie, bo mam w planie urządzić grzybobranie.

Powroty

        Uwielbiam wracać do domu. Nie ważne jak udany jest to wyjazd i nie ważne jak długo mnie nie było, powrót zawsze mnie cieszy. Nie lubię natomiast samej podróży, jazdy samochodem. Specjalnie wyjeżdżamy tuż po śniadaniu aby zdążyć przez szczytem komunikacyjnym. Nie lubię opuszczać gościnnych progów, zwłaszcza gdy jest tak miło jak tym razem. Jednak niestety zawsze to co dobre, kiedyś się kończy i trzeba wracać. Najbardziej lubię moment, gdy podjeżdżamy pod dom. Gdy już wiem, że kolejny raz z powodzeniem udało się przebyć te kilkaset kilometrów. Gdy już widzę, że dom stoi i nie ma śladów obecności nieproszonych gości. Teraz, gdy mam dzieci, radość jest jeszcze większa. Chłopcy z daleka wypatrują już znaków naszej wsi. Drą się wesoło: oooo, nasz kościół, wiedzę wieżę kościoła! A ja widzę dworzec! Mamo, mamo, patrz nasz plac zabaw! I nie ważne, czy nie było nas trzy dni czy trzy tygodnie, zawsze z taką samą radością witają znajome miejsca. Eksplozja euforii następuje przed rodzinnym domem. Wyskakują z samochodu, witają się psem i biegną do swoich zabawek. Sprawdzają czy są wszystkie autka i od razu zaczynają coś budować z klocków.
        Gdy patrzę na radość moich dzieci, przypominam sobie swoje powroty z wakacji. W dzieciństwie całe lato spędzałam z bratem u Babci. Wyjeżdżaliśmy w piątek, tuż po rozdaniu świadectw. Na miejsce docieraliśmy już o zmroku ale nie mogliśmy zasnąć. Pierwsze spotkanie z kuzynostwem u Babci wymagało obgadania wszystkich spraw. Dwa miesiące mijały nam wesoło i ze smutkiem pakowaliśmy się do samochodu ostatniego dnia sierpnia. Był płacz i długie machanie na pożegnanie, nawet gdy już nie było widać zarysu domu Babci. Potem pozostawało już wyczekiwanie przejazdu przez stolicę. To było zawsze duże wydarzenie. Dla rodziców, aby nie stać w korkach a dla nas był to posmak wielkiego miasta. Oboje z bratem przyklejaliśmy nosy do szyby i wypatrywaliśmy, brat samochodów a ja psów. To były lata 80. i w naszym prowincjonalnym miasteczku rzadko widywało się zagraniczne auta, albo rasowe psy innego niż jamniki czy owczarki. Każde z nas miało swoje pasje i przejazd przez stolicę dawał szansę pooglądania. Brat cieszył się widokiem „wypasionych” fur a ja realizowałam swoją pasję kynologiczną. Mogłam zobaczyć dalmatyńczyka czy sznaucera. Teraz to nie są jakieś rzadkie rasy, ale wtedy, dla dziewczynki z prowincji, to było wydarzenie. A po przejechaniu stolicy, była już tylko nuda, która trwała do momentu wjazdu do rodzinnego miasta. Wtedy rzucaliśmy się do szyby i podziwialiśmy jakie zaszły zmiany w czasie, gdy nas nie było. A to zrobiono nowy chodnik, albo pomalowali przystanek, czy ustawili nowe huśtawki. Pod blok podjeżdżaliśmy zazwyczaj już o zmroku. Wieczór był jeszcze ciepły, z pootwieranych okien słychać było szemranie telewizorów i wieczorne rozmowy. Na osiedlu panował spokój, w domach leżały już naszykowane galowe stroje na poranne rozpoczęcie roku szkolnego. Atmosfera powrotu do domu była taka magiczna. Z jednej strony żal, że skończyła się wakacyjna laba, a z drugiej strony ciekawość kolejnego dnia, spotkania z koleżankami z klasy i opowiadań jak każdy spędził lato.
        Uwielbiam ten moment powrotu, gdy wchodzę do domu i widzę, że wszystko stoi tak jak stało. Zawsze przed wyjazdem staram się zostawić porządek, proszę też sąsiadkę, opiekującą się zwierzakami aby wywietrzyła przed naszym przyjazdem. Miło wchodzi się do takiego uporządkowanego i pachnącego domu. Przechodzę po pokojach, rzucam okiem czy nic się nie zmieniło i ruszam do ogrodu. A tam zazwyczaj same zmiany. Nawet kilka dni nieobecności pozwala dostrzec, że ogród żyje. A to zakwitła wiśnia, bzy już prawie prawie otwierają kwiaty, wykiełkowały konwalie i wzeszły piwonie. I co chwilę pies trąca mnie pyskiem, też się ogromnie cieszy i jakby mówił: no nareszcie jesteście.