Archiwa tagu: ogród

Czyn społeczny

        Dom wybudowany, urządzony w całości, więc przyszła pora na ogród. Posprzątaliśmy już nasz pobudowlany ugór, przygotowaliśmy teren do dalszych prac. Termin u brukarzy mamy już zaklepany. Teraz jeszcze dopracowujemy szczegóły tarasów, ścieżek, oświetlenia, ogrodzenia. Wszystko na razie odbywa się na papierze ale lada tydzień ekipa wkroczy do ogrodu i będzie się działo. Czyli będzie tak jak lubię bo na razie zionie nudą.
        Wczorajsze przedpołudnie minęło nam bardzo leniwie. Dzieci wyciągnęły swoje maszyny rolnicze i uprawiały pole a my wygrzewaliśmy stęsknione słońca ciałka. W naszym ogrodzie nie mamy teraz co robić. Planowaną wcześniej wycieczkę w góry też przełożyliśmy, bo chłopcy po południu mieli iść na imprezę urodzinową do kolegi. Wybraliśmy się na przejażdżkę rowerową po okolicy a po obiedzie szukaliśmy jakiegoś pożytecznego zajęcia. No i znaleźliśmy. Skoro nie mieliśmy co robić w swoim ogrodzie, to ruszyliśmy z grabiami do pobliskiej rzeczki. Wyłowiliśmy śmieci, wygrabiliśmy brzegi, od razu zrobiło się ładniej. Przy okazji nazbieraliśmy chrustu i zrobiliśmy wielkie ognisko. Chłopcy byli zachwyceni.
        Wzbudziliśmy spore zdziwienie wśród sąsiadów. Żartowali, że szykujemy sobie kąpielisko. Prawda jest taka, że jak człowiek przez lata jest przyzwyczajony, że co sobotę coś tam w swoim ogrodzie grzebie to nagle taka bezczynność go męczy.  Po prostu brakowało nam tej ogródkowej aktywności fizycznej, do której przyzwyczailiśmy się mieszkając w starym domu. Człowiek jak musi pracować, to często narzeka, że to męczące, że musi czas poświęcić. Dlatego nasz czyn społeczny wzbudził takie zdziwienie. Ale nam sprawił dużą przyjemność. Poruszaliśmy się a najważniejsze, że mamy ładny widok z okna i satysfakcję z dobrej roboty.
        Gdy mieszkaliśmy w bloku we Wrocławiu, kilka razy w roku ruszałam z wielkim workiem na skwerek przed balkonami i sprzątałam śmieci. Inni mieszkańcy patrzyli na mnie z okien jak na jakieś dziwadło. Nikt się nie przyłączył a ja nie miałam ochoty na nagabywanie i namawianie sąsiadów na wspólne sprzątanie. Sama nie byłam tym zmęczona, pół godzinki roboty i od razu miałam uśmiech na twarzy patrząc na ładny teren. Nie lubię narzekania, że brzydko, że naśmiecone, że miasto/gmina/urzędnicy nic nie robią. Wolę sama zakasać rękawy i nie czekać tylko zmieniać rzeczywistość. Nie znoszę słuchania, że ktoś się powinien tym zająć i szczerze mówiąc zupełnie nie rozumiem, jak można w piękny dzień siedzieć na przykład przed telewizorem, pierdzieć w stołek i marudzić jak mu źle. Można się ruszyć, dotlenić, ładnie opalić a jednocześnie zrobić coś pożytecznego. Więc mieszkańcy bloków, nie macie co zazdrościć właścicielom domków jednorodzinnych, sami też możecie popracować w terenie i mieć z tego dużo radości.

Nic jeszcze nie skończone

        Do przekazania starego domu zostało nam dwa tygodnie. Specjalnie nie piszę, że do przeprowadzki, bo ta już się zaczęła. W nowym domu mamy zapchany strych i garaż, pokoje jeszcze puste, bo czekają na ułożenie paneli. Choć w nowym domu przybywa kartonów, mam jednak wrażenie, że w starym niczego nie ubywa. Co wywiozę pełen samochód, to na to miejsce mam już kolejną partię. Skąd tego tyle? A jeszcze sukcesywnie część rzeczy oddaję. Nie chcę nawet myśleć o rozpakowywaniu. To potrwa przynajmniej do końca listopada jak nie dłużej.
        Kilka osób prosiło mnie o zdjęcia wnętrz ale te wstawię jak już będzie gotowe, albo przynajmniej jak będzie coś widać, bo teraz nic nie widać. Wszystko mamy zaczęte a nic nie skończone. Jestem zadowolona z pracy panów od wykończeniówki ale za nic nie mogę przyzwyczaić się do ich sposobu pracy. Tu zaczną, tam przejdą, gdzieś wrócą a jeszcze po drodze o coś zahaczą. Oczywiście ma to swoje uzasadnienie, bo jak trzeba poczekać aż coś przeschnie w łazience, to idą do przodu z inną robotą a potem wracają do łazienki, a w międzyczasie, robią jakieś drobne prace. Te mniejsze robótki zostawiają sobie na czas, gdy nie opłaca się zaczynać czegoś większego a za wcześnie by już jechać do domu. Gdy ich zapytać, to na wszystko mają odpowiedź i to bardzo logiczną, więc przyczepić nie ma się do czego, ale już by człowiek chciał, żeby coś było zrobione. Poprosiłam na przykład o ukończenie pralni, bo gdzieś część rzeczy musiałam składać. Panowie zrobili, pralnia zastawiona a teraz elektryk nie może się dostać do gniazdka, więc w sumie też nie jest skończona, bo coś jeszcze trzeba zrobić. I tak ze wszystkim. Mam nadzieję, że w te ostatnie dwa tygodnie będzie już więcej widać, że tylko będę odhaczać co mamy zrobione, ale wiem też, że jednocześnie będę zapisywać, drobnostki do skończenia za kilka tygodni, czyli po montażu drzwi, schodów, kuchni, kominka.
        Reasumując, pomalowane mamy prawie wszystko. W łazienkach został montaż. Ogrzewanie mamy na górze, dół dzisiaj kończą. Panele jutro układają na dole, góra zaczęta, ale na razie tylko dwa pokoje, reszta później. Kuchnię montują za tydzień. Pompa ciepła do wody już zamontowana, ale czekamy na wynik badania wody z sanepidu, więc stacja uzdatniania będzie za tydzień. Jest jeszcze kilka ważnych spraw do ogarnięcia, jak ogrzewanie, woda, a jednocześnie trzeba już wybierać lampy, karnisze i inne ozdobne duperelki, bez których dom to tylko cztery ściany. Teraz jest taki czas, że jednocześnie jeszcze muszę zajmować się sprawami budowlanymi, bo w przyszłym tygodniu kopiemy studnię chłonną i okazało się, że jedna rynna jest o 2 cm za krótka i muszę załatwić przedłużkę a za chwilę panowie pytają mnie, gdzie ma być półeczka pod prysznicem. A do tego w poniedziałek zmieniam nam wszystkim meldunek, bo mamy już nadany numer domu: 1 U. Gdzie ja znajdę „U”, chyba trzeba będzie zamawiać albo namalować na ścianie. Do tego czekają mnie jeszcze odbiory. I do tego wszystkiego szukam tapicera albo zręcznej krawcowej co uszyje pokrycie na nasze stare sofy. Są one w bardzo dobrym stanie, poza tym, że materiał jest paskudnie poplamiony. 6 lat użytkowania przez dwójkę chłopców, odcisnęło na nich bardzo widoczne piętno. Szkoda mi kupować nowego wypoczynku, bo wiem jak będzie wyglądał za kilka miesięcy. Chciałabym uszyć pokrowce na poduchy i stelaż. Obszycie poduszek to ponoć banał i jedna pani, to by się nawet tego podjęła, ale ze stelażem za dużo roboty, nie opłaca jej się. Bardzo dobra znajoma mojej mamy jest świetną krawcową ale mieszka kilkaset kilometrów stąd, a na odległość trochę ciężko szyć, zwłaszcza coś tak nietypowego.
        Pracy jest bardzo dużo, nie ma czasu na refleksję choć powoli dociera do nas, że za dwa tygodnie już nas tu nie będzie, że odwiedzając znajomych, będziemy mijać cudzy dom a nie nasz, że ten ogród już nie mój, choć patrząc przez okno stale sobie powtarzam, że przydałoby się jeszcze przyciąć trawę na miedzy za płotem, bo zagłusza borówki albo wyplewić chwasty z podjazdu, bo zimą łatwiej będzie odśnieżać. Tylko, że doba za krótka na to wszystko a przecież my już tu nie będziemy odśnieżać. Muszę zająć się tym, że w nowym domu nie mam jeszcze czego odśnieżać, bo nawet nie mam jeszcze podjazdu, ale bardzo chcę go mieć przed zimą. A czasu coraz mniej.

Zielone dzidziusie

W ogrodzie wiosna szaleje. Wyjątkowo wcześnie, wcześniej niż zwykle. Mam już za sobą przycinanie, nawożenie a także pielenie. Tego roku jednak łezka się w oku kręci, bo to ostatnia wiosna w tym ogrodzie. Dom sprzedany, jesienią się wyprowadzamy, na szczęście lato należy do nas i naszego ogrodu.

Znam każdą roślinkę, wiem co lubią, jak je przycinać, jak nawozić. Niektóre trzeba okrywać na zimę, inne są już zahartowane i mrozy im nie straszne. W tym roku pierwszy raz zakwitną hortensje ogrodowe, wcześniej niestety nie służył im mroźny wiatr. Azalie bardzo się rozrosły, wkraczają w przestrzeń różaneczników. Koty sąsiadów na szczęście nie połamały clematisów i tworzą one już piękną, zieloną ścianę a niedługo zakwitną różnymi kolorami.

Zupełnie nie szkoda mi domu. To tylko mury. Co prawda pełne miłych wspomnień ale pną się już w górę mury naszego nowego domu. Domu przemyślanego, zaprojektowanego specjalnie dla nas, spełniającego nasze różne potrzeby. Ale ogród to żywy organizm. Moimi roślinami będzie opiekował się ktoś inny. A jeśli nie będzie o nie dbał? A jeśli przyjadę odwiedzić sąsiadów i zobaczę swój ogród w tragicznym stanie, chorujące rośliny, cierpiące? Mam jednak nadzieję, że nowi właściciele nie pozwolą zginąć moim podopiecznym. W końcu zachwycił ich nie tylko dom, ale także wypielęgnowany ogród. Proponowałam przyszłej pani domu, że chętnie przekażę jej moją wiedzę i doświadczenie w pielęgnacji tego konkretnego ogrodu. Choć wątpię czy skorzysta, pewnie wybierze pomoc ogrodnika ale mam nadzieję, że doświadczonego, bo martwię się o te moje roślinki. A może sama trochę poczyta, poszpera w sieci, nabierze doświadczenia i będzie się opiekowała roślinami z taką miłością jak ja.

Na szczęście znalazłam sposób na otarcie łez za starym ogrodem. Kiedyś nauczyłam się jak z jednej rośliny, można pozyskać całą gromadkę nowych sadzonek. Przy okazji przycinania, gałązki można wykorzystać na przyszłe rośliny. To, co zasiliłoby kompostownik, można ukorzenić. Albo samosiejki, które normalnie powinny zostać wyplewione, bo w krótkim czasie mogą zagłuszyć rabatę, teraz z pietyzmem przesadzam do doniczek. W ten sposób od kilku lat pozyskuję nowe rośliny, którymi obsadziłam już każdy kąt obecnego ogrodu a wieloma sadzonkami podzieliłam się także z sąsiadami. Obecny ogród jest już tak zakrzewiony, że nie ma gdzie wcisnąć kolejnych roślin a nawet te co są trzeba trzymać w ryzach, aby się za bardzo nie rozrosły i nie zagłuszały mniej ekspansywnych gatunków. Jednak ogród żyje i rodzi, a to co urodzi, zbieram i dzięki temu mam już sporą grupkę „dzidziusiów”, które jesienią, niczym kolonizatorzy, zasilą mój nowy ogród. Bo tak to już jest, że coś się kończy ale co innego się zaczyna.

Wiosna szaleje

Małe krzaczki azalii zakwitły bujnie.

Modne zestawienie. Różaneczniki i azalie ładnie się razem kompunują.

Różaneczniki

Kolejne różaneczniki

Różaneczniki tym razem w żółci

Moje ulubione białe azalie.

Różaneczniki w pełnej okazałości na jodłowym tle

Krzew kaliny

A na koniec urocze konwalie.

Kilka nowych fotek wiosny w ogrodzie

 

Wisienka obsypana kwieciem.

Konwalie wypuściły liście. Wyczekuję obłędnie pachnących kwiatów.

Piwonie też już mają spore liście, czekam na moje ulubione białe kwiaty.

Trawy ozdobne wschodzą uroczymi kępkami.

Moje ulubione tawułki wkrótce wypuszczą czerwone pióropusze.

Zakwitły poziomki. Dzieci nie mogą się już doczekać słodkich owoców.

Zielono mi

        Wiosna już szaleje w ogrodzie. Rośliny nadrabiają stracony czas. Uwielbiam ten moment przebudzenia, gdy wszystko tryska energią. Pąki pęcznieją, zaraz będą gotowe zachwycać różnobarwnymi kwiatami. Iglaki soczyście się zielenią, porzucając już zielono-brązowy odcień igieł. Jabłonki, wisienki i śliwy już już prawie kwitną. Róże mają  piękne, maleńkie listki. Rzodkiewka wykiełkowała, na nią zawsze można liczyć, urośnie nawet w najmniej sprzyjających warunkach. Czeka teraz na przerywanie siewek, ale strasznie nie lubię tego robić. Chyba poproszę o to jakąś znajomą, bo sama mam dylemat które wyrywać. Szkoda mi tych roślinek, które tak pracowicie wykiełkowały. Chyba mam w sobie zbyt dużo empatii, gdyż nie przemawia do mnie prawo silniejszego i działanie w imię ogółu. Szkoda mi tych, które mają iść na straty.
        Kiedyś moimi faworytami, gdy jeszcze mieszkałam w bloku, były jednoroczne kwiaty ozdobne. Wiosną odwiedzałam centrum ogrodnicze i szukałam ciekawych odmian, nowinek rynkowych. Potem mój balkon tonął w zieleni i kwiecie. Uwielbiałam przyjmować gości na tym moim malutkim ale pachnącym balkoniku. Teraz, odkąd mieszkam w domku z ogródkiem, odeszłam trochę od obsadzania donic. Przy ilości pracy w ogrodzie, brakuje mi jeszcze czasu na codzienne podlewanie. Jednak słyszałam ostatnio o jakimś hydrożelu, który kumuluje wodę w donicy i dzięki temu można rzadziej podlewać. Jednak coś podlewać trzeba.
        Na początku mojego wiejskiego życia byłam zielona w temacie roślin ogrodowych. Bałam się trochę samej zagospodarować ten skrawek własnej ziemi, nie miałam pomysłu na wytyczenie rabat i dobór roślin. Poza tym wówczas pracowałam prawie do nocy a ogród trzeba poznać o różnych porach dnia zanim coś się posadzi. Z tego względu powierzyłam to zadanie ogrodnikowi a teraz ciągle na niego pomstuję. Gość wyjechał na Wyspy, więc nie dopadnie go moja żądza zemsty. Po 5 latach nie jestem już tak zielona w temacie ogrodu a nawet niektórzy pytają mnie o wskazówki i rady. Teraz widzę, że wiele roślin miałam źle posadzonych, w złych miejscach, zbyt słonecznych albo cienistych. Inne rośliny są zbyt zagęszczone a inne źle się czują w swoim towarzystwie. Każdej wczesnej wiosny ruszam do ogrodu i rozsadzam, przesadzam, robię rewolucję w rabatach. Mąż stuka się w czoło a ja się upieram, że ogród to żywy organizm a nie obraz na ścianie. Żyje, zmienia sie i trzeba dbać o dobre warunki dla roślin. Mam nadzieję, że tego roku zakończył się już etap poprawek po ogrodniku.
        Jednak jest coś co jeszcze bardziej mnie wkurza po pracy tego niefrasobliwego architekta zieleni. Ponoć wiele osób sobie to chwali ale mnie doprowadza do szału. A mianowicie wykładanie rabat włókniną, co niby ma chronić przed chwastami. Tyle, że z sąsiedniego pola wiatr nawiewa ziemię i chwasty rosną na włókninie i pielić i tak trzeba. A gdy jesienią mocniej powieje, to wiatr zdmuchuje większość kory pod płot odsłaniając w ten sposób błyszczącą, czarną włókninę. Nie dość, że musze pielić to jeszcze ganiam z grabkami i na nowo przysypuję korą ta włókninę. Ponadto widok kory pomiędzy krzewami wcale nie jest taki ładny jak panująca wszędzie zieleń. Dwa lata temu odkryłam byliny. Nawet nie wiedziałam, że jest ich tak dużo. Można znaleźć coś na słoneczne albo cieniste rabaty, kwitnące, płożące, do wyboru do koloru. Zamiast tej szaro-brązowej kory o wiele lepiej wyglądają na przykład fiołki czy tawułki. Tylko byliny rozrastają się przez korzenie a włóknina to hamuje. Teraz chodzę z nożyczkami i wycinam coraz większe koła we włókninie wokół zieleniących się roślin. Zerwanie jednorazowo całej tej „folii” jest niemożliwe, bo powbijała się już większym roślinom w korzenie. Mogę tylko wycinać coraz większe placki i obsadzać je bylinami. Uwielbiam rozchodniki za ich grube i mięsiste liście oraz urocze kwiaty a także tawułki, w szczególności te krwisto czerwone, które w większej rabacie wyglądają jakby płonęły.
        Zamieszczam dzisiaj kilka zdjęć budzących się w moim ogrodzie bylin, a w całej okazałości będzie można je zobaczyć już za kilka tygodni.

Nocne manewry

        Jestem ostatnio bardzo zapracowana. Wiadomo, wiosna w ogrodzie. A tam zawsze znajdzie się coś do zrobienia. Nie potrafię przysiąść czy poleżeć bo zaraz wpatruję jakiś chwast, albo coś do podwiązania, przycięcia itp. Po chwili nici z relaksu tylko zasuwam już na kolanach. To też są uroki ogrodu. Jak ktoś ma problemy z totalnym zrelaksowaniem się, to zawsze znajdzie sobie jakąś robótkę. Przypominam sobie jak dwa sezony temu, mąż mnie namawiał na odpoczynek. Był tak przekonujący, rozłożył mi leżaczek, zrobił drineczka, przyniósł jakieś czytadło. Nie wypadało nie skorzystać. Dzieci grzecznie się bawiły, mąż też czymś się zajął a ja sobie odpoczywałam. Ale bokiem wyszedł mi ten relaks, gdy zobaczyłam czym zajął się mężuś. Tak pięknie mi wyplewił jedną rabatkę, że wolna była od jakiejkolwiek zieleniny. Ukochany czuł się w obowiązku powyrywać chwasty bo parę tygodni wcześniej nieopatrznie sypnął mi tam trawą, którą dosiewał na „swoim” trawniku. Wkurzyło mnie wtedy to, że już nigdy tej trawy się nie pozbędę. Męża widocznie męczyło poczucie winy, bo na kolanach grzebał w ziemi i wyrwał wszystko jak leciało. Tylko nie miał pojęcia, że większość tej zieleniny to były wschodzące jednoroczne kwiatuszki, które wysiałam sobie kilka tygodni wcześniej. Gdy to zobaczyłam, to nawet nie potrafiłam się zdenerwować. Tak mnie rozbawił tą troską o mój relaks i dobre samopoczucie, że nie mogłam się gniewać, tylko wybuchłam śmiechem, że widocznie nie jest mi pisana kwiecista rabata. Następnego roku w tym samym miejscu moi chłopcy urządzili sobie zastępczą piaskownicę, bo ze swojej wywalili juz cały piach. Zanim uzupełniliśmy im go w piaskownicy, tak już pokochali moją rabatę, że cały sezon nie mogłam ich wygonić. Co cudem jakimś wyrosło, to przekopali, zaorali i po sprawie. W tym roku mają już gotową piaskownicę i tacy bardziej kumaci są, więc dokładnie im wyjaśniłam, że w tym miejscu niczym nie kopiemy. Gdy byli w przedszkolu, przekopałam i zagrabiłam rabatkę, już była gotowa do obsiania. Jednak gdy zabrałam się za obiad moi synkowie postanowili ją zaorać, bo nieopodal pracował traktor i oni chcieli tak samo. Wyglądam przez okno a oni chodzą na przemian z grabiami z tyłu. Gdy ich upomniałam, odpowiedzieli, że nie zabroniłam orania. Tyle dobrego, że jeszcze nic nie wysiałam. Ale może jednak trzeba coś innego przewidzieć dla tego miejsca, bo kwiatuszki widocznie są dość ryzykowne.
        Jednak żeby nie było, że tak tylko narzekam na męża, to muszę go bardzo pochwalić. Ostatnio po lekturze bloga Doroty z maminkowa, postanowiłam oduczyć młodszego nocnego wstawania i spacerów do łózka mamusi. Ostatnio mieliśmy takie chodzone noce, raz ja do niego, mówię, żeby spał, za chwilę on do mnie, że nie chce spać sam i tak kilka razy w nocy. Tydzień temu zagryzłam zęby i powiedziałam sobie, że nie wpuszczę smarkacza do łóżka, tylko będę odprowadzać, a sama też się z nim nie położę tylko, uspokoję i zostawię aby zasnął. Tyle teorii. Gdy mały zaczynał beczeć, było po wszystkim. Przyszedł weekend i uprosiłam męża, żeby przejął pałeczkę. Starszego też oduczał nocnego picia kaszy i spania z „mociem”. Ja wtedy miałam już drugiego dzidziusia i opieka nad starszym spadła na męża. Tym razem trochę protestował, bo zapowiadało się, że ja będę smacznie spała a on będzie krążył między dwoma łózkami. Ale, skoro weekend, no to zgodził się na dwie noce. Musze oddać mężowi honor, że konsekwentny to on jest. Jak się okazuje w przeciwieństwie do mnie. Młody nauczył się, że płaczem wszystko może z mamą ugrać, zwłaszcza w nocy gdy cały dom śpi i chcę zachować taki stan rzeczy. Ale z tatą nie było już tak lekko. Synek o tym wiedział i jak tylko zobaczył w drzwiach tatę to zaczął dyskusję. Jednak nic nie mógł ugrać, więc sięgnął po ostateczny argument
- To będę beczał
- No to becz.
Chwilę płaczu a potem jeszcze trochę męskiej i stanowczej rozmowy a potem synek spał do rana. Następnego wieczora powiedział tylko do taty, że go nie chce w nocy. Na to mąż, że jak się nie będzie budził to nie będzie taty. Mały obudził się raz, już prawie o świcie, gdy zobaczył tatę, powiedział zrezygnowany „idź sobie, już będę spał”.
        Czasem kłócimy się z mężem zażarcie bo oboje mamy silny temperament ale okazuje się, że jednocześnie świetnie się uzupełniamy. I chyba tak powinno pozostać. Ja się zajmę tymi swoimi rabatkami, mąż trawnikiem i nie będziemy sobie wchodzić w paradę. Mam tylko nadzieję, że w tym roku jakieś kwiatki w końcu mi wyrosną.

Szybki wpis

        Dzisiaj będzie szybki, krótki wpis a to dlatego, że w końcu przybyła wiosna a wraz z nią cała masa prac w ogrodzie. Czeka mnie przekopywanie, nawożenie i sianie. Warzywnik co prawda niewielki jednak na potrzeby naszej rodziny wystarczy. A czasem nawet dzielimy się zbiorami z bliskimi. W poprzednim sezonie zdecydowałam się pierwszy raz na pomidory. Dostałam rozsadę, porobiłam sadzonki ale pieruńsko bałam się jak mi ta uprawa pomidora się uda, bo słyszałam, że to wymagająca roślina. A miejsca było trochę mało w przydomowym ogródki i żal było niszczyć wypielęgnowany trawniczek pod niepewną uprawę. Zwłaszcza, że ta trawka to oczko w głowie pana domu. Nie wiem dlaczego, ale panowie zawsze dbają o trawniki a panie o krzewy i ewentualne warzywniki. Kiedyś pan ze szkółki krzewów wyjaśnił mi, że na trawniku najszybciej widać efekty pracy, dlatego panowie tak je sobie upodobali. Krzewy w sezonie się zmieniają, raz kwitną, raz się zielenią trudno laikowi ocenić czy są w dobrej kondycji a trawnik zawsze powinien być zielony i jak jest to znaczy, że pan domu czuwa. U nas mąż jest biegły w areowaniu, wertykuowaniu i nawożeniu trawnika a rabaty to już niech się baba martwi. Ale wracając do pomidorów to od słowa do słowa, dogadałam się z sąsiadką i zrobiłyśmy spółkę pomidorową. Ja jako kapitał wniosłam sadzonki a sąsiadka udostępniła swoją nieruchomość. I choć jaskółki nas ostrzegały przed takimi spółkami ale zaryzykowałyśmy i … udało się, pełen sukces, wyhodowałyśmy pyszne malinówki. Zbiory były bogate, liczone w skrzynkach. Nie do przerobienia, więc dzieliłam się z bliskimi a przy okazji chwaliłam się, bo to jednak był sukces ogrodniczy. Zachęcona zeszłorocznymi zbiorami, w tym roku zaplanowałam powiększenie warzywnika i przez to mam więcej pracy.
        Jak kupiliśmy dom na wsi, to zarzekałam się, że tylko iglaki, bo nie mam czasu na pielęgnację ogrodu. Na pewno nie będę siała marchewki skoro kilogram kosztuje kilka złotych. Po dwóch latach zmieniłam zdanie. Nie spodziewałam się, że iglaki wymagają tyle nakładu pracy i że są tak niewdzięczne w obsłudze. Gdy zachoruje choinka, to dowiesz się o tym, gdy już jest na wszystko za późno i pozostaje tylko wykopanie delikwenta. Ale teraz nauczyłam się już odbierać pośrednie sygnały i reagować w porę, ale nigdy już nie powiem, że ogród pełen iglaków nie wymaga  dużo pracy. Czasem nawet więcej tej pracy trzeba włożyć niż w rodzime krzewy, pasujące do klimatu. Ogród zakładał mi ogrodnik i zrobił to tak jak sobie życzyłam, czyli dużo zimozielonych krzewów i pomiędzy nimi coś pięknie kwitnącego. Wtedy dużo pracowałam i nie miałam czasu na zgłębianie wiedzy o roślinach. Ale okazało się, że wiele roślin padło, bo sądziłam, że wystarczy je podlewać. Co prawda teraz nie pracuję ale mam co robić w domu, więc nadal szukam czegoś mało wymagającego. Postawiłam na rośliny, które spotykam na spacerach. Znajomi mówią, że uprawiam chwasty. Faktycznie sumak przez wiele osób jest uznawany za uciążliwy chwast, ale ja uwielbiam jego czerwone, jesienne liście. Albo kalina, brzoza, wierzba, bez. Wszystko to spotykam na spacerach, rośliny same sobie radzą w naturze, to w moim ogrodzie będzie im jak w raju. A ja się wcześniej uparłam na jakieś rododendrony czy azalie. Owszem te drugie przetrwały ale muszę je na zimę okrywać, ile przy tym roboty, fiu, fiu, to już wolę nagietki posiać.
        Mogę mnożyć przykłady i jeśli kogoś interesuje temat to służę praktycznymi radami, jednak wiem już, że czasem najprostsze rozwiązania są najlepsze. A co do warzywnika to broniłam się przed nim rękami i nogami. Przecież warzywa są tak tanie, szkoda tej pracy. Ale odkąd mam dzieci, patrzę na to inaczej. Sama uwielbiałam u babci młodą marchewkę prosto z ziemi, taką ledwo opłukaną, absolutnie nie obieraną. Taka była najpyszniejsza. Moje chłopaki też tylko taką zjedzą. Ugotowana w zupie jest bleee, nie ruszą. Nie naciskam, bo ja też jej nie lubiłam. Ale latem chodzą z wystającą z buzi nacią. Sami sobie wyrywają, płuczą pod kranem i do buzi. Tak samo zjedzą prosto z krzaka poziomki, truskawki i borówki. Nawet kwasiory porzeczki i agrest zerwane z krzaka są atrakcyjne, bo te ze sklepu to już podejrzane. W ten sposób mój ogród z sezonu na sezon ewoluuje w kierunku wiejskiego ogródka.
Zamarzył mi się plener w stylu angielskim a rzeczywistość sprowadza mnie do babcinego ogrodu, pachnącego kwiatami i ziołami, dającego obfite zbiory. Ostatnio zaczęłam myśleć o wykopaniu przydomowej piwniczki, aby te bogate zbiory przechować. Och, jak ja kocham wiosnę. Ten pracowity czas planów. Sieję cukinię i myślę o pysznym leczo i marynacie, które podam gdy zaproszę gości na moje jesienne urodziny.
        Jeśli ktoś nie dysponuje kawałkiem ziemi, to polecam uprawę balkonową. Rzodkiewka i szczypior wszędzie urosną. Prawie nie mają wymagań. Trzeba być totalnym laikiem, aby je zaniedbać, a są wyjątkowo wdzięczne. Jajecznica z wiejskich jaj, ze „swoim” szczypiorkiem smakuje… no nie da się tego opisać. Uwielbiam wiosnę, gdy budzi nas śpiew ptaków. W sobotę schodzę na dół i już na schodach czuję aromat kawy mieszający się z zapachem duszonej na maśle dymki. Mąż w samych bokserkach wyskoczył do ogródka po szczypior i przy okazji wyprowadził psa. Żyć nie umierać, dla takich chwil człowiek to wszystko tworzy, dla tych leniwych weekendowych poranków. Och, nie mogę pisać dalej, rozmarzyłam się już o lecie, ale jeśli kogoś zachęciłam to proponuję choć bazylię, oregano i majeranek  wysiać w donicy na parapecie.
 
 
P.s. Zapraszam również do mojego drugiego bloga, który jest formą rozmowy między mną, mamą przedszkolaków i bliską koleżanką, przyszłą matką. Rozmawiamy czasem poważnie, czasem na totalnym luzie o tym co ważne dla kobiet.