Archiwa tagu: morze

„Straszne się tu chamstwo zjeżdża z całego świata”

        Kończą się wakacje i wracają do domów rodziny z dziećmi w wieku szkolnym. Nawet nam się trochę smutno robi, bo chłopcy żegnają się z kolejnymi kolegami poznanymi podczas wakacji. Wczoraj na placu zabaw nie było już standardowego „do jutra”, gdyż kilkoro dzieci mówiło, że wieczorem wyjeżdża do domów. Część straganów nareszcie się zwinęła, zamknięto co drugą smażalnię i z plaży zniknęły ogromne, dmuchane place zabaw. Kończy się wakacyjny jarmark i robi się normalnie nad polskim morzem.
        Pisząc te słowa, słyszałam stukot małych kółek walizki o bruk. Pomyślałam, że kolejni wczasowicze opuszczają nadmorskie uzdrowisko. Zerknęłam przez okno i ujrzałam grupę niemieckich emerytów zmierzających w kierunku pobliskiego hotelu. No tak, jedni wyjeżdżają a inni przyjeżdżają. Wrzesień to wymarzony czas dla emerytów. Nie ma już wakacyjnego gwaru. Hałaśliwe dzieciaki siedzą w ławkach a nie na plaży. Ceny nieznacznie spadają, słońce już tak mocno nie praży i pogoda sprzyja spacerom brzegiem morza.
Obserwowałam ostatnio kilka grup emerytów na wakacjach i mam nieodparte ważenie, że ci polscy są niestety smutni. Niby na wakacjach, niby przyjechali się pobawić, odpocząć a jednak tacy spięci i stale się kontrolują. Zupełnie inaczej prezentują się niemieccy emeryci. Pewni siebie, swobodni, uśmiechnięci. Niewątpliwie główną przyczyną są pieniądze. Zasobność portfela zapewne znacząco wpływa na poziom wyluzowania.
        Ten wpis miał być o zaobserwowanych różnicach pomiędzy polskimi i niemieckimi turystami w wieku emerytalnym, jednak w trakcie pisania przybiegły do mnie moje dzieciaki, oznajmiając radośnie, że jednak się wypogodziło i możemy iść na plażę. Wieczorem miałam wrócić do rozważań o siwogłowych wczasowiczach, ale cóż tu można więcej powiedzieć. Pieniądz rządzi i wpływa na sposób wypoczywania. Dzisiaj na plaży natomiast wydarzyło się coś o czym musze napisać.
        Przez całe lato chłopcy nawiązywali różne znajomości z rówieśnikami. Zazwyczaj poznawali dzieci z sąsiedniego grajdołka i mniej lub bardziej zgodnie się bawili. Jeśli zabawa była udana a dorosłym miło się rozmawiało, to czasami umawialiśmy się na następny dzień w tym samym miejscu. Na przykład przez kilka ostatnich dni plażowaliśmy tuż obok sympatycznej rodzinki z chłopcami w identycznym wieku jak moi synowie. To było dość wygodne, bo dorośli dzielili się opieką nad maluchami ale niestety niezbyt często trafiają się takie sympatyczne rodzinki. Bardzo często natomiast zdarza się, że dzieci wymieniają się swoimi zabawkami na czas plażowania. Nie protestowaliśmy, gdy dzieci z koca obok pytały o pożyczenie wiaderka czy koparki a w zamian przynosiły coś od siebie. Co prawda na początku lata mój młodszy syn reagował bardzo nerwowo na każde dziecko zbliżające się do jego zabawek, ale gdy zorientował się, że nic im nie zagraża i wracają potem do niego, a on może w tym czasie pobawić się czyimiś zabawkami, przystawał na takie wymiany. I wszystko byłoby pięknie aż do dzisiaj.
Moi synowie bawili się wesoło z zaprzyjaźnionymi chłopcami. Wymieniali się łódkami i koparkami. Wspólnie skakali przez fale i budowali fortecę. Przyłączyli się do nich kolejni dwaj bracia i nawet żartowaliśmy, że to zabawnie wygląda, takie trzy pary rodzeństwa w prawie tym samym wieku. Nowi koledzy zaczęli się bawić motorówkami moich synów i byli nimi bardzo zainteresowani mimo, że były one dość zniszczone po całym sezonie. Pobiegli z łódkami na swój koc, ale nikt nie protestował, bo zawsze wszyscy wszystko oddawali. Gdy zaczęliśmy się zbierać, młodszy z rozpaczą stwierdził, że nie ma jego motorówek. Nowi koledzy bawili się obok i poprosiłam ich o przyniesienie łodzi. Pobiegli na koc, ale po chwili wrócili z pustymi rękami, twierdząc, że nie mają motorówek i nie wiedzą gdzie one są, bo przynieśli je nam już wcześniej i pewnie inne dzieci je zabrały. Na to mój młodszy oczywiście w ryk bo choć to nie były wcale rewelacyjne motorówki a ich stan wskazywał, że wiele już przeszły i nosiłam się z zamiarem wyrzucenia ich na koniec sezonu, to jednak utrata zabawek w taki sposób rozżaliła trzylatka. Nie miałam powodu, aby nie wierzyć chłopcom więc zaczęłam się rozglądać kto inny może je mieć. Trochę to trwało a gdy zrezygnowałam już z poszukiwań i schodziliśmy z plaży, ujrzałam wspomnianych chłopców w najlepsze bawiących się motorówkami. Gdy podeszłam do nich, usłyszałam tylko: o kurcze, znalazła nas. Uciekli do ojca, który jeszcze na nich nakrzyczał, że za szybko ujawnili się z tymi motorówkami. Miałam iść i powiedzieć owemu tatusiowi co myślę o takim zachowaniu i uczeniu małych dzieci kłamania i kradzieży, bo jak inaczej nazwać ich zachowanie ale gdy zobaczyłam z kim mam do czynienia, to sobie odpuściłam.
        Rozumiem, że dzieci czasem marzą o cudzych zabawkach. Bywa, że moim synom też świecą się oczy do nie swoich skarbów. Jest to normalne i zrozumiałe. Pamiętam jak sama pożądałam pluszowego misia mojej dalekiej kuzynki. Tak bardzo mi się podobał, że już kombinowałam jak go tu sprytnie przywłaszczyć bez wiedzy właścicielki. Gdy mama odkryła moje zakusy, strzeliła mi pogadankę o dzieciach i ich ukochanych zabawkach. O tym jak misie kochają swojego właściciela i dom, w którym mieszkają, dlatego nie wolno ich zabierać, bo będą bardzo płakały. Nie mam żalu do chłopców, którym spodobały się motorówki, ale jestem zszokowana postawą ich ojca, który podpowiedział im rozwiązanie. Mogę o nim powiedzieć tylko tyle, że „straszne się tu chamstwo zjeżdża z całego świata”, cytując mojego ulubionego „Misia” oczywiście.

Już tęsknimy

         Połowa wakacji za nami ale jeszcze druga połowa przed nami. Mamy już za sobą kilka tygodni nad morzem, obecnie jesteśmy w domu i wykorzystujemy ten czas na załatwienie spraw urzędowych i zdrowotnych. Ale nie mam w tej chwili ochoty pisać o przygodach w poczekalniach i gabinetach, zmęczyło mnie to, nie chcę teraz tego wspominać. Zwłaszcza, że jutro znowu ruszamy w trasę, ale tym razem w odwiedziny do rodziny. Będzie to weekendowa wizyta u siostry męża. Zapewne przyniesie ona trochę wrażeń chłopcom i nam, więc postaram się wszystko opisać. Zwłaszcza, że nie jedziemy do domu cioci ale na rancho i będziemy spać w przyczepie i gotować na ognisku. Dla nas to już przeżycie, bo człowiek przywykł do wygód a dla dzieci to pewnie będzie ogromna atrakcja.
        Chłopcy się cieszą na myśl o wyjeździe do cioci ale często pytają, kiedy znowu pojedziemy nad morze. A trzylatek ostatnio zapytał, kiedy ktoś u nas na wsi wybuduje morze. Był to dobry pretekst do sięgnięcia po atlas świata i pokazania chłopcom różnych map. Starszy bardzo się zainteresował, jednak dla młodszego chyba była to zbytnia abstrakcja. Myślę, że w najbliższym czasie zakupimy globus, aby chłopcom pokazać kształt świata i zapoznać ich z geografią.
        Pierwszego poranka w domu, młodszy otworzył oczy, rozejrzał się i zaczął wyć w poduszkę, że on chce z powrotem nad morze. Co prawda po chwili rzucił sie na swoje zabawki ale często wspominał zabawę na plaży. Starszy też burczał pod nosem, że tęskni za morzem. Byłam zaskoczona tym, że już pierwszego dnia tęsknią za wakacjami nad Bałtykiem. Wieczorem zaczęłam czytać ich ulubioną książeczkę, ale powiedzieli, że wolą coś o morzu. Znalazłam moją najukochańszą książkę z dzieciństwa o psie okrętowym, która też im się spodobała.  Po czytaniu zawsze śpiewam im kołysankę, ale tym razem nie chcieli słuchać o królewnie czy kotkach. Młodszy powiedział, że chce o kapitanie albo o piratach. Zdębiałam ale już po chwili śpiewałam im do snu szanty. Chłopcy zasypiali przy rytmicznych „Morskich opowieściach” i zapewne śniły im się różne ciekawe przygody. Rano chcieli nadal śpiewać o morzu, więc nauczyłam ich kilku prostych tekstów. Najbardziej spodobała im się „Gdzie ta keja” oraz „Przechyły i przechyły”. Co prawda sama nie jestem wielką miłośniczką szant, ale znam ich kilka, bo moja nauczycielka muzyki z podstawówki kochała poezję śpiewaną i szanty. Raz w tygodniu cała klasa wyła „żegnaj nam dostojny stary porcie” albo „opadły mgły i miasto ze snu się budzi”.
        A gdy tak piszę o tęsknocie za morzem, to przypominają mi się ostatnie dni urlopu, gdy morze było wzburzone i wdzierało się daleko na plażę. My wypoczywaliśmy w Świnoujściu, gdzie jest szeroka plaża o łagodnym zejściu do morza. W sąsiednich Międzyzdrojach już jest inaczej, piasek jest inny, taki lekko bardziej żwirowy, są kamienie, plaża jest węższa i jest ostrzejsze zejście do morza. Plażowaliśmy tam przez kilka godzin, gdy odwiedziliśmy moją przyjaciółkę ze szkolnej ławy. Młodszy rozpędził się do morza, ale strome zejście go zaskoczyło i upadł a dodatkowo nakryła go fala. Przyszedł do mnie cały w piachu z miną wskazującą, że zaraz wybuchnie, ale rozejrzał się i spostrzegł przyglądające się mu towarzyszące nam dziewczyny. Koleżanka była z siostrą i córkami, więc gapiły się na niego cztery pary kobiecych oczu. W efekcie otrzepał się i westchnął, że to była duża fala. W końcu chłopaki nie płaczą.
        Natomiast na „naszej” plaży moi synowie czuli się wyjątkowo. Znalazłam dwa idealne miejsca. Jedno na wypady z psem a drugie bliżej cywilizacji. Oba cechowały się tym, że nikt sobie nie siedział na głowie, bo tego nienawidzę. Nie znoszę, gdy słyszę rozmowy sąsiadów albo zapach ich jedzenia, olejków do opalania a co gorsze fajek. Chodzimy daleko od głównej plaży, aby mieć trochę swobody i intymności. Choć z tym drugim to ciężko nad Bałtykiem. Mój młodszy syn wzbudzał zaciekawienie, bo stał w wodzie po kolana, skakał przez fale i darł się: „łaaaa, jaka wielka, zaraz mnie pokona”. Potem chwila ciszy, walka z falą polegająca na rozdaniu kilku kopniaków w morską przestrzeń i triumfalny okrzyk: „wygrałem, pokonałem fale”. Po czym wykonywał taniec łamaniec czyli skoki w wodzie i wymachiwanie rękami oraz zaczynał śpiewać grubym głosem” „Polska, biało – czerwoni… „. Najchętniej zamieściłabym filmik z całym zdarzeniem, ale jeszcze mam opory przed udostępnianiem takich rzeczy w sieci. Musicie sobie wyobrazić opalonego trzylatka, o blond czuprynie, w biało granatowych bokserkach, skaczącego nieporadnie przez fale i drącego się na całe gardło: „wygrałem. Polska, biało-czerwoni…” Dodam jeszcze, że morze było wyjątkowo ciepłe, nie przypominam sobie takiej temperatury Bałtyku. Baraszkowanie w wodzie to była istna przyjemność a nie droga do odmrożenia. Siedziałam z dziećmi w płytkiej wodzie, kolejne fale rozbryzgiwały się na mojej twarzy i to było bardzo przyjemne. Chłopcy wbiegali do morza a potem uciekali przed falami, które sięgały daleko na plażę. Może to był jakiś przypływ ale wzburzone wcześniej morze, łagodniało i płasko rozpryskiwało się na plaży. Woda ciepła i przejrzysta, o wyjątkowym, błękitnym odcieniu zamiast najczęściej znanego szaro – zielonego.  Taki właśnie sielankowy obraz utkwił nam w głowach, dlatego tak bardo tęsknimy bo sama też myślami wybiegam do kolejnego wyjazdu nad morze. Nie planowałam więcej plażowania, bo i tak mieliśmy długi wypoczynek, ale dał nam on tyle pozytywnych doświadczeń, że wszyscy tęsknimy.
Ps. Uzupełnienie z dzisiejszego poranka. Są już efekty wieczornego śpiewania szant. Przy śniadaniu chłopcy zawołali, że chcą piciu. Szykowałam im soczki, gdy nagle słyszę ich radosny śpiew: „hej ho, kolejkę nalej, hej ho kielichy wznieśmy”. Gdy taki numer odwiną na stołówce w przedszkolu, to chyba będę wzywana na dywanik :lol:

Różności, które trudno nazwać

        Jestem skonana, ale tak to jest jak sobie człowiek funduje aktywny wypoczynek. Przy czym tym razem powodem zmęczenia jest przede wszystkim opieka nad dwójką małych chłopców i podróż publicznymi środkami komunikacji.
        Pogoda trochę nam odpuściła i nie zachęcała do plażowania, więc postanowiliśmy wyjechać naprzeciw tacie i odwiedzić sąsiednie Międzyzdroje. Mąż po obiedzie kończył szkolenie a już kilka dni temu starszy syn wypatrzył afisz, że w Międzyzdrojach można obejrzeć wystawę klocków Lego, a jest ich ogromnym miłośnikiem. Ponadto przypadkiem dowiedziałam się, że w sąsiedniej miejscowości wypoczywa moja przyjaciółka ze szkolnej ławki. Wiecznie nie możemy się spotkać, jakoś nigdy nam nie po drodze i nie możemy zgrać terminów. Tym razem uznałyśmy, że skoro w tym samym czasie jesteśmy tak blisko to musimy się w końcu spotkać.
        Rano zapakowałam najpotrzebniejsze rzeczy do bagażnika naszej rowerowej przyczepki, którą przemontowałam na wózek do pchania. Jest to fantastyczny wynalazek. Genialnie się sprawdza jako przyczepka, chłopcy mają w niej wygodnie a z tyłu jeszcze jest bagażnik na drobiazgi. Choć w naszym wykonaniu te drobiazgi to spory ekwipunek samowystarczalnego plażowicza. Chłopcy siedzą na kocu i ręcznikach, dzięki czemu mają bardziej miękko, z tyłu są wiaderka, łopatki, foremki, koparki i ciężarówki. W bocznych kieszeniach dziecięce drobiazgi, do tylnej rączki przymocowana torba z wałówką a na dachu jeszcze rozkładany namiot. W ten sposób przekraczamy dopuszczalną ładowność o jakieś 5 kg ale co tam, nikomu nie chce się tego dźwigać.
        W temacie przyczepki muszę jeszcze dodać, że sporo ich już jeździ po naszym kraju a mimo to spotykamy się z zaciekawionymi spojrzeniami i życzliwymi komentarzami, że chłopcy mają wygodny pojazd. Jednak sama też byłam zaciekawiona podobnymi pojazdami u naszych niemieckich sąsiadów. Tam prawie każda rodzina jeździ z przyczepkami, wozi w nich dzieci i niezbędne rzeczy ale także… psy. Przyglądałam się dużej przyczepce o dziwnym kształcie, zastanawiałam się jak tam siedzą dzieciaki a gdy się zbliżyłam ujrzałam w środku wielkiego berneńczyka. Chwilę później w podobnej, lecz mniejszej przyczepce jechał  beagel. Ale widziałam tez przyczepkę, w której smacznie sobie spało kilkutygodniowe niemowlę. Miało specjalna leżankę i spokojnie spało kołysane rytmiczną jazdą.
        Wracając do naszej wyprawy, najpierw czekała nas przeprawa promem i choć to już kolejna nasza przeprawa, to chłopcy zawsze się nią emocjonują. Po dopłynięciu na drugi brzeg, wszyscy piesi pobiegli do kas biletowych. My akurat nie mogliśmy jechać pociągiem, bo o tej porze odjeżdżały tylko pośpieszne, do których nie zmieścilibyśmy się z tak szeroką przyczepką. Wcześniej sprawdziłam rozkład jazdy autobusów, jednak nie wiedziałam czy chociaż tam się się zmieścimy. Zobaczyłam spory tłumek na przystanku i uznałam, że w tej sytuacji lepiej będzie podejść wcześniej do kierowcy i sprawdzić czy damy radę się zapakować. Miły kierowca powiedział, że z pewnością, jednak okazało się, że brakuje dwóch centymetrów. Chłopcy się zmartwili bo byli bardzo spragnieni oglądania Lego i spotkania taty. Busy odpadały bo tam praktycznie brak miejsca bagażowego, pozostawały taksówki ale na postoju nie było żadnego kombi. Jednak podeszli kierowcy sąsiednich autobusów i zaczęli się zastanawiać jak przecisnąć nasz wygodny pojazd. Ostatecznie trzech panów przeniosło przyczepkę ponad poręczami, ku uciesze moich dzieciaków. Martwiłam się jak wysiądziemy, ale kierowca uspokoił mnie, że mi pomożei. Podróż trwała jakieś 20 minut, autobus był przepełniony ale moje dzieciaki miały prywatne miejsca w przyczepce, choć problemy z załadunkiem trochę wszystko komplikowały.
        Wystawa Lego zachwyciła starszego syna, biegał po całej sali, oglądał wszystko i wydawał kolejne okrzyki. Młodszemu podobało się równie bardzo, że aż chciał wszystko kupić i był rozczarowany, że w sklepiku nie ma zestawu z fantastycznym statkiem pirackim albo z wioską indiańską. A mnie rozczarowały ceny, bo były szalenie wysokie. Potem spotkaliśmy się z moją przyjaciółką, jej siostrą i córkami obu dziewczyn. Dzieciaki ucieszyły się z nowego towarzystwa, gdyż wszystkie były w podobnym wieku. Trochę się wypogodziło i poszliśmy razem na plażę. Młodszy potknął się wbiegając do morza i przyszedł do mnie cały mokry z twarzą w piachu. Minę miał taką, że spodziewałam się płaczu na całą plażę, ale rozejrzał się a wokół stały nowe koleżanki, więc tylko westchnął i wysapał, że fala go ochlapała. Zachował się po męsku w towarzystwie pań.
        Potem dołączył do nas mąż a chłopcy byli zaskoczeni i uradowani. Tato zrobił im niespodziankę i nagle przysiadł się, gdy budowali jakieś zamki. Starszemu zabrakło języka w gębie z wrażenia i tylko śmiał się od ucha do ucha za to młodszy darł się, że tato jest już po pracy! Wróciliśmy już razem do domu w Świnoujściu a ja odetchnęłam z ulgą, bo choć radziłam sobie ze wszystkim będąc sama to jednak wolę, gdy mąż jest blisko.

Już za parę dni…

        Już za kilka dni wyjeżdżamy nad morze. Nie możemy się już doczekać. Dzieci odliczają na palcach ostatnie dni w przedszkolu, ja robię listę rzeczy do spakowania a mąż zastanawia się czy inwestować w bagażnik na rowery czy wypożyczać je na miejscu.
        Jedziemy nad nasze polskie, zimne morze ale niewątpliwie pełne uroku. Według wcześniejszych planów, to już od tygodnia powinniśmy się wczasować, jednak wynikły pewne zawirowania i nasz wyjazd nawet zawisł na włosku. Rozważaliśmy już lot nad cieplejsze morze południowe jednak dzieciaki swymi małymi uszkami podsłuchały nasze rozmowy i głośno domagały się wakacji na piaszczystej ojczystej plaży. Choć kusił ich lot samolotem, to pozostali bałtyckimi patriotami.
        Dla mnie wakacje bez kilku dni nad naszym Bałtykiem nie są pełne. Mogę jechać w góry, zwiedzać inne miasta, odpoczywać nad jeziorem czy w luksusowym spa, jednak zawsze kilka dni lata muszę spędzić nad polskim morzem. Widok piaszczystej plaży oraz spienionego morza uspokaja moje oczy. Uwielbiam ten moment gdy wchodzę na wydmę, słyszę już szum fal, krzyk mew i za chwilę ukazuje mi się błękit po horyzont. Nie musi być słonecznie, może wiać wiatr. Nawet lepiej, gdy nie ma idealnej pogody, bo wtedy jest mniej ludzi. Lubię nasze morze poza sezonem, gdy już nie ma krzykliwych straganów, przenośnych budek śmierdzących starym olejem oraz wszechobecnych gofrów i lodów. Jednak obecnie, ze względu na dzieci, wyjeżdżamy w wakacje. Aby zachować odrobinę swobody i nie plażować ciele przy ciele, wybieramy oddalone zakątki albo plażę dla psów. Zwłaszcza, że jedzie z nami Saba i ona też uwielbia morze. To zadziwiające jak ludzie chętnie tłoczą się na kilkuset metrach środkowej plaży a niewiele dalej można w spokoju korzystać z morza . Jedyny dyskomfort to przedarcie się przez zatłoczoną plażę, aby dotrzeć w odleglejsze rejony.
        Nie wiem skąd u mnie to zamiłowanie do morza, ale każdy kto odwiedzi mój dom, zorientuje się po kilku detalach w czym lubuje się pani domu. Kilka obrazków o marynistycznej tematyce, miniaturowa łódka i wakacyjne zdjęcia dzieci. Ozdoby nie są zbyt nachalne, bo jednak nie mieszkam na Pomorzu a w głębi kraju, ale lubię cieszyć oko morskimi widokami. Cieszę się ogromnie na myśl o wyjeździe i mam nadzieję, że nic nie pokrzyżuje nam planów.
A wy jakie macie wakacyjne plany?