Archiwa tagu: edukacja

Wizyta w ZOO

        Wybrałam się z chłopcami do Afrykarium we Wrocławskim Ogrodzie Zoologicznym. Ostrzegana przed weekendowymi tłumami, specjalnie odebrałam ich wcześniej z przedszkola i wycieczkę zrobiliśmy sobie w poniedziałek. Zwiedzających też było sporo, ale wszyscy się pomieścili i wygodnie można było wszystko pooglądać.
        A jest co oglądać. Akwarium z rekinami i płaszczkami robi wrażenie chyba na wszystkich, zwłaszcza jak płaszczka przepływa tuż nad głową i nagle wypada jej coś z pyska. Dobrze, że nie z pupy zauważył mój starszy syn. Potem oczywiście były dziecięce rozważania jak rekiny i inne ryby robią kupę a ja obserwowałam płaszczkę, która moim zdaniem rzucała w nas z góry kamykami. Ale to pewnie tylko takie moje wrażenie.
        Dzieciom podobały się hipopotamy, krokodyle, manaty, które uroczo i leniwie konsumowały sałatę. Przed większością basenów są ławki, więc można wygodnie podglądać wodne życie zwierząt. Można też coś przekąsić w restauracji a jednocześnie zerkać z góry na pingwiny oraz kotiki.
        Pamiętam Wrocławskie ZOO jeszcze z czasów zarządu Państwa Gucwińskich. Mieszkałam pięć lat w pobliskim akademiku i czasami wybierałam się tam na spacer. Z całym szacunkiem dla autorów „Z kamerą wśród zwierząt” i sympatią, bo uwielbiałam ich program, to jednak nie odnaleźli się oni w nowym systemie gospodarczym. Muszę przyznać, że obecnie ZOO pięknieje w oczach. Miło jest oglądać zwierzęta na wybiegach dostosowanych do ich potrzeb. Kiedyś spacerując po ogrodzie zoologicznym zastanawiało mnie dlaczego zarząd nie wykorzystuje całego dostępnego miejsca. Pamiętam widok spasionych kotów wylegujących się na dość dużym skwerku pomiędzy starymi drzewami. Po pierwsze, skąd koty w zoo a po drugie dlaczego w tym miejscu nie ma wybiegów dla zwierząt, tyle przestrzeni zmarnowano, myślałam. Teraz na tym właśnie skwerku jest wybieg dla kapucynek. Odpowiednio zabezpieczono teren i małpy mogą skakać po drzewach.
        W nowym ZOO znalazło się też miejsca dla Odrarium, czyli ekspozycji przybliżającej życie mieszkańców rzeki. Są akwaria z rybami słodkowodnymi, a ich dachy obsadzono nadrzeczną roślinnością. Wszystko pięknie i tylko jak czytam tablice informacyjne, to jako rodowita nadodrzanka czuję duży niesmak. Jest kilka słów o flisakach, o dawnym szlaku transportowym, o wykorzystywaniu rzeki w czasie wojny a potem tylko tyle, że po wojnie wyremontowano większość budowli hydrotechnicznych i obecnie Odra jest żeglowna na prawie całym swym biegu. Jest też sporo na temat walorów ekologicznych rzeki ale ani słowa na temat całego pokolenia marynarzy żeglugi śródlądowej. Pochodzę z nadodrzańskiego miasteczka, gdzie było bardzo dobre Technikum Żeglugi Śródlądowej. Pamiętam moich rówieśników idących w mundurach do szkoły. Pamiętam też barki pływające po Odrze i tętniący życiem port. Jeszcze 10 lat temu pisałam pracę magisterską na temat prywatyzacji żeglugi śródlądowej i przeprowadziłam ponad setkę wywiadów z marynarzami dla których rzeka była całym życiem. Teraz w wyniku wieloletnich zaniedbań po Odrze faktycznie pływa się trudniej ale pływać można i są tacy co nadal żyją z transportu śródlądowego. Jest też kilka stoczni które dają zatrudnienie wielu ludziom a swoje statki transportują właśnie Odrą dalej w świat. Dlaczego więc przemilcza się to wszystko i młodemu pokoleniu wbija do głowy, że Odra ma fantastyczne walory ekologiczne i rekreacyjne. Dlaczego wmawia się, że budowle hydrotechniczne uniemożliwiają migrację a przemilcza fakt, że istnieją przepławki dla ryb. Dlaczego wmawia się, że kontrolowane wylewy wód w terenach niezamieszkałych są najlepszą ochroną przeciwpowodziową. Tylko jak kontrolować te wylewy, gdy budowle hydrotechniczne nie są budowane a istniejące remontowane. Czytając tablice w Odrarium czułam co najmniej niesmak. Zupełnie przemilczano kilkadziesiąt lat życia kilku pokoleń marynarzy. Pominięto walory transportowe  rzeki, zapominając, że transport śródlądowy mógłby znakomicie odciążyć przeładowane drogi i zakorkowane miasta. A najgorsze, że na przeciwległych szalach stawia się dobrostan nadrzecznych ekosystemów oraz transport jakby to się wzajemnie wykluczało.
        Po kilku godzinach spędzonych w ZOO szliśmy już zmęczeni do wyjścia i starszy syn wymieniał jakie widział zwierzęta. Mówił, że widział zebry, żyrafy, lwy, rekiny, płaszczki, kolorowe ryby, hipopotamy, krokodyle, syreny, czyli manaty, pingwiny, kotiki, foki, nosorożce, surykatki, niedźwiedzie, wilki, kangury i już chyba więcej nie pamięta. Na to młodszy syn, maszerujący kilka kroków za nami, krzyczy rozczarowany, że on nie może iść jeszcze do domu, bo nie widział jeża :lol:

Taka nawiedzona baba ze mnie

        Tydzień pod znakiem zebrań w przedszkolu. Wczoraj obmyślałam swoją kampanię wyborczą, bo zależało mi na znalezieniu się w trójce grupowej oraz w Radzie Rodziców. Jak zwykle koleżanki, mamy starszych dzieci stwierdziły jednogłośnie, że nie potrzebna mi żadna kampania, bo jak się sama zgłoszę do trójki, to już mnie rodzice wszędzie dalej będą wybierać skoro sama chcę. Oczywiście tak się stało. Skoro tylko szepnęłam, że jestem chętna i mogę się udzielać w życie przedszkola,  to z automatu byłam pierwszym kandydatem do spraw wszelakich. W efekcie jestem w dwóch trójkach grupowych oraz członkiem Rady Rodziców, z czego oczywiście jestem bardzo dumna, jednak mój mąż nie podziela mojej radości. Śmieje się, że jestem frajerką, która będzie teraz latała na zebrania. Oczywiście większość rodziców ma takie samo zdanie. Biorą mnie za nawiedzoną babę, co własny, prywatny czas wolny chce spędzać na jakiś zebraniach. Wariatka jakaś.
        Ale mogę być uznawana za wariatkę jeśli tylko mogę zrobić coś dla swoich dzieci. Bo dla kogo to robię? Nie dla własnej przyjemności siedzenia w ciasnej szkolnej ławce. Już się w życiu nasiedziałam. Ale na takich zebraniach poruszane są ważne sprawy. Dlatego mi na tym zależy. Mąż się śmieje, że taka Rada Rodziców to po prostu towarzystwo wzajemnej adoracji. Siedzimy, pierdzimy w stołki, głosujemy nad bzdetami i nic z tego nie wynika poza straconym czasem. A to błąd w myśleniu. Bo jednak wynika.
        Wczoraj, na zebraniu w przedszkolu zostaliśmy poinformowani, że grupa mojego starszego syna owszem, będzie miała zajęcia w nowym budynku przedszkola, ale szatnię będzie miała w starym, bo się nie zmieściła (dlaczego mam się dziwić, wcale się nie dziwię, jakoś tak wyszło :-) ). Ale jak usłyszeliśmy, to żaden problem, bo oba budynki łączy korytarz szkolny, więc dzieci tylko się przebiorą w starym i potem pójdą do nowego budynku, a na koniec wrócą do starego. Z grubsza wszystko pięknie, dzieci tam a ubranka dwa korytarze dalej. Dyrektor wszystko ładnie wyjaśnił, były jakieś pytania, ale jakoś wszyscy łyknęli, bo w sumie to żaden problem, skoro uczyć się będą w nowym, pięknym budynku. Ale każdy przyjechał do domu i zaczął trawić te informacje. Znając dotychczasowy harmonogram dnia, liczyłam ile razy  dziennie dzieci będą chodzić korytarzami przez szkołę do szatni po ubranko i na obiadki. Wyszło mi, że 6 razy. Każdy taki spacer to jakieś 10 minut, bo trzeba pokonać schody i korytarze. Trochę szkoda, żeby dzieci traciły godzinę na łażenie po szkole. Pół nocy nie spałam, liczyłam, mierzyłam ile razy i gdzie dzieci będą chodziły.
        Rano obudziłam się z gotowym pomysłem. Tego dnia było zebranie Rady Rodziców. Przedstawiłam dyrektorowi moje wątpliwości. Jak się okazało słuszne. Dyrektor przyznał, że to mało sensowne, aby dzieci tak biegały po korytarzach, a że jestem urodzoną logistyczką, wymyśliliśmy jakieś rozwiązanie. Mam nadzieję, że już nic go nie zmieni, bo oczywiście kombinowałam pod kątem grupy mojego syna.
        Zapewne wiele osób to czytających popuka się w czoło, że o to jakaś nawiedzona baba się trafiła, społeczniczka i te sprawy. Ale w zasadzie, reasumując to niewielki koszt poniosłam a załatwiłam ważną dla mojego syna sprawę. Poza tym na zebraniu obmyślaliśmy sposoby podniesienia poziomu bezpieczeństwa w szkole i na placach zabaw. W szczegóły nie będę się wdawała, ale pojawiło się kilka ciekawych pomysłów i już przystąpiliśmy do działania. Moje podejście do życia jest takie, że lepiej robić coś, małymi krokami, niż nic i narzekać. Jest wiele spraw, które mi sie średnio podobają i stopniowo działam w kierunku zmiany. Rozumiem, że nie każdy ma ochotę się udzielać. Nie każdy ma czas i możliwości. Ale w całym swoim życiu wyznaję zasadę, że owszem krytyka jest cenna, ale tylko ta konstruktywna. Nie znoszę narzekań, że wszystko jest bez sensu. Jeśli coś źle działa to trzeba to zmienić a nie po prostu narzekać. Mogłam całą noc bluzgać na dyrekcję, ale wolałam kombinować co tu zmienić. Są rzeczy, które od nas zależą, tylko czasem ludziom się wydaje, że to zbytni wysiłek albo wręcz niemożliwe.
        W tym się objawia moje slow life, że działam na poprawę otoczenia w jakim żyję. Nie uciekam od niego, nie wylewam wiadra pomyj, tylko przystosowuję swoje otoczenie do moich potrzeb. Mogłabym narzekać na pobliskie przedszkole i wozić dzieci do wielkiego miasta, ale czas stracony w korkach wolę przeznaczyć na udział w zebraniach.
Możecie się ze mnie śmiać i mieć mnie za nawiedzoną frajerkę, ale tak na prawdę to lubię się udzielać bo rośnie wtedy jakość mojego życia a przede wszystkim jakość życia mojej rodziny.

Piórem po piasku

        Minęło trochę czasu od ostatniego wpisu. Zmagałam się z rzeczywistością a dokładnie z chwastami w ogrodzie i nową ustawą śmieciową. Segregowanie to dla nas pikuś bo robimy to już od kilku lat ale teraz musimy sami przechowywać śmieci. Wcześniej co wieczór przy okazji wyprowadzania psa, wyrzucałam posegregowane surowce wtórne a teraz odbierają je raz w miesiącu. Nie chcę robić z garażu składowiska dlatego musimy trochę powiększyć nasz kącik śmieciowy w ogrodzie. Wszystko już zaplanowane, wymierzone i zamówione, ale realizacja poczeka do naszego powrotu, gdyż niespodziewanie okazało się, że znowu jedziemy nad morze. Mąż dostał informację, że ma szkolenie w Międzyzdrojach, więc szybciutko spakowałam całą rodzinę i z dzieciakami na ten czas przeniosłam się do Świnoujścia. Babcia nawet się ucieszyła, bo stwierdziła, że z nami weselej.
        Pogodę mamy wymarzoną do plażowania choć mnie samą trochę to już męczy. Nie chcę denerwować tych co jeszcze przed urlopem, ale po prostu nie lubię, gdy jest za gorąco. Kocham morze choć lubię też jakąś odmianę, nie muszę każdego dnia od rana do wieczora spędzać na plaży. Jednak jest za gorąco, aby jeździć rowerem po okolicy a wiatr od morza daje upragnione orzeźwienie, więc wygrało plażowanie. Bałtyk jest wyjątkowo ciepły, więc dzieciaki chlapią się w wodzie. Sama też chętnie zażywałam morskiej kąpieli choć kilka rzeczy mnie bardzo niepokoiło. Z racji tego, że nie lubimy tłoku, chodzimy na nie strzeżoną plażę. Aczkolwiek przy takiej pogodzie to wszędzie jest pełno wczasowiczów. Na naszym ulubionym miejscu, bardzo długo rozciąga się płycizna. Dzieciaki to kochają ale dorosły jak chce popływać to musi się sporo oddalić od brzegu, aby nie szorować kolanami po piachu. Bardzo się denerwowałam, gdy brat poszedł popływać a tuż za nim śignął skuter wodny. Dopiero co wszystkie media trąbiły o tym jak nad jeziorem Zegrzyńskim skuter przepłynął po kobiecie i skończyło się to tragicznie. Choć brat ma różne patenty oraz kursy ratownicze to martwiłam się o niego, stałam na brzegu i wypatrywałam go aż do nas dołączył. Kobiety chyba tak mają, zwłaszcza te co są matkami, że się o wszystkich troszczą. Ale potem moje dzieciaki chciały się pokołysać na falach a żeby przy tym nie wysiadł mój kręgosłup, to musiałam iść dalej od brzegu. Bujałam się z synami usadowionymi w kółkach, asystowałam ich bo fale były spore i z łatwością przewróciłyby dziecko a brat stał jak słup ostrzegawczy, aby nikt skuterem nas nie potrącił. Przy okazji pilnował samotnego dziecka, które wariowało w wodzie po szyję. Ono miało frajdę, choć widzieliśmy, że jego zabawy są bardzo niebezpieczne, wystarczyłaby chwila, aby fala go zakryła i porwał prąd. Rozglądaliśmy się  za rodzicami a ci po kilku minutach zorientowali się, że nie widzą dziecka. Mały dostał ochrzan i szlaban na morze. Tego samego dnia kilka razy po plaży jeździli ratownicy i ogłaszali zaginięcie czteroletniego chłopca. Wierzę, że się znalazł choć szukano go dość długo. Przerażające są te informacje o kolejnych zatonięciach. Tegoroczny sezon jest tragiczny pod tym względem.
        Teraz jestem sama, bo mąż na szkoleniu a brat jest w pracy w Szczecinie. Plażowanie z dwójką przedszkolaków to nie taka prosta sprawa, zwłaszcza, że rwą się do morza. Dlatego, gdy jestem z nimi sama, wybieram jednak plażę strzeżoną choć też muszę mieć oczy dookoła głowy. Dzisiaj znowu szukano jakiegoś dziecka. Fale większe niż wczoraj, więc starałam się zająć czymś chłopców na piachu. Kopanie i budowanie trochę już ich nudzi. Staram się być kreatywna jednak dzisiaj zaskoczył mnie starszy syn. Znalazł na plaży pióro a że niedawno w jakiejś bajce widział jak ktoś pisał gęsim piórem, postanowił pisać. Przerobiliśmy już rysowanie na piachu patykami, nogami, palcami ale tym razem pióro go zachwyciło. A to jest tym radośniejsze, że mój pięciolatek jest bardzo niechętny wszelkim pracom graficznym. Nie lubi rysować, nie chce się uczyć literek ani cyferek. Jego młodszy, trzyletni brat jest bieglejszy w tych sprawach, zna już prawie cały alfabet. Starszy za rok idzie do szkoły a nie mógł do niedawna załapać najprostszych informacji. Już się zaczęłam niepokoić po kim taki oporny, bo na pewno nie po mnie. Mąż też się wypierał ale on zawsze tak, „co złego to nie jego krew”. A dzisiaj syn mnie zaskoczył, bo wziął pióro do ręki i napisał na piasku FILIP. Przecieram oczy i niedowierzam. Skąd on? Jak to tak? Geniusz jakiś, sam z siebie nagle pisze. Ale okazało się, że kilka dni temu z wujkiem uczył się na tablecie jak pisać swoje imię. Jednak zabawa z piórem była rewelacyjna, bo przez godzinę obaj chłopcy „kaligrafowali” na piasku swoje imiona i proste słowa. W domu mamy sporo edukacyjnych książeczek oraz różnych ciekawych zeszytów ćwiczeń, jednak nic ich tak nie wciągnęło jak pisanie piórem po piasku. Na koniec pozbieraliśmy wszystkie pióra z okolicy i w domu kontynuowali zabawę maczające je w farbkach. Dzieciaki zaskoczyły mnie też tym, że potrafią napisać kilka słów znanych z gier na tabletach. Dostali je na Dzień Dziecka, wgrałam im kilka edukacyjnych gier, jednak oni stale wybierali Angry Birds. Ostatnio byłam nawet trochę zła na siebie, bo nie mogłam ich namówić na rysowanie, wszystko przegrywało z tabletami. Jednak okazało się, że zaciekawiły ich gierki edukacyjne, przerobili alfabet do K, bo na tym kończy się darmowa wersja. Będę chyba musiała wykupić im pełną wersję skoro taka skuteczna i wciągająca.
        Obserwując moje dzieciaki  przypominając sobie swoje dzieciństwo, widzę, że teraz zupełnie inaczej przebiega nauka. Chłopcy są bieglejsi w obsłudze różnych urządzeń elektronicznych oraz różnych aplikacji. Ostatnio zgrałam im kilka nowych gier, chciałam pokazać jak je obsługiwać ale przysiadłam ze zdziwienia jak mój trzylatek pierwszy raz odpalił grę, ustawił sobie opcje i za chwilę wykrzyczał, że zaliczył pierwszy poziom. Oni to robią intuicyjnie, żyją i uczą się inaczej niż my, stare pokolenie trzydziestolatków. Martwię się, że mój pięciolatek nie chce rysować i uczyć się literek, obawiam się, że będzie miał za mało sprawne ręce, gdy pójdzie do szkoły. A on mnie zaskakuje, bo na klawiaturze potrafi wpisać w googla nazwy swoich ulubionych bajek i okazuje się, że jednak uczy się literek, ale żeby zaciekawić go pisaniem potrzebna była plaża i pióro mewy. Zgłębiając temat okazało się, że synowie po kilku tygodniach obsługi tabletów, zrobili spore postępy w znajomości liter i cyfr aczkolwiek potrzebne było coś wyjątkowego aby zachęcić ich do pisania ręką. Polecam wszystkim „kaligrafowanie” piórem po piasku.

Wagary

          Zrobiliśmy sobie dzisiaj wagary. Wczoraj pisałam, że dzisiaj będzie brutalny powrót do rzeczywistości ale nie sądziłam, że pogoda weźmie to tak na serio. Plany miałam ambitne i wstałam o czasie. Ale gdy podniosłam rolety i zobaczyłam ten deszcz padający z każdej strony, bo nie dość, że leje to jeszcze wieje, zwątpiłam. Spojrzałam na śpiących jeszcze chłopców, tak słodko wyglądali, że nie miałam sumienia ich budzić i wyganiać na tą paskudną pogodę. Mąż tylko pomarudził, że on sobie wolnego nie może zrobić i dodał, żeby mi takie wagary w nawyk nie weszły.
          Faktycznie raczej nie pedagogicznie się zachowałam, dlatego po śniadanku wyciągnęłam gry edukacyjne aby nie marnować dnia. Chłopcy ostatnio dostali dwie spore układanki do nauki literek i cyferek. Każda nowa rzecz bardzo ich interesuje, więc ochoczo zaczęli dopasowywać literki do obrazków. Niestety zamiast radości i nauki była złość i frustracja. Syn znalazł obrazek dużego domu i chciał go dopasować do literki D, ale nie pasowało, bo obrazek był podpisany HOTEL. Mój trzylatek nie przyjmował do wiadomości, że ten dwupiętrowy dom to nie DOM tylko HOTEL. Zaczęliśmy więc szukać obrazka do literki D i znowu złość, bo tam kwiatek w donicy podpisany DONICZKA. A mój syn twierdzi, że to KWIATEK. Idąc dalej szukamy K a tam KOALA. Trzylatek twierdzi, że to misiu a pięciolatek, że to taki inny miś ale zapomniał jak się nazywa. No może się czepiam, ale za chwilę kolejna złość bo znaleźli obrazek sukienki, chcieli dopasować do S ale wg producenta to był UBIÓR. Gdy doszliśmy do T wybuchła już sprzeczka między braćmi, bo na obrazku była wg mnie kwiecista łąka a jeden syn twierdził, że kwiatki a drugi, że trawa. W efekcie zakończyliśmy grę i chłopcy zajęli się rysowaniem a ja zerknęłam na pudełko sprawdzić co tam producent mądrego napisał. Gra przeznaczona dla dzieci 3>6, czyli moje przedszkolaki idealnie pasują w przedział wiekowy. Według producenta gra uczy alfabetu oraz rozwija zdolności logicznego myślenia. Ale tego drugiego chyba jednak zabrakło producentowi skoro takie rebusy dzieciakom zafundował.
           Po rysowaniu chłopcy mieli czas na zabawę a ja chciałam ogarnąć dom i przygotować obiad. Tylko stale przeszkadzały mi dwa szczeniaki. Moje chłopaki mają co jakiś czas fazę na udawanie psów. Starszy jest naszą Sabą a młodszy udaje Ebrę, psa kuzynki. Dzisiaj bawili się krótko, ale kilka tygodni temu, po powrocie od cioci, gdzie dom jest pełen psów, gdyż prowadzą hodowlę, chłopcy przez kilka dni uparcie twierdzili, że są psami. Przerabiałam picie z miseczki na podłodze, bez użycia rąk. Na szczęście po kilku próbach, zachlapanej podłodze i pustych brzuchach, odpuścili i przyjęli kompromis w postaci słomki. Jeść też chcieli z talerza postawionego na podłodze ale po tym jak im Saba zaczęła pomagać, zaprotestowałam. Choć raz sama się wyłamałam. Chłopcy byli tak wiarygodni w tym udawaniu, że gdy poprosili o płatki z mlekiem, przygotowałam im miseczki i odruchowo wołając Saba, Ebra, postawiłam je w kuchni na podłodze, gdzie jada nasz pies. Na moje wołanie zareagowała nasza suczka i już wesoło merdała ogonem gdy nagle zabrałam jej sprzed nosa miseczkę. Była bardzo zdegustowana moim zachowaniem. Zwłaszcza, że zaczęła się już gubić w tym wszystkim. Stale ktoś ją woła i nic od niej nie chce. Nie wytrzymała przy obiedzie. Gdy szykowałam jedzenie, siedziały koło mnie moje szczeniaki i trącały mnie nosami, żebrząc o smaczne kąski. Saba patrzyła na to zdezorientowana, że oto dzieciaki wkroczyły w jej rolę i zdegustowana wepchnęła się między nich. Kot też patrzy na nich z ukosa, bo go obszczekali. Zrobili sobie kości z klocków, położyli na dywanie kocyki i to ich legowiska, ganiają po domu na czworakach z wywalonymi językami.
            Aż strach pomyśleć co będzie dalej. Za kilka tygodni wybieramy się ponownie do cioci, która oprócz psów ma też konia. Mam nadzieję, że nie postanowią wcielić się w rumaki i spać na dworze oraz paść się na trawie.

Pokolenie sprzeczności

Przyszło mi wychowywać dzieci w czasach pełnych sprzeczności. Oboje z mężem decydując się na dzieci, nakreśliliśmy wzajemnie pewną wizję sposobu ich wychowywania i musimy co pewien czas robić w głowie reset, aby wykasować wszystkie bombardujące nas informacje o tym jak być najlepszym rodzicem, wychować najlepsze dziecko itp. A niestety w naszych czasach to trudne aby nie dać się zwariować. Oglądam tv, czytam gazety i dowiaduję się, aby ułatwić mojemu dziecku start powinnam już z niemowlakiem chodzić na basen, uczyć języka obcego zanim opanuje swój ojczysty, uczyć bobomigów bo inaczej nie zrozumiem że chce pić itp, itd. Im dalej w las tym coraz szersza oferta zajęć, dochodzi piłka nożna, gimnastyka, balet, teatr, przeróżne zajęcia plastyczne. Mieszkam na przedmieściach dużego miasta i wszystko mam na wyciągnięcie ręki. Kilka razy dałam się skusić, ale nie chodzimy regularnie na żadne z zajęć. Dzieci zaspokoiły swoją ciekawość, ja uciszyłam wyrzuty sumienia, że ograniczam dziecku start i wystarczyło.

Osobiście jestem zdania, że zamiast tracić czas na dojazd, jestem w stanie dwójce moich dzieci zorganizować ciekawe zajęcia w domu. Uwielbiają zagniatanie ciasta i robienie własnych wypieków, a czas który spędziłabym w samochodzie, poświęcam na sprzątanie po tej zabawie. Rozumiem, że są osoby które wolą wyjść z domu z dzieckiem i uczestniczyć w grupowych zajęciach, bo to faktycznie może być fajne. Ale nie rozumiem pewnej tendencji, którą obserwuję w swoim otoczeniu a potwierdzenie widzę w mediach. Rodzice zapisują dzieci w wieku przedszkolnym na dużą ilość zajęć dodatkowych. Albo oczekują od przedszkola jak najszerszej oferty takich zajęć. Popularnością cieszą się prywatne przedszkola, których ulotki aż kipią od oferty zajęć edukacyjnych. Koleżanka pracuje w prywatnym przedszkolu i opowiada mi jak właścicielka, aby zachęcić rodziców wymyśla dodatkowe zajęcia, czasem absurdalne. Druga koleżanka, mama czterolatka, przyznaje, że dała się zwariować, zapisała dziecko do przedszkola, które miało ciekawą ofertę edukacyjną, a teraz widzi, że syn w ogóle nie jest nimi zainteresowany. Kilka miesięcy temu z dwiema innymi mamami, przygotowywałyśmy dla dzieci z przedszkola paczki mikołajkowe. Zapytałyśmy rodziców czy mają jakieś sugestie, wszyscy chcieli aby to nie była jakaś kolejna zabawka tylko coś edukacyjnego. To bardzo fajnie, że rodzice stawiają na rozwój intelektualny swojego dziecka. Wówczas są przekonani, że dziecko poradzi sobie ze wszystkimi zajęciami. Dlaczego więc na myśl, że to samo dziecko nie poradzi sobie w szkole z nauką. Dla mnie to absurd. I nie przekonają mnie argumenty, że zajęcia dodatkowe są przyjazne, dostosowane do dziecka, bo poznaję temat od podszewki i wiele z takich zajęć jest nastawionych na ilość uczestników a ich program ma zaspokoić oczekiwania rodziców a nie potrzeby dzieci. I jeszcze coś co mnie dziwi już wyjątkowo, a co zaobserwowałam właśnie na jakiś zajęciach edukacyjnych. Rodzice stawiają przed dziećmi wysokie wymagania intelektualne a jednocześnie traktują je jak dzidziusie, karmiąc z butelkami, nosząc, przebierając, chuchając i dmuchając. Byłam kiedyś z synami na angielskim a tam była z babcią czterolatka, przyjechała wózkiem, a w koszu wózka nocnik. Sama woziłam ze sobą nocnik, gdy mój półtoraroczny syn przechodził trening czystości. Czasem nie było dostępu do toalety a dopiero ćwiczył utrzymywanie siusiu. Ale woziłam ten nocnik przez dwa tygodnie, bo teraz siusia na komendę przed wyjściem z domu, a jak w sklepie czy gdziekolwiek ma potrzebę to idziemy do publicznej toalety. Czy coś w tym dziwnego, ja też chodzę do publicznej toalety jeśli mnie przypili, przecież nie wożę ze sobą toi toia. Nieźle się ubawiłam czytając na stronie Ratujmy Maluchy jako argument przeciwko szkole, że sześciolatki będą musiały siusiać na komendę w szkolnej toalecie. No jeśli kogoś to przeraża to proponuję założyć dziecku pampersa. Obaj moi synowi w publicznym przedszkolu codziennie siusiają na komendę przed wyjściem na dwór czy przed leżakowaniem. Powszechna praktyka w każdym przedszkolu. To sześciolatek nagle cofa się w rozwoju i siusianie na komendę spowoduje u niego problemy zdrowotne? Albo straszenie rodziców brudnymi toaletami. Czy siedmioletnie czy dwunastoletnie dziecko powinno korzystać z brudnej toalety, wg mnie nie. Może zamiast narzekać to lepiej spotkać się z dyrektorem i poszukać jakiegoś rozwiązania. Temat faktycznie istotny bo nasze dzieci nie spędzą w tej szkole tylko roku ale kilkanaście lat. Czy w późniejszych latach będę się mniej brzydzić. A może warto nauczyć dziecko jak korzystać z brudnej toalety, bo w całym swoim życiu niestety z takowymi będą się spotykać. A może zacznijmy uczyć dzieci jak nie brudzić toalet, bo przecież nie piesek czy kotek tam nasiusiał tylko też inne dziecko.

Czytając stronę Ratujmy Maluchy cały czas nasuwa mi się wniosek, że rodzice walczą o ratowanie dziecka przed całym złem tego świata. A wg mnie wychowanie nie na tym polega, bo dziecko musi się z tym światem zmierzyć. Moi synowie od września chodzą do przedszkola w zespole szkolno-przedszkolnym, gdzie w jednym budynku uczą się dzieci od 2,5 roku do 19 lat. Mój młodszy syn zaczął swoją edukację mając 2 lata i 7 miesięcy. Minęło ponad pół roku i żyje, ma się dobrze i nie wykazuje oznak traumy. Taki maluszek spotyka się z wieloma sytuacjami, które przerażają rodziców sześciolatka. Nie dajmy się zwariować, każdy musi chodzić do szkoły i walczenie o odroczenie obowiązku szkolnego nie zmieni szkoły. Szkołę tworzą nauczyciele, dzieci i rodzice. Wraz z narodzeniem dziecka tworzymy mu w domu komfortowe warunki. W szkole nasze dzieci spędzą większość swego dzieciństwa, gdyż nie kończy się ono z pójściem do szkoły, tylko trwa nadal. Może lepiej starać się, aby miało tam jak najlepsze warunki a nie uciekać przed nieuniknionym.

Pamiętam pierwsze zebranie rodziców w przedszkolu, gdy dobrowolnie zgłosiłam się do trójki klasowej i pamiętam tą ulgę reszty rodziców, że oto znalazła się frajerka co swój własny i prywatny czas poświęci na jakieś dyrdymały. Może jestem frajerką ale wolę poświęcić czas na tworzenie przyjaznego miejsca moim dzieciom, w którym spędzą kilka lat, niż stać w korku w drodze na kolejne zajęcia edukacyjne. I to jest właśnie to moje slow life. Buduję dla siebie i rodziny przyjazne otoczenie do życia a nie daję się zwariować i nie uciekam przed tym życiem.

„Ratujmy maluchy”…przed życiem

Czytam właśnie stronę fundacji „Ratujmy Maluchy” i chyba nie pozostało mi nic innego niż uczyć syna w domu. Urodził się we wrześniu 2008 roku i jako pierwszy rocznik ma obowiązek iść do szkoły w wieku 6 lat. Ale jako mama usłyszałam, że mam go ratować, więc czytam co mu zagraża. Zapoznałam się z wszystkimi artykułami i nasuwa się jeden wniosek, należy go ratować przed szkołą. Ale z drugiej strony nie żyjemy na żadnej wyspie, ani bezludniej czy zielonej, tylko w społeczeństwie. Mamy ustawowy obowiązek szkolny i wiem, że moje dzieci będą musiały iść do szkoły. Jest to normalna i oczywista kolej rzeczy, dzieci idą do szkoły a potem dorośli idą do pracy. Więc przed czym mam go ratować… przed życiem?
Bardzo kocham moje dzieci i wiem, że dając im życie mam też obowiązek je do tego życia przygotować. Robię to od momentu poczęcia, poprzez zdrowe odżywianie w czasie ciąży, potem w wieku niemowlęcym dbałam o ich higienę i żywienie oraz rozwój intelektualny i fizyczny. I tak kolejno stawiam im nowe wyzwania, a to samodzielne jedzenie, ubieranie się, mycie itd. W ten sam sposób postępuje większość rodziców i jest to uznawane za właściwe. Uczę moje dziecko samodzielności i pokazuję, że nauka i szkoła to fajna sprawa. Przeraża mnie ta batalistyczna retoryka płynąca ze strony „Ratujmy Maluchy”. Nasze dzieci żyją obok nas, słyszą i rozumieją więcej niż nam się wydaje. Być może czterolatek nie rozumie jeszcze znaczenia wszystkich słów ale doskonale wyczuwa emocje wystraszonej matki. Przekaz płynący od rodziców jest dla niego jasny, „jestem za mały aby iść do tego strasznego miejsca jakim jest szkoła. Będę musiał siedzieć w ławce i uczyć się, och jakie to straszne. Na korytarzu mogę spotkać starsze dzieci, przerażające. Nikt mnie nie nakarmi ani nie zaprowadzi do toalety, na pewno zginę. Jak bardzo kochają mnie rodzice, że walczą o rok mojego dzieciństwa, jakie mam szczęście, że nie muszę iść do tej strasznej szkoły”. Jednak czas płynie, mija rok i do szkoły trzeba już iść. Nie ma zmiłuj. Co powiecie wówczas dziecku? No teraz to ty jesteś już taki duży, „że wszystkie stresy związane z edukacją szkolną” (cytat ze strony Ratujmy Maluchy) nie zagrażają ci. Ale dziecko nie czuje się wcale duże, minął raptem rok, nauczył się paru rzeczy ale rodzice wcześniej zbudowali ogromne przekonanie, że tam wszystko jest złe i powoduje stres. No takiej traumy to ja nie zafunduję swojemu dziecku.
Wieczorem rozmawiamy z mężem, oboje poszliśmy do zerówki w wieku 6 lat. Ja nie chodziłam wcześniej do przedszkola gdyż byłam na diecie bezglutenowej a wtedy nie było takich diet w przedszkolach. Wychuchana trafiłam do zerówki w szkole oddalonej o 1,5 kilometra od domu. Salę mieliśmy w przyziemiu, na samym końcu korytarza. Nikt mnie tam nie stratował a wówczas uczyło się więcej roczników w w jednym budynku. Gdy słuchaliśmy muzyki, patrzyłam na buty przechodniów i mile to wspominam. Wyobrażałam sobie kim jest reszta człowieka, to była taka moja zabawa. Pobyt w zerówce nie był dla mnie żadną traumą, to była świetna zabawa, cieszyłam się nauką i tym, że jestem coraz bardziej „dorosła”. Ale wszystko byłoby traumą gdyby mama mi wcześniej przekazała jakieś strachy i obawy. Mąż w ogóle jest zaskoczony jakąś dyskusją. Dla niego to oczywiste, że dziecko ma iść do szkoły a rodzic ma go do tego przygotować, koniec kropka.
Rodzice często chuchają i dmuchają na swoje dziecko, to oczywiste, ale wg mnie źle pojętą troską jest nadmierne chronienie dziecka przed światem. Dziecka nie trzeba ratować tylko trzeba je do życia przygotować i wspierać je.