Archiwa tagu: Dzieci

Czyn społeczny

        Dom wybudowany, urządzony w całości, więc przyszła pora na ogród. Posprzątaliśmy już nasz pobudowlany ugór, przygotowaliśmy teren do dalszych prac. Termin u brukarzy mamy już zaklepany. Teraz jeszcze dopracowujemy szczegóły tarasów, ścieżek, oświetlenia, ogrodzenia. Wszystko na razie odbywa się na papierze ale lada tydzień ekipa wkroczy do ogrodu i będzie się działo. Czyli będzie tak jak lubię bo na razie zionie nudą.
        Wczorajsze przedpołudnie minęło nam bardzo leniwie. Dzieci wyciągnęły swoje maszyny rolnicze i uprawiały pole a my wygrzewaliśmy stęsknione słońca ciałka. W naszym ogrodzie nie mamy teraz co robić. Planowaną wcześniej wycieczkę w góry też przełożyliśmy, bo chłopcy po południu mieli iść na imprezę urodzinową do kolegi. Wybraliśmy się na przejażdżkę rowerową po okolicy a po obiedzie szukaliśmy jakiegoś pożytecznego zajęcia. No i znaleźliśmy. Skoro nie mieliśmy co robić w swoim ogrodzie, to ruszyliśmy z grabiami do pobliskiej rzeczki. Wyłowiliśmy śmieci, wygrabiliśmy brzegi, od razu zrobiło się ładniej. Przy okazji nazbieraliśmy chrustu i zrobiliśmy wielkie ognisko. Chłopcy byli zachwyceni.
        Wzbudziliśmy spore zdziwienie wśród sąsiadów. Żartowali, że szykujemy sobie kąpielisko. Prawda jest taka, że jak człowiek przez lata jest przyzwyczajony, że co sobotę coś tam w swoim ogrodzie grzebie to nagle taka bezczynność go męczy.  Po prostu brakowało nam tej ogródkowej aktywności fizycznej, do której przyzwyczailiśmy się mieszkając w starym domu. Człowiek jak musi pracować, to często narzeka, że to męczące, że musi czas poświęcić. Dlatego nasz czyn społeczny wzbudził takie zdziwienie. Ale nam sprawił dużą przyjemność. Poruszaliśmy się a najważniejsze, że mamy ładny widok z okna i satysfakcję z dobrej roboty.
        Gdy mieszkaliśmy w bloku we Wrocławiu, kilka razy w roku ruszałam z wielkim workiem na skwerek przed balkonami i sprzątałam śmieci. Inni mieszkańcy patrzyli na mnie z okien jak na jakieś dziwadło. Nikt się nie przyłączył a ja nie miałam ochoty na nagabywanie i namawianie sąsiadów na wspólne sprzątanie. Sama nie byłam tym zmęczona, pół godzinki roboty i od razu miałam uśmiech na twarzy patrząc na ładny teren. Nie lubię narzekania, że brzydko, że naśmiecone, że miasto/gmina/urzędnicy nic nie robią. Wolę sama zakasać rękawy i nie czekać tylko zmieniać rzeczywistość. Nie znoszę słuchania, że ktoś się powinien tym zająć i szczerze mówiąc zupełnie nie rozumiem, jak można w piękny dzień siedzieć na przykład przed telewizorem, pierdzieć w stołek i marudzić jak mu źle. Można się ruszyć, dotlenić, ładnie opalić a jednocześnie zrobić coś pożytecznego. Więc mieszkańcy bloków, nie macie co zazdrościć właścicielom domków jednorodzinnych, sami też możecie popracować w terenie i mieć z tego dużo radości.

Wizyta w ZOO

        Wybrałam się z chłopcami do Afrykarium we Wrocławskim Ogrodzie Zoologicznym. Ostrzegana przed weekendowymi tłumami, specjalnie odebrałam ich wcześniej z przedszkola i wycieczkę zrobiliśmy sobie w poniedziałek. Zwiedzających też było sporo, ale wszyscy się pomieścili i wygodnie można było wszystko pooglądać.
        A jest co oglądać. Akwarium z rekinami i płaszczkami robi wrażenie chyba na wszystkich, zwłaszcza jak płaszczka przepływa tuż nad głową i nagle wypada jej coś z pyska. Dobrze, że nie z pupy zauważył mój starszy syn. Potem oczywiście były dziecięce rozważania jak rekiny i inne ryby robią kupę a ja obserwowałam płaszczkę, która moim zdaniem rzucała w nas z góry kamykami. Ale to pewnie tylko takie moje wrażenie.
        Dzieciom podobały się hipopotamy, krokodyle, manaty, które uroczo i leniwie konsumowały sałatę. Przed większością basenów są ławki, więc można wygodnie podglądać wodne życie zwierząt. Można też coś przekąsić w restauracji a jednocześnie zerkać z góry na pingwiny oraz kotiki.
        Pamiętam Wrocławskie ZOO jeszcze z czasów zarządu Państwa Gucwińskich. Mieszkałam pięć lat w pobliskim akademiku i czasami wybierałam się tam na spacer. Z całym szacunkiem dla autorów „Z kamerą wśród zwierząt” i sympatią, bo uwielbiałam ich program, to jednak nie odnaleźli się oni w nowym systemie gospodarczym. Muszę przyznać, że obecnie ZOO pięknieje w oczach. Miło jest oglądać zwierzęta na wybiegach dostosowanych do ich potrzeb. Kiedyś spacerując po ogrodzie zoologicznym zastanawiało mnie dlaczego zarząd nie wykorzystuje całego dostępnego miejsca. Pamiętam widok spasionych kotów wylegujących się na dość dużym skwerku pomiędzy starymi drzewami. Po pierwsze, skąd koty w zoo a po drugie dlaczego w tym miejscu nie ma wybiegów dla zwierząt, tyle przestrzeni zmarnowano, myślałam. Teraz na tym właśnie skwerku jest wybieg dla kapucynek. Odpowiednio zabezpieczono teren i małpy mogą skakać po drzewach.
        W nowym ZOO znalazło się też miejsca dla Odrarium, czyli ekspozycji przybliżającej życie mieszkańców rzeki. Są akwaria z rybami słodkowodnymi, a ich dachy obsadzono nadrzeczną roślinnością. Wszystko pięknie i tylko jak czytam tablice informacyjne, to jako rodowita nadodrzanka czuję duży niesmak. Jest kilka słów o flisakach, o dawnym szlaku transportowym, o wykorzystywaniu rzeki w czasie wojny a potem tylko tyle, że po wojnie wyremontowano większość budowli hydrotechnicznych i obecnie Odra jest żeglowna na prawie całym swym biegu. Jest też sporo na temat walorów ekologicznych rzeki ale ani słowa na temat całego pokolenia marynarzy żeglugi śródlądowej. Pochodzę z nadodrzańskiego miasteczka, gdzie było bardzo dobre Technikum Żeglugi Śródlądowej. Pamiętam moich rówieśników idących w mundurach do szkoły. Pamiętam też barki pływające po Odrze i tętniący życiem port. Jeszcze 10 lat temu pisałam pracę magisterską na temat prywatyzacji żeglugi śródlądowej i przeprowadziłam ponad setkę wywiadów z marynarzami dla których rzeka była całym życiem. Teraz w wyniku wieloletnich zaniedbań po Odrze faktycznie pływa się trudniej ale pływać można i są tacy co nadal żyją z transportu śródlądowego. Jest też kilka stoczni które dają zatrudnienie wielu ludziom a swoje statki transportują właśnie Odrą dalej w świat. Dlaczego więc przemilcza się to wszystko i młodemu pokoleniu wbija do głowy, że Odra ma fantastyczne walory ekologiczne i rekreacyjne. Dlaczego wmawia się, że budowle hydrotechniczne uniemożliwiają migrację a przemilcza fakt, że istnieją przepławki dla ryb. Dlaczego wmawia się, że kontrolowane wylewy wód w terenach niezamieszkałych są najlepszą ochroną przeciwpowodziową. Tylko jak kontrolować te wylewy, gdy budowle hydrotechniczne nie są budowane a istniejące remontowane. Czytając tablice w Odrarium czułam co najmniej niesmak. Zupełnie przemilczano kilkadziesiąt lat życia kilku pokoleń marynarzy. Pominięto walory transportowe  rzeki, zapominając, że transport śródlądowy mógłby znakomicie odciążyć przeładowane drogi i zakorkowane miasta. A najgorsze, że na przeciwległych szalach stawia się dobrostan nadrzecznych ekosystemów oraz transport jakby to się wzajemnie wykluczało.
        Po kilku godzinach spędzonych w ZOO szliśmy już zmęczeni do wyjścia i starszy syn wymieniał jakie widział zwierzęta. Mówił, że widział zebry, żyrafy, lwy, rekiny, płaszczki, kolorowe ryby, hipopotamy, krokodyle, syreny, czyli manaty, pingwiny, kotiki, foki, nosorożce, surykatki, niedźwiedzie, wilki, kangury i już chyba więcej nie pamięta. Na to młodszy syn, maszerujący kilka kroków za nami, krzyczy rozczarowany, że on nie może iść jeszcze do domu, bo nie widział jeża :lol:

Leniuchujemy

        Leniuchujemy tak bardzo, że trochę mi wstyd. Ale po miesiącach ciężkiej pracy, w końcu człowiek musi odpocząć i nacieszyć się swoim domem. A dzieci chcą się nacieszyć mamą, która w końcu nie gania po składach budowlanych, nie jeździ 5 razy dziennie na budowę i nie wertuje internetu w poszukiwaniu idealnego dywanu czy lampy. Wykorzystujemy przerwę świąteczną w szkole i robimy sobie swoje rodzinne święto. Mąż przyłącza się do nas dopiero wieczorami, bo ktoś musi pracować aby bawić się mógł ktoś, więc dzielnie walczy z terminowym rozliczeniem i odgraża się, że jak tylko zamknie w firmie rok, to wyjedziemy w góry. No tak, warto byłoby już chłopców nauczyć jeździć na nartach. Starszy nie może się doczekać a młodszy ma lekkiego pietra. Kilka dni temu szukałam dla dzieci kursu nauki pływania. Starszy Filipek oczywiście ucieszył się bardzo i już roztaczał wizje jak będzie skakał do wody i szalał na basenie a Pawełek powiedział, żeby go nie zapisywać.
- Jak to, nie chcesz nauczyć się pływać – dopytywał Filip
- Nie chce, bo już umiem
- Nie umiesz
- Umiem, bo pływałem nad morzem – wyjaśniał Paweł
- Nie pływałeś, bo rękami dotykałeś dna
- W wannie też umiem pływać
- Ale w wannie się nie pływa. A jak będziemy płynąć promem i on zacznie tonąć to co? To też się utopisz! – przewidywał Filip
- Nie utopię, bo wejdę do szalupy
- A jak zabraknie szalup tak jak na Titanicu?
- Dla mnie nie zabraknie, bo pierwszych ratują kobiety i dzieci
- A jak będziesz dorosły i nie będziesz umiał pływać to może dla ciebie zabraknąć szalupy
- To wtedy nie będę płynął statkiem – Paweł uciął dyskusję
Po czym podszedł do okna, sprawdził czy nadal nie ma śniegu i powiedział, żeby jego zamiast na naukę pływania, zapisać na naukę jazdy na nartach, ale dopiero jak spadnie śnieg. Ciekawe co dzisiaj wymyśli, bo właśnie spadł biały puch i jest bajkowo.

Pawełek i ślimaki

        Pawełek chciał mieć swoje zwierzątko. Na nic były tłumaczenia, że mamy dwa psy i kota. Nie ważne, że Choćka, czyli niedawno przygarnięta sunia, śpi z nim i bawią się razem. Pawełek stwierdził, że ona ciągle za dorosłymi chodzi a on chce mieć tylko swoje zwierzątko. Kombinował, ale rodzice nie zgadzali się na żadne chomiki, króliki czy ptaki. Sama w dzieciństwie miałam odwrotną sytuację, bo rodzice nie zgadzali się na psa w bloku, więc żeby uciszyć moje jęczenie, co dwa lata kupowali mi nowego chomika. Niestety te zwierzątka nie żyją zbyt długo i regularnie przeżywałam traumę po śmierci pupila. Obiecałam sobie, że nie zafunduję dzieciom takiej huśtawki emocjonalnej i zgodzę się na psa i kota. Jednak okazuje się, że chłopcy nasze zwierzaki traktują jako członków rodziny a oni chcieliby mieć jakieś tylko swoje zwierzątko. Starszy coś wspominał o króliku, na którego nawet mogłabym się zgodzić, ale mąż ma złe doświadczenia z pogryzionymi kablami i stanowczo zaprotestował.
        Pewnego dnia, podczas przejażdżki rowerowej, Paweł nagle się zatrzymał bo zobaczył ślimaka. Ale tego brązowego, wstrętnego, ociekającego śluzem. Na nic moje wzdryganie się i tłumaczenie, zebrał wszystkie napotkane ślimaki i zabrał do domu. Zapakował je do słoika i mimo tego, że wszyscy krzywili się z obrzydzeniem, postawił w pokoju. Udało się go przekonać, że ślimaki śpią na dworze, więc wystawił je na taras. Rano oczywiście żadnego nie było już w słoiku ale spotykał je w ogrodzie, więc uspokoił się, że nie uciekły. Wszyscy tępią te potwory a mój syn znosi je do ogrodu.
        Krótka przygoda ze ślimakami nie zaspokoiła jednak jego potrzeby posiadania tylko swojego zwierzątka, dlatego był bardzo uradowany, gdy uratowaliśmy od śmierci ślimaka winniczka. Jadąc na budowę, Pawełek wypatrzył przechodzącego przez jezdnię ślimaka a kawałek za nami jechał wielki traktor. Ślimak zapewne zostałby zmiażdżony, ale krzyki dziecka sprawiły, że zatrzymałam się i szybko zgarnęłam go z drogi, a biegnąć do auta zauważyłam drugiego, mniejszego. W ten sposób uratowaliśmy mamusię z dzidziusiem.
DSC_9614
        Ślimaki mieszkały przez kilka dni w słoiku na tarasie. Pawełek karmił je sałatą, truskawkami i poił wodą. Dowiedzieliśmy się, że ślimaki piją przez skórę a liść sałaty zjadają w kilka minut. Jednak największym odkryciem było to, że ślimaki robią wielkie kupy. Ledwo coś zjedzą, to zaraz wydalają długie nitki stolca. Czterolatek początkowo zafascynowany swoimi zwierzątkami, po kilku dniach i po kolejnej długiej kupie, zniesmaczony stwierdził, że chyba mama z dzidziusiem wolą mieszkać na trawce. Ulżyło mi i cieszę się, że skończyło się tylko na ślimakach. Dobrze, że nie zgodziłam się na żadnego gryzonia, bo te zwierzaczki często też rozczarowują dzieci. Moje chłopaki są jeszcze za mali na zwierzątka wymagające większej opieki, na wszystko przyjdzie czas. Pamiętam jednak dobrze, jak sama pragnęłam tylko swojego zwierzątka, więc zagryzłam zęby i przeżyłam przygodę ze ślimakami.

Planowanie i spadanie

        Kolejna nieprzespana noc inwestora. Jutro ma wejść nowa ekipa do dachu. Pierwotnie mieli wejść przedwczoraj ale uprzedzali, że może być dzień lub dwa opóźnienia. Są trzy. Ponoć nadrobią. Ale ja spać nie mogę jak myślę o sterczących jak  kikuty ścianach szczytowych i łysym domu bez dachu.
        Zgodnie z planem właśnie powinien elektryk rozprowadzać instalację a zaraz po nim mieli wchodzić tynkarze żeby mokrą robotę zrobić przed montażem okien drewnianych. Wszyscy się dziwili, że elektryka chcę wpuścić do otwartego domu i zewsząd słyszałam pomysły jakie zastosować zabezpieczenia, aby kabli nie pokradli. Niektóre były dość ciekawe, może z wyjątkiem spania na budowie albo zostawienia tam psa, bo nasze suczki pewnie schowałyby się pod paletę ze strachu. Mój plan był taki, aby zabić płytami okna, wstawić jakieś tanie drzwi i najprostszy alarm ale przy tym opóźnieniu to zastanawiam się czy w ogóle jest sens wpuszczać elektryka przed oknami, bo to raptem tydzień różnicy będzie a koszt płyt OSB też nie jest mały. Obudziłam się dzisiaj o trzeciej nad ranem z myślą, że mam tego dość, wakacje i tak zmarnowane, bo na budowie będę cały czas warowała. Chłopcy wyjadą na dwa tygodnie z babcią nad morze a poza tym zostaną nam tylko jakieś wypady weekendowe. Zamiast się szarpać z zabijaniem okien, lepiej zaczekać już na zamknięcie domu a w tym czasie wyjechać z dzieciakami na krótki urlop.
        Od razu jakoś tak mi lżej na sercu. Sama myśl o wypoczynku ładuje mi akumulatory. Co roku wyjeżdżamy gdzieś w czerwcu, bo człowiek taki spragniony podróży. Potem można lato spędzać w ogrodzie czy nawet w wyludnionym mieście, byleby przed sezonem wyskoczyć gdzieś na kilka dni. To chyba mi zostało z czasów szkolnych, gdy odliczało się dni do wakacji. Pamiętam próby do apelu na zakończenie roku, gdzie śpiewaliśmy o czekającym lecie, rzekach i lasach. Myślami wtedy byłam już u babci na wsi, bawiłam się z psem, chodziłam na jagody. Aż przychodził wytęskniony dzień i zaraz po odebraniu cenzurek wskakiwało się w samochód i w podróż.
        Kilka dni temu odbyłam krótką przejażdżkę z mężem i to chyba nastroiło mnie tak nostalgicznie. Wyjazd był co prawda całkowicie służbowy i bardzo szybki, bo musieliśmy zdążyć odebrać dzieci z przedszkola ale mijane krajobrazy bardzo mnie rozmarzyły. Potem jeszcze dostałam przypominającego smsa od wychowawczyni starszego syna, że w przyszłym tygodniu uroczyste pożegnanie roku, żeby upominki dla dzieci przygotować i już mi lato gości w głowie.
        Jednak zanim wyskoczymy nad morze, trzeba dopilnować tego dachu, bo jak opóźnienie się zwiększy to nawet kilku dni nie wyskrobię na wyjazd. No i znowu kłębowisko myśli, bo mają wejść jutro, ale prognozy pogody nie wyglądają optymistycznie. Mimo, że dzisiaj upał to zapowiadają burze i deszcze a to zmora cieśli. I jak tu cokolwiek planować? Najchętniej już bym pakowała walizkę ale lepiej nic dzieciom nie mówić, bo jak coś się znowu opóźni, to ich rozczarowanie mnie dobije.

Deszcz w kąpieli

        Przez ostatnie kilka dni byłam słomianą wdową. Mąż wyjechał służbowo i zostałam z dziećmi i zwierzakami sama, ale na szczęście mieszka jeszcze z nami siostrzenica męża, więc przynajmniej po południu miałam zapewnioną pomoc przy dzieciach.
        Na budowie dużo się dzieje. Przyszedł akurat moment na zamawianie dachówki, okien, wybór kolorów, wyceny, więc mam co robić. Do tego jeszcze zobaczyłam, że całe tabuny mszyc obsiadły powojniki, roże i jaśminowce. To nie mogło czekać, musiałam zrobić oprysk od razu. Zajęło mi to sporo czasu, bo ogród mamy bujnie zarośnięty. Wieczorem byłam już tak padnięta, że prawie przysnęłam, gdy chłopcy brali kąpiel. Otrzeźwił mnie ich wyjątkowo głośny rechot. Wchodzę do łazienki, ale nie widzę niczego niepokojącego. Uśmiechnięte chłopaki stoją w wannie, młodszy trzyma prysznic, obaj mają mokre włosy, co jest trochę dziwne, bo nie lubią mycia głowy, ale może się już przekonują do tego. Po chwili czuję, że coś na mnie kapie, a młodszy cieszy się, że zrobił deszcz. Patrzę w górę a cały sufit mokry i pojedyncze, duże krople lecą mi na twarz. No i nie wiadomo czy śmiać się czy płakać. Chłopcom strzeliłam pogadankę i szybko powycierałam sufit, dostrzegając przy tym, że był już lekko zakurzony. Nie ma tego złego… – pomyślałam – przynajmniej mam z głowy mycie sufitu. Moja metoda mycia jest dużo bardziej pracochłonna, nigdy nie wpadłam na to, żeby polać sufit wodą i szybko zetrzeć. Ale mam nadzieję, że chłopcy drugi raz nie zapragną takiej deszczowej kąpieli.
        Przy okazji przypomniałam sobie o mojej bliskiej koleżance, które mieszka obecnie sama z ośmiomiesięcznym synkiem, psem i kotem, w bloku, na siódmym piętrze. A oprócz tego robi różne zlecenia, żeby nie wypaść z rynku i jakoś wesprzeć swój budżet. Pamiętam, że bardzo nie lubiłam wyjazdów męża, gdy chłopcy byli młodsi. Ale on wyjeżdżał na 2-3 dni, a samotne mamy są stale same. Podziwiam mamy, które ogarniają dzieci i dom a przy tym nie mają w pobliżu partnera czy kogoś z rodziny.
        A poniżej efekt porannej sesji fotograficznej. Młodszy syn jest zachwycony przygarniętym małym pieskiem. Sunię czeka w przyszłym tygodniu sterylizacja a po zagojeniu się rany będzie gotowa do adopcji, choć widzę, że to będzie bardzo trudne. Nie obawiam się braku chętnych, bo sunia jest sympatyczna i bezproblemowa, ale dzieciaki coraz bardziej się do niej przywiązują. Młodszy chce z nią spać a starszy powiedział kolegom w przedszkolu, że ma nowego psa. Sunia chce stale być blisko nas i odwozi ze mną dzieci do przedszkola. Wczoraj wyskoczyła z auta i koledzy Filipa zobaczyli ją. Wzbudziła ogromny zachwyt a syn z dumą powiedział, że to jego pies. Oczywiście młodszy szybko dodał: nasz.
No i co to będzie za dwa tygodnie, gdy trzeba będzie się rozstać.DSC_9441
DSC_9447

Budowlany plac zabaw

Przedstawiam dzisiaj krótką fotorelację z powstawania fundamentów naszego nowego domu. Kawałek pola porośniętego pszenicą jest już zryty i bezpowrotnie zmieniony. Dzieciaki uradowane, bo jeszcze nie miały tak dużego placu zabaw. Każdego popołudnia przyjeżdżamy z nimi na budowę i kopią dziury w wielkiej górze piachu oraz jeżdżą swoimi ciężarówkami po nierównym terenie. Oczywiście zakopują się w błocie podobnie jak zakopał się samochód dostawczy i wyciągają się wzajemnie traktorem. Sami również brodzą w błocie i kałużach w koleinach. Ostatnio młodszy tak był zaabsorbowany zabawą, że nie poczuł jak woda wlała mu się górą do kaloszy. Podarowałam sobie już codzienne odkurzanie samochodu i robię to raz w tygodniu, bo i tak chłopcy wnoszą na sobie tony piasku. Nie wiem skąd ten piach się bierze, bo zazwyczaj wracają w samych majteczkach i koszulkach, gdyż resztę garderoby mają przemoczona i ubłoconą. Ale mimo wszystko wszędzie jest piach albo błoto. Wieczorem obowiązkowa kąpiel i milion pytań, kiedy nasz dom będzie gotowy bo nie chcą wracać z placu budowy do obecnego domu. Chłopcy jednak nie słuchają, że jak się wprowadzimy to wokół już nie będzie takiego pobojowiska. Nie przyjmują do wiadomości, że niebawem uporządkujemy teren. Na razie cieszą się tym budowlanym placem zabaw. Dobrze, że oni odbierają to wszystko jako świetną zabawę. Mi jest mniej wesoło ale nie jest źle. Niebawem to opiszę._DSC0084
DSC_8710 DSC_8716 DSC_8720 DSC_8820 DSC_8829
_DSC0105

Ja tego nie kupuję

        Każdy mówi dziś o Kamilu i nic dziwnego, bo jego wyczyn był genialny. Gratulujemy i cieszymy się ogromnie z olimpijskiego złota. A gdy tryskaliśmy radością i czekaliśmy na połączenie ze studiem ciekawi komentarza innego genialnego skoczka, na kolana powaliła nas ilość reklam. Mnie natomiast wyjątkowo mocno zastanowiła ich treść.
        Czy wiecie, że z całego bloku tylko jedna reklama dotyczyła piwa a wszystkie pozostałe zachwalały przeróżne specyfiki farmaceutyczne? Jakimż chorym społeczeństwem musimy być, skoro w najdroższym bloku reklamowym lekarstwa wygrały z alkoholem i przekąskami. Chyba już tak bardzo struliśmy się śmieciowym jedzeniem, że teraz potrzebujemy cudownie leczących specyfików.
        Z reklam dowiedziałam się, że w moim wieku powinnam odczuwać milion różnych dolegliwości od bólu głowy poprzez katar, zgagę po hemoroidy i nietrzymanie moczu. Każdy z nas cierpi na niedobór witamin a moje biedne dzieci na pewno mają osłabioną odporność i są okropnymi niejadkami. Ale proszę się nie martwić, od czego mamy cudowne pigułki, syropki i maści, które jak zachwalają koncerny farmaceutyczne, leczą przyczynę a nie skutki. W co drugiej reklamie podkreślano, że ten konkretny lek jest na bazie ziół i czerpie z natury to co najcenniejsze. Jest w 100% naturalny, bez chemicznych dodatków za to pełen witamin i dobroczynnych minerałów. Wszystko to ubrane w genialne spoty reklamowe, pełne troskliwych mam i żon, którym sen z powiek spędzają wredne bakterie i wirusy ale z pomocą przychodzi specjalista, budzący zaufanie lekarz lub farmaceuta i podaje nam nowy cudowny lek na wszystkie nasze bolączki. Po nim, niczym po dotknięciu czarodziejskiej różdżki znikną nasze kłopoty, dzieci będą zdrowe i radosne a mąż skończy marudzić i ucałuje nas w czoło w podzięce za uratowanie szczęścia rodzinnego. Trochę tą idylle psuje szybki komunikat na koniec, że każdy lek stosowany niewłaściwie może zagrażać życiu lub zdrowiu…
        Ale ja tego nie kupuję. I nie dlatego, że nie mamy problemów ze zdrowiem, bo miewamy. I nie dlatego też, że na mnie jako socjologu reklamy nie robią wrażenia, bo robią. Ale dociera do mnie połowa przekazu z reklam. Zgadzam się, że niezdrowy styl życia, zła dieta i brak ruchu powodują kłopotliwe dolegliwości, zgadzam sie też z tym, że natura daje nam to co najcenniejsze. Tylko ja akurat wolę czerpać z tej natury bezpośrednio a nie zamierzam nabijać kabzy koncernom farmaceutycznym. Skoro wiadomo, że czosnek ma genialne właściwości zdrowotne a określone zioła pomagają na różne dolegliwości, to wolę sięgać właśnie po nie a nie po specyfiki na ich bazie. Jeśli wiem w jakich produktach występują określone witaminy to wolę jeść pyszne owoce i warzywa niż łykać garść pigułek. I wiecie co, okazuje się, że coraz więcej ludzi ma podobne zdanie i szuka prawdziwej przyczyny swoich dolegliwości a nie leczy się cudownymi tabletkami rzekomo zwalczającymi powody dolegliwości a nie skutki. Coraz więcej ludzi uświadamia sobie, że śmieciowe jedzenie nas truje. Częściej czytamy etykiety, gotujemy na bazie zdrowych surowców a nie półproduktów, używamy ziół a nie kostek z glutaminianem sodu. Coraz więcej ludzi wie, że zdrowie zależy od zdrowego stylu życia a nie od leków najnowszej generacji i może dlatego koncerny są coraz bardziej agresywne w swoich reklamach i zalewają nas z każdej strony.

Takie tam…

        Ostatnie tygodnie upływają nam na planowaniu budowy oraz załatwianiu formalności. Zimę wykorzystuję też na uporządkowanie spraw domowych, aby potem nic nie zaprzątało mi głowy, bo będę mocno zaangażowana w budowę. To oczywiście trochę złudne przeświadczenie, bo jak wiadomo, życie lubi sprawiać niespodzianki i nie sposób wszystkiego zrobić na zaś.
        Niemniej jednak staram się wykonać teraz badania, które młodszy miał zlecone już w ubiegłym roku ale skończyły się limity i odesłano nas z kwitkiem. Zmieniliśmy też nasz sposób odżywiania na dużo zdrowszy, ale to osobny temat, dziś nie o tym.
        Nasza budowa nie osiągnęła jeszcze poziomu 0, nie wbito ani jednej łopaty na naszej działce a my z mężem już się meblujemy. Przeglądamy katalogi, internet i planujemy wystrój łazienek oraz układ kuchni. Za wcześnie? Potem nie będzie na to czasu. Trzeba będzie zamawiać, kupować i wykańczać. Nie będzie czasu na zastanawianie się jaki styl i jakie kolory. A co do stylu, to właśnie prowadzimy z mężem długie debaty bo on chce kuchnię na wysoki połysk a ja klasyczną elegancję. Co do jednego jesteśmy zgodni, meble mają być jasne. Mi marzy się do tego gruby, drewniany blat w kolorze okien i podłogi. Może to brzmi trochę banalnie, ale decyzja o rodzaju zabudowy kuchni determinuje wystrój pozostałych pomieszczeń, zwłaszcza gdy jest ona otwarta na salon i jadalnię. Nie chcemy kupować nowych mebli i dekoracji, więc szukamy pięknej i funkcjonalnej kuchni w podobnym stylu. Wymaga to trochę zaangażowania ale ja akurat lubię takie wyzwania. Mam już nawet naszą kuchnię przed oczami, ale muszę jeszcze do niej przekonać męża. Nowoczesne kuchnie również bardzo mi się podobają, ale taka nie będzie pasowała do naszych obrazów, drewnianych mebli i w ogóle do nas.
        Dzieci oczywiście przysłuchują się naszym rozmowom, czasem zerkają na rysunki, bo oczywiście zaprojektowałam już ogród. To akurat poszło bardzo szybko. Kilka lat praktyki w pracach ogrodowych i wiem już co i gdzie posadzić, jak wytoczyć alejki i rozmieścić oświetlenie. Najchętniej już grzebałabym w ziemi ale ogród musi poczekać przynajmniej do przyszłej wiosny.
        A na koniec przemyślenia moich dzieciaków. Starszy oznajmił, że jak będzie dorosły to też sobie wybuduje dom na naszej nowej wsi, żeby być blisko nas bo chce nas często odwiedzać. Oczywiście wzruszył mnie tym do łez, na co Młodszy zastanowił się i powiedział, że wybuduje rzekę do naszego nowego domu, żeby mógł do nas przypływać statkiem. Odkąd zachwycił się morzem, cały czas twierdzi, że będzie kapitanem ale pomysłem na kopanie rzeki zaskoczył mnie. Zwłaszcza, że jego Dziadek ma w swoim życiu epizod z kopaniem kanału a obecnie aktywnie działa na rzecz uaktywnienia polskich rzek. No cóż, przynajmniej wiadomo po kim Młodszy ma zamiłowanie do wody.

Rozstania i powroty

        Jak to zwykle mawia się o tej porze roku: święta, święta i po świętach. Dla niektórych to czas powrotów do domu ze świątecznych wyjazdów a dla nas przyszedł moment rozstania z Babcią, która po długim pobycie musiała wrócić do obowiązków zawodowych i stęsknionego kota. Starszy syn ucałował Babcie i poprosił, żeby za niedługo znowu przyjechała a młodszy uderzył w płacz i wył, że on nie chce, aby Babcia już jechała. Na nic tłumaczenia i obietnice, że za kilka dni znowu się spotkamy. Po policzkach lały się łzy jak grochy, broda drżała, wydawał z siebie tylko żałosne yyyyyy i wtulił się w mamę. W takich sytuacjach żadne odwracanie uwagi ani pocieszanie nie zdaje egzaminu, syn musi przeżyć swoją rozpacz i po kilku minutach dochodzi do siebie. Co prawda na wspomnienie rozstania znowu zanosi się płaczem ale z czasem coraz rzadziej. Oczywiście powitanie jest tak samo emocjonujące jak rozstanie, są piski i okrzyki radości. W jednej chwili chłopcy chcą wszystko pokazać Babci i o wszystkim opowiedzieć.
        Przypominam sobie jak kiedyś czekając na pociąg byłam świadkiem podobnego powitania. Na peronie stał mężczyzna z owczarkiem niemieckim. Pies duży i budzący respekt, ale ładnie wychowany, grzecznie siedział przy nodze swego pana. Nagle wtoczył się pociąg i zaczęli wysiadać pasażerowie. Pies natomiast zaczął głośno skomleć, zrobiło się zamieszanie, większość osób nerwowo sprawdzała co się dzieje, kto męczy psa. Ale widząc przyczynę skomlenia, uspokajali się i życzliwie uśmiechali. Wiele osób przystanęło i podziwiało scenę powitania psa ze swoją panią. Filigranowa kobieta ledwo trzymała się na nogach a szczęśliwy pupil starał się ją ucałować. Następnie zaczął wić się u jej stóp i piszczeć niczym mały szczeniaczek. Gdy opadły pierwsze psie emocje, kobieta przywitała się z mężczyzną i ruszyli w kierunku schodów. Pies szedł grzecznie przy nodze pani ale co chwilę zerkał na nią, wąchał jej płaszcza, jakby sprawdzał, czy to na pewno się dzieje, czy już koniec rozłąki. Szedł tak dumnie, z wysoko uniesioną głową i ogonem.
        Widok tego szczęśliwego psa był przepiękny i wzruszający. Każdy chyba chciałby być tak witanym, ale im dłużej stąpam po tym świecie to dochodzę do wniosku, że najradośniej witają małe dzieci i psy. Nie odmawiam innym prawa do czułych powitań, wiele z nich jest bardzo wzruszających, ale dzieci i psy tak bardzo uzewnętrzniają się ze swoim szczęściem, a do tego robią to tak naturalnie, że uwielbiam takie widoki. A wszystkim życzę tyle samo pożegnań co powitań.