Archiwa tagu: dom

Czyn społeczny

        Dom wybudowany, urządzony w całości, więc przyszła pora na ogród. Posprzątaliśmy już nasz pobudowlany ugór, przygotowaliśmy teren do dalszych prac. Termin u brukarzy mamy już zaklepany. Teraz jeszcze dopracowujemy szczegóły tarasów, ścieżek, oświetlenia, ogrodzenia. Wszystko na razie odbywa się na papierze ale lada tydzień ekipa wkroczy do ogrodu i będzie się działo. Czyli będzie tak jak lubię bo na razie zionie nudą.
        Wczorajsze przedpołudnie minęło nam bardzo leniwie. Dzieci wyciągnęły swoje maszyny rolnicze i uprawiały pole a my wygrzewaliśmy stęsknione słońca ciałka. W naszym ogrodzie nie mamy teraz co robić. Planowaną wcześniej wycieczkę w góry też przełożyliśmy, bo chłopcy po południu mieli iść na imprezę urodzinową do kolegi. Wybraliśmy się na przejażdżkę rowerową po okolicy a po obiedzie szukaliśmy jakiegoś pożytecznego zajęcia. No i znaleźliśmy. Skoro nie mieliśmy co robić w swoim ogrodzie, to ruszyliśmy z grabiami do pobliskiej rzeczki. Wyłowiliśmy śmieci, wygrabiliśmy brzegi, od razu zrobiło się ładniej. Przy okazji nazbieraliśmy chrustu i zrobiliśmy wielkie ognisko. Chłopcy byli zachwyceni.
        Wzbudziliśmy spore zdziwienie wśród sąsiadów. Żartowali, że szykujemy sobie kąpielisko. Prawda jest taka, że jak człowiek przez lata jest przyzwyczajony, że co sobotę coś tam w swoim ogrodzie grzebie to nagle taka bezczynność go męczy.  Po prostu brakowało nam tej ogródkowej aktywności fizycznej, do której przyzwyczailiśmy się mieszkając w starym domu. Człowiek jak musi pracować, to często narzeka, że to męczące, że musi czas poświęcić. Dlatego nasz czyn społeczny wzbudził takie zdziwienie. Ale nam sprawił dużą przyjemność. Poruszaliśmy się a najważniejsze, że mamy ładny widok z okna i satysfakcję z dobrej roboty.
        Gdy mieszkaliśmy w bloku we Wrocławiu, kilka razy w roku ruszałam z wielkim workiem na skwerek przed balkonami i sprzątałam śmieci. Inni mieszkańcy patrzyli na mnie z okien jak na jakieś dziwadło. Nikt się nie przyłączył a ja nie miałam ochoty na nagabywanie i namawianie sąsiadów na wspólne sprzątanie. Sama nie byłam tym zmęczona, pół godzinki roboty i od razu miałam uśmiech na twarzy patrząc na ładny teren. Nie lubię narzekania, że brzydko, że naśmiecone, że miasto/gmina/urzędnicy nic nie robią. Wolę sama zakasać rękawy i nie czekać tylko zmieniać rzeczywistość. Nie znoszę słuchania, że ktoś się powinien tym zająć i szczerze mówiąc zupełnie nie rozumiem, jak można w piękny dzień siedzieć na przykład przed telewizorem, pierdzieć w stołek i marudzić jak mu źle. Można się ruszyć, dotlenić, ładnie opalić a jednocześnie zrobić coś pożytecznego. Więc mieszkańcy bloków, nie macie co zazdrościć właścicielom domków jednorodzinnych, sami też możecie popracować w terenie i mieć z tego dużo radości.

Marynistyczna łazienka

DSC_1345Tym razem przedstawiam dolną łazienkę, która z założenia jest również łazienką dla gości. Choć jest wciśnięta we wnękę pod schodami, odpowiednie wykorzystanie każdego centymetra pozwoliło uczynić z niej bardzo funkcjonalne miejsce. Zależało mi na zmieszczeniu w niej prysznica, gdyż według mnie dwa prysznice w domu zwiększają wygodę. Wnękę na natrysk wydzieliłam po lewej stronie drzwi zmniejszając w ten sposób sąsiednie pomieszczenie gospodarcze. Aby zrekompensować sobie uszczuplony gospodarczy, zabudowałam szafkami wnękę pod schodami. Odpowiednia głębokość szafek i ich rozkład pozwoliły nie zagracić dość małej łazienki a jednocześnie znalazło się miejsce na środki czystości, miski, wiaderka, odkurzacz i mop. Ponadto starałam  się urządzić wnętrze w niebanalnej stylistyce, aby mimo niewielkich rozmiarów cieszyło oko. Teraz chyba każdy się domyśli, że uwielbiam morskie akcenty.

 Łazienka, jest naprawdę niewielka. Wiele osób widząc ją na etapie budowy zastanawiało się jak chcę tam zmieścić choćby umywalkę, bo jest bardzo wąska ale poprzez odpowiednie urządzenie, nie odczuwa się tego.

DSC_1367

Widok od strony drzwi, po lewej stronie jest wnęka z prysznicem a po prawej schowane są pojemne szafki, których nie widać wprost z wejścia. Dzięki temu przestrzeń wydaje się być bardzo uporządkowana.

DSC_1359

Widok od strony prysznica na szafki pod schodami.

DSC_1354

Moje ulubione akcenty marynistyczne

DSC_1356Widok od strony szafek.

DSC_1344

Widok na prysznic, za plecami miałam już ścianę, więc trudno pokazać jego gabaryty, ale jest bardzo wygodny, bo w rozmiarze 70×100.

Dodam tylko, że projekt łazienki w całości jest mój. Dzięki temu ma zapewne tak niepowtarzalny charakter. Mnie bardzo podoba się to wnętrze i jestem z niego dumna, ale wiadomo wszystko rzecz gustu ;-)

Wyczekana komódka

        Długo na nią czekaliśmy ale w końcu jest. Bez niej mycie zębów nie było wygodne, sterczeliśmy zgarbieni nad wanną. Mąż jeszcze musiał się golić w niewygodnej pozycji. Za to dzieci wykorzystały bidet i początkowo używały go jako swojej umywalki. Aż przyszedł ten dzień i stolarz przywiózł komodę pod umywalkę.
        Zdecydowałam się na takie rozwiązanie, gdyż nie mogłam znaleźć niczego sensownego i w rozsądnej cenie. Miejsca na umywalkę mamy sporo więc chciałam, żeby była szeroka, przynajmniej  metrowa. Wszystkie szafki pod takie umywalki były albo z drzwiczkami i dwiema półkami w środku albo z dwiema głębokimi szufladami. Do tego były dość drogie a według mnie mało funkcjonalne. A ja chciałam mieć komódkę z czterema płytkimi szufladami. Do środka włożyłam wkłady na sztućce, dzięki którym bardzo łatwo utrzymać porządek i w ten sposób każdy ma swoją przegródkę na szczoteczkę do zębów. Mąż ma uporządkowane przybory do golenia i nie ustawia ich na umywalce, dzięki czemu miejsce to wygląda bardzo estetycznie. W następnej szufladzie mam swoje królestwo do malowania i układania włosów i tak dalej w kolejnych szufladkach.
        Trochę się wyczekaliśmy na tą komódkę, bo długo szukałam czegoś gotowego, aż tuż przed samą przeprowadzką zamówiłam ją u stolarza bo jednak nie chciałam wydawać kilkuset złotych na coś mało funkcjonalnego. Teraz wiem, że warto było czekać i polecam wszystkim takie rozwiązanie.
DSC_1205
DSC_1197
DSC_1200

Oswajamy nowy dom

Milczę i milczę już od miesiąca a tak dużo się u na dzieje. Ale dzień za krótki, aby ze wszystkim się wyrobić i człowiek po nocach nadrabia, więc nie ma kiedy pisać.
        Mieszkamy już w nowym miejscu i stopniowo je udomawiamy a siebie oswajamy z nowymi wnętrzami. Człowiek musi się przyzwyczaić co, gdzie stoi w kuchni, gdzie wisi ręcznik w łazience, a gdzie najlepiej odkładać klucze. Utrudnia nam to trochę fakt, że wiele rzeczy nie ma jeszcze swojego stałego miejsca, bo nie wybrałam jeszcze wieszaków na ręczniki a w kuchni co rusz robię roszady, bo szukam optymalnego rozłożenia przyborów.
        Dzieci całą przeprowadzkę znoszą bardzo dobrze i nie tęsknią za starym domem. W przeciwieństwie do mnie, bo wylałam sporo łez patrząc na posprzątane, stare kąty. Spędziłam samotne dwa dni w byłym domu. Szorowałam go na błysk a jednocześnie wspominałam różne chwile tam przeżyte. Panującą ciszę przerywały hałasy zza ściany, przypominające, że to bliźniak i utwardzające mnie w przekonaniu, że dobrze zrobiliśmy sprzedając dom. Ale z drugiej strony, żal mi było ogrodu i doskonałej lokalizacji. Cóż, rośliny urosną również na nowej działce, a wcale nie jest przesądzone, czy za jakiś czas znowu nie sprzedamy domu i nie wrócimy na stare śmieci.
        Na razie trzeba trochę odpocząć po budowie i nacieszyć się nowym domem. A powoli zaczynamy się cieszyć, bo w końcu zaczyna być po domowemu. Pierwsze dni były najgorsze. Nie mieliśmy kuchni, drzwi wewnętrznych, umywalek i rolety w oknie w łazience. Gotowanie wówczas zupełnie sobie odpuściłam. Po kilku dniach na suchym prowiancie, domowe obiadki zaczęły wszystkim lepiej smakować i teraz jadamy całą rodziną przy stole. Biorąc prysznic człowiek czuł się jak na pływalni, gdzie wszystkie kabiny są otwarte. Nie mamy standardowej kabiny prysznicowej, tylko prysznic jest wydzielony za ścianką, a jak dodać do tego brak drzwi i rolet w oknie, to robi się ciekawie. Na szczęście drzwi przyjechały wcześniej niż było planowane, pan od rolet też szybciutko zrobił swoją pracę i już nie muszę obwieszać okna i drzwi jakimiś szmatami.
        Z prac do wykonania zostały nam jeszcze schody, które panowie właśnie montują i po których ponoć lepiej nie chodzić. Najlepiej nad nimi lewitować bo wszystko może je porysować a zwierzęta w domu to już w ogóle porażka. Panowie właśnie mnie uświadomili, że wybrałam taki kolor, co to na nim wszystko widać, każdą ryskę a naprawić to się tego nie da, bo jeszcze gorzej będzie. „Piękne sobie pani schody wybrała ale szkoda, żeby zaraz były porysowane, więc lepiej nie chodzić” – słyszę od nich co chwilę. Zamieszkamy w salonie, w końcu mamy tam rozłożony materac, więc spać jest od razu na czym. A materac mamy rozłożony dlatego, że nasze kanapy pojechały do renowacji i słuch po nich zaginął. Pan obiecywał, że zabierze jedną kanapę ze starego domu, obije ją nowym materiałem, przywiezie do nowego domu i wtedy zabierze drugą kanapę i za kilka dni też ją przywiezie. Mąż się ucieszył, bo w ten sposób sprawę przewożenia kanap miał z głowy. Miały one jechać trochę dłużej a w międzyczasie ulec odnowieniu. Ale koniec końców Pan zabrał od razu wszystkie kanapy bo tak ponoć będzie szybciej ale już są spóźnione ponad tydzień. Mają być jutro, choć dzieci wcale się z tego nie cieszą, bo teraz mają fantastyczną trampolinę w salonie. Psy też nie narzekają, bo materac traktują jak wielkie legowisko, a i my w końcu na ich poziomie przebywamy. I ja też muszę przyznać, że taki wielki materac przed telewizorem to super sprawa, człowiek się wyciągnie wygodnie a mimo wszystko, dla każdego starczy miejsca. Tylko trochę gorzej się z niego wstaje.
        A pozostając w temacie wstawania, to dzieciom bardzo dobrze śpi się w nowych pokojach. Obawiałam się, że nie będą chciały spać osobno, bo wcześniej mieli wspólny pokój. Pierwszego wieczoru nie mieliśmy jeszcze złożonego łóżka, więc rozłożyliśmy ich materace w pokoju młodszego, ale starszy zaprotestował i powiedział, że on śpi w swoim pokoju. Młodszy przytaknął, że on się nie zgadza, żeby ktoś spał w jego pokoju i każdy ma spać u siebie. Bez żadnego strachu i płaczu przespali noc w swoich nowych pokojach.
        I kończąc już, oprócz schodów, zostały nam do zrobienia listwy przypodłogowe na dole, kominek i cała masa dupereli takich jak powieszenie lamp, które najpierw trzeba kupić a powoli nie ma za co. Podobnie jest z zasłonami, ale tutaj gorzej bo nie mogę znaleźć do salonu takich jak sobie wymyśliłam i jednak trzeba będzie je szyć. Materiał już zamówiony. Do szycia będą też poduszki i serwetki na stół a wszystko z tego samego, marynistycznego materiału. Zapowiada się ciekawie, w kolejnych wpisach zaczną się zdjęcia, o które już mnie podpytujecie ;-)

Do którego domu?

        Odbieram chłopców z przedszkola a oni pytają, gdzie najpierw jedziemy. Do domu, mówię, a oni na to, do którego? Tak, tak, budowa przestaje być już budową i doczekała się miana dom. W zeszły piątek pożegnaliśmy już panów od wykończeniówki. Wiele mamy jeszcze do zrobienie, ale to robimy już samodzielnie. W sobotę posprzątaliśmy wszystkie materiały budowlane, pomyliśmy okna i podłogi. Gdy po południu przyjechaliśmy z chłopcami, zrobili wielkie oczy, zdjęli buty, kurtki odwiesili na wieszak i powiedzieli: Jak tu pięknie. Zaczęliśmy wnosić meble, obrazy i dzieci stwierdziły, że czują się tu jak w domu, mogą nawet zostać na noc.
        Jednak nie możemy się jeszcze wprowadzić. Wstrzymują nas dwie kwestie. Przede wszystkim nie mamy wody puszczonej na budynek. To znaczy jest doprowadzona do domu ale chcemy najpierw podłączyć stację uzdatniania, bo mamy własne ujęcie wody. Niestety badania w Sanepidzie trochę się przedłużyły ale wiemy już, że wodę mamy bardzo dobrą i tylko mangan przekracza dopuszczalne normy. Lada dzień powinniśmy mieć podłączoną stację uzdatniania i wodę rozprowadzoną po budynku. Nie trzeba będzie już wiaderkiem spłukiwać, bo chłopcy jak zobaczyli gotowe łazienki, to nie omieszkali ich wypróbować. Choć tak dokładnie to łazienki nie są jeszcze w pełni gotowe. W obu nie ma umywalek, więc zęby będziemy myć nad wanną a chłopcy pewnie nad bidetem. Czekamy jeszcze na szafki pod umywalki, które zamówiłam na wymiar u stolarza. W dolnej łazience umywalka musi być dość płytka ale również funkcjonalna. W Castoramie znalazłam idealną ale nie było pod nią szafki a nie chciałam mieć widocznego syfonu. A te umywalki co miały szafki, to albo za płytkie, że ręce ledwo można wcisnąć albo za duże, że ciasno się robi. W górnej łazience umywalka za to jest ogromna, bo ma aż metr szerokości i też nie było do niej odpowiednich szafek. Te co były, miały tylko dwie głębokie szuflady albo drzwiczki i dwie półeczki a ja zaprojektowałam sobie podumywalkową komódkę z pięcioma funkcjonalnymi szufladami. Ale trochę sobie na nią poczekam i teraz mam dylemat, bo bardzo chciałabym już wstawić zdjęcia łazienki, no ale bez umywalki nie ma pełnego efektu.
        Jest jeszcze drugi powód, dla którego zwlekamy z wprowadzeniem się. Nie mamy kuchni. Miała być w zeszłym tygodniu, ale naszego stolarza wezwała ojczyzna i pan pod pięćdziesiątkę, musiał jechać na szkolenie wojskowe. Zamiast skręcać nasze mebelki, ganiał po poligonie kilkaset kilometrów dalej. Kuchnie będzie montował w środę, a my musimy się wprowadzić we wtorek więc chwilę będziemy biwakować w salonie. Bo to już postanowione, że za trzy dni wprowadzamy się do nowego domu. We wtorek mamy do dyspozycji samochód dostawczy, przewieziemy lodówkę, pralkę, materace i w starym domu nie będzie już gdzie spać, więc trzeba będzie jakoś funkcjonować w nowym. Choć do pełni szczęścia brakuje nam jeszcze drzwi, które będą za dwa tygodnie, więc do łazienek muszę powiesić jakieś kotarki. Schody też mają być w podobnym terminie, trzeba zatem zrobić jakąś prowizoryczną balustradę, żeby nikt nie spadł. Potem jeszcze listwy przypodłogowe wieńczące dzieło i w domu zostanie tylko kominek do zrobienia oraz na wiosnę milion rzeczy w ogrodzie.
        A w starym domu już pusto. Obrazy i firanki zdjęte, więc straszą brudne ściany. Tyle dobrego, że okna umyte. Patrzę przez nie na ogród i zaczyna mnie ściskać w gardle. Sąsiedzi zaglądają czy jeszcze mieszkamy i mówią, że bez pożegnania mamy nie odjeżdżać. A ja nie wiem, jak to zrobię, bo ryczeć pewnie będę jak bóbr.

Nic jeszcze nie skończone

        Do przekazania starego domu zostało nam dwa tygodnie. Specjalnie nie piszę, że do przeprowadzki, bo ta już się zaczęła. W nowym domu mamy zapchany strych i garaż, pokoje jeszcze puste, bo czekają na ułożenie paneli. Choć w nowym domu przybywa kartonów, mam jednak wrażenie, że w starym niczego nie ubywa. Co wywiozę pełen samochód, to na to miejsce mam już kolejną partię. Skąd tego tyle? A jeszcze sukcesywnie część rzeczy oddaję. Nie chcę nawet myśleć o rozpakowywaniu. To potrwa przynajmniej do końca listopada jak nie dłużej.
        Kilka osób prosiło mnie o zdjęcia wnętrz ale te wstawię jak już będzie gotowe, albo przynajmniej jak będzie coś widać, bo teraz nic nie widać. Wszystko mamy zaczęte a nic nie skończone. Jestem zadowolona z pracy panów od wykończeniówki ale za nic nie mogę przyzwyczaić się do ich sposobu pracy. Tu zaczną, tam przejdą, gdzieś wrócą a jeszcze po drodze o coś zahaczą. Oczywiście ma to swoje uzasadnienie, bo jak trzeba poczekać aż coś przeschnie w łazience, to idą do przodu z inną robotą a potem wracają do łazienki, a w międzyczasie, robią jakieś drobne prace. Te mniejsze robótki zostawiają sobie na czas, gdy nie opłaca się zaczynać czegoś większego a za wcześnie by już jechać do domu. Gdy ich zapytać, to na wszystko mają odpowiedź i to bardzo logiczną, więc przyczepić nie ma się do czego, ale już by człowiek chciał, żeby coś było zrobione. Poprosiłam na przykład o ukończenie pralni, bo gdzieś część rzeczy musiałam składać. Panowie zrobili, pralnia zastawiona a teraz elektryk nie może się dostać do gniazdka, więc w sumie też nie jest skończona, bo coś jeszcze trzeba zrobić. I tak ze wszystkim. Mam nadzieję, że w te ostatnie dwa tygodnie będzie już więcej widać, że tylko będę odhaczać co mamy zrobione, ale wiem też, że jednocześnie będę zapisywać, drobnostki do skończenia za kilka tygodni, czyli po montażu drzwi, schodów, kuchni, kominka.
        Reasumując, pomalowane mamy prawie wszystko. W łazienkach został montaż. Ogrzewanie mamy na górze, dół dzisiaj kończą. Panele jutro układają na dole, góra zaczęta, ale na razie tylko dwa pokoje, reszta później. Kuchnię montują za tydzień. Pompa ciepła do wody już zamontowana, ale czekamy na wynik badania wody z sanepidu, więc stacja uzdatniania będzie za tydzień. Jest jeszcze kilka ważnych spraw do ogarnięcia, jak ogrzewanie, woda, a jednocześnie trzeba już wybierać lampy, karnisze i inne ozdobne duperelki, bez których dom to tylko cztery ściany. Teraz jest taki czas, że jednocześnie jeszcze muszę zajmować się sprawami budowlanymi, bo w przyszłym tygodniu kopiemy studnię chłonną i okazało się, że jedna rynna jest o 2 cm za krótka i muszę załatwić przedłużkę a za chwilę panowie pytają mnie, gdzie ma być półeczka pod prysznicem. A do tego w poniedziałek zmieniam nam wszystkim meldunek, bo mamy już nadany numer domu: 1 U. Gdzie ja znajdę „U”, chyba trzeba będzie zamawiać albo namalować na ścianie. Do tego czekają mnie jeszcze odbiory. I do tego wszystkiego szukam tapicera albo zręcznej krawcowej co uszyje pokrycie na nasze stare sofy. Są one w bardzo dobrym stanie, poza tym, że materiał jest paskudnie poplamiony. 6 lat użytkowania przez dwójkę chłopców, odcisnęło na nich bardzo widoczne piętno. Szkoda mi kupować nowego wypoczynku, bo wiem jak będzie wyglądał za kilka miesięcy. Chciałabym uszyć pokrowce na poduchy i stelaż. Obszycie poduszek to ponoć banał i jedna pani, to by się nawet tego podjęła, ale ze stelażem za dużo roboty, nie opłaca jej się. Bardzo dobra znajoma mojej mamy jest świetną krawcową ale mieszka kilkaset kilometrów stąd, a na odległość trochę ciężko szyć, zwłaszcza coś tak nietypowego.
        Pracy jest bardzo dużo, nie ma czasu na refleksję choć powoli dociera do nas, że za dwa tygodnie już nas tu nie będzie, że odwiedzając znajomych, będziemy mijać cudzy dom a nie nasz, że ten ogród już nie mój, choć patrząc przez okno stale sobie powtarzam, że przydałoby się jeszcze przyciąć trawę na miedzy za płotem, bo zagłusza borówki albo wyplewić chwasty z podjazdu, bo zimą łatwiej będzie odśnieżać. Tylko, że doba za krótka na to wszystko a przecież my już tu nie będziemy odśnieżać. Muszę zająć się tym, że w nowym domu nie mam jeszcze czego odśnieżać, bo nawet nie mam jeszcze podjazdu, ale bardzo chcę go mieć przed zimą. A czasu coraz mniej.

Szesnaście odcieni bieli

        Robimy jednak elewację. W akcie desperacji chciałam już przekładać ją na wiosnę, ale zadzwonił wykonawca, że specjalnie dla mnie poprzesuwał inne prace i głupio było mi rezygnować. Poza tym spędziłam już dwa tygodnie na myśleniu, rysowaniu, dopasowywaniu. Gdybym przeniosła pracę na wiosnę, to wszystko czekałoby mnie za pół roku od nowa. Poszłam za ciosem i zamówiłam tynk. Co prawda tylko po jednym wiaderku z każdego koloru na próbę ale jednak.
        Elewacja już się robi. Nie wiem jaka będzie. Niby patrzyłam jak kolory prezentują się na elewacji ale nie wiem jaki będzie efekt końcowy. Każdy powtarza, że to loteria. Co innego na wzorniku a co innego na ścianie. Generalnie większość znajomych powtarza, że miało być inaczej, że wybierali inny kolor, ale te wzorniki takie złudne…
        Nie wiem jaki sama osiągnę efekt. Czy to będzie wielkie wow, czy zaklnę pod nosem, że nie tak miało być, nie wiem. Panowie narysowali już ołówkiem wzory na elewacji, próbuję sobie to wszystko wyobrazić. Coś widzę ale im dłużej patrzę tym bardziej boli mnie głowa od myślenia. Śpieszę tylko wyjaśnić, że na elewacji pojawią się dwa kolory, które muszą być idealnie dobrane do stolarki oraz dachu. Dlatego tak długo je dobierałam. Oszczędzę wam opisów, które gamy kolorystyczne brałam pod uwagę i dlaczego oraz ile odcieni bieli naliczyłam i jak wmawiałam mężowi, że wcale nie widzi żółtego tylko śmietankową biel i czym ona się różni od zimnej bieli w odcieniu szarości i że zupełnie nie pasuje nam ten biały wpadający w zielony a ten o niebieskim odcieniu jest za zimny. Mąż spojrzał na sufit i stwierdził, że dla niego to jest biały a ja nie omieszkałam dodać, że to biel z odcieniem szarości, oczywiście za zimna dla nas.
Wyobraźcie sobie tylko miny panów ze składu budowlanego, gdy zgarnęłam im z biurek wszystkie wzorniki i ułożyłam sobie cztery zestawienia kolorystyczne, bo w zależności od odcienia bieli dobierałam inną szarość. A potem te zestawienia oglądałam w słońcu, w cieniu, przykładałam je do stolarki aż w końcu znalazłam swój typ.
        Ucieszona, że już wybrałam, pojechałam na budowę, a tam panowie pytają mnie, jak dokładnie namalowane mają być te boni. Wytłumaczyłam co i jak, a muszę dodać, że obmyślałam to przez kilka nocy. Dom ma dwa poziomy, bo garaż jest trochę niżej. Poza tym okna nie są rozmieszczone symetrycznie. Ich rozkład ustalałam pod kątem przydatności we wnętrzach a nie, żeby ładnie wyglądały na elewacji. Mówiłam wtedy, że kolorem się coś zatuszuje a co innego wyeksponuje. No i przyszedł ten czas, że trzeba dokładnie zaplanować, żeby ładnie było a to nie takie proste. Ściągnęłam nawet na budowę architekta. Przyjechał z żoną, która ponoć lepsza jest w projektowaniu elewacji. Pooglądali, posłuchali jakie mam oczekiwania i zaczęli przedstawiać mi tysiące możliwości, bo może drewno, ale tego jest już dużo na elewacji. Nadbitka pięknie się prezentuje i daje tyle ciepła, ale więcej drewna może ją być przesadą. To może kamień. Owszem, chciałam kamień, nawet bardzo, ale budżet się kończy a ten co mi się podoba to do tanich nie należy. Potem przelecieli przez różne struktury, faktury aż stwierdzili, że ten mój pomysł z boniowaniem, może być ok. No tylko jak je rozmieścić? Pomysłów mieli kilkanaście, słuchałam i kodowałam a jak wróciłam do domu to zgłupiałam od nadmiaru. Obudziłam się nad ranem z jakimś pomysłem i zaczęłam rysować. Podchwyciłam jedną z sugestii i zmodyfikowałam ją do swojego gustu. Co prawda, architekci delikatnie odradzali mi pewne rozwiązania, ale posłuchałam wewnętrznego głosu, który mówił, że będzie dobrze a teraz drżę jak faktycznie będzie :-)
        Za kilka dni wstawę zdjęcia elewacji i wtedy zrozumiecie dlaczego tak się z tym męczę. No chyba, że wyjdzie beznadziejnie, to nie wstawię :-)

No i co będzie z tym dachem

Szkielet dachu już mamy. Panowie zrobili go w trzy dni. Przyjeżdżali o szóstej rano i schodzili z budowy o osiemnastej. Robili sobie krótkie przerwy, ale widać było, że zgrana ekipa, każdy wiedział co ma robić i lecieli z robotą aż miło było patrzeć. Moja poprzednia ekipa po sąsiedzku robi dach i przez tydzień zrobili tyle ile nowi w dwa dni, czyli jest różnica. Teraz wchodzą murarze, aby dokończyć szczyty oraz postawić ścianki działowe a potem znowu niewiadoma, z powodu której nie mogę spać. Panowie zrobili więźbę, ale nie mają czasu na wykonanie pokrycia dachu. Są bardzo dobrzy i bardzo obłożeni pracą. A ułożenie dachówki i zrobienie obróbek blacharskich to ważna sprawa, liczy się jakość wykonania. Nie chcę tego zlecać byle komu. Płakałam chłopakom w rękaw, żeby znaleźli kilka dni na mój dach, ale nie dali mi jeszcze jednoznacznej odpowiedzi. Nie muszę chyba pisać jak bardzo się tym martwię.
Ale na razie kilka zdjęć całej więźby. Widać już daszek nad wejściem oraz zadaszenie tarasu, który tak jak się spodziewałam, będzie bardzo duży.
DSC_9687
DSC_9684DSC_9691
Poniżej  widok na poddasze, gdzie na środku stoją trzy wielkie słupy, o których architekt nie wspomniał.
DSC_9669

Because I’m happy…

Because I’m happy – śpiewają moi chłopcy w drodze do przedszkola – Clap along if you feel like a room without a roof – klaszcząc i śmiejąc się wysiadają z samochodu i biegną do szatni. To dobra reklama ich przedszkola. Ale dzisiaj mogę śpiewać razem z nimi, because I’m happy. Choć nie nie czuję się jak pokój bez dachu, ale czuję ogromne szczęście bo mój dom ma dach. No… na razie szkielet dachu, ale już coś się dzieje.
DSC_9651
A w zasadzie to od ostatniego wpisu wydarzyło się bardzo dużo i wszystko działo się bardzo szybko. Ledwo skończyłam wstawiać ostatni wpis o tym, że nie mogę się doczekać jutra kiedy wejdzie ekipa a zadzwonił telefon, że cieśle uwinęli się szybciej z poprzednią budową i właśnie są w drodze do mnie. Nie chcieli mnie budzić o świcie, ale czy mogłabym za kwadrans podjechać na parking bo właśnie zjeżdżają z obwodnicy i musiałabym pokazać im drogę. Czy mogłabym? Już lecę, tylko wcześniej wpadłam pod prysznic, obudziłam męża, że musi sam odstawić dzieci do przedszkola i poleciałam jak na skrzydłach z mokrą głową na budowę.
Godzinę później było już widać wstępny zarys dachu a dzisiaj panowie kończą z robotą. Tempo ekspresowe i wykonanie fachowe. Mój kierownik budowy sprawdzał i nie ma się do czego przyczepić. Trochę po drodze było przebojów, bo panowie sami nie zamawiali więźby, tylko weszli z robotą po kimś a to tak, jakby po kimś przejąć robienie obiadu, gdy zakupy już zrobione i zupa nastawiona. Mieli też do mnie milion pytań, co jest zmienione, co jak ma być robione, jak chcę mieć wykończony daszek, czy wolę mieć przesunięty trochę ten słup, bo teraz wychodzi w ościeżnicy drzwi. Jaki słup? Przecież na rzucie nie ma żadnego słupa i planuję przesunąć trochę działówki. Zerkam w projekt a tam owszem, na rzucie poddasza nie ma słupa i jak zapewniał architekt, mogę sobie jeździć z działówkami do woli. Ale na rzucie więźby słup już jest, a nawet trzy słupy. Tylko, że ten rysunek zbytnio mnie nie interesował. Dla mnie ważny był układ pomieszczeń, który ponoć mogłam dowolnie zaaranżować, ale okazało się, że mam tam jednak trzy elementy nośne. Telefon do architekta a on na to, żebym się nie martwiła, bo słup można schować w ścianę. Ciekawe tylko jak, jeśli ściana ma 12 cm a słup 20?
Koniec końców, czekała mnie znowu nieprzespana noc, ale znalazłam sposób ma schowanie słupa oraz zaaranżowanie dwóch pozostałych tak, że niby są celową ozdobą. Oprócz tego musiałam się nauczyć co to jętka, płatew czy zastrzał. Egzamin chyba zdałam, bo cieśle stwierdzili, że inwestorka zorientowana. Niestety chwilę potem, wykorzystując już swoją wiedzę, zorientowałam się, że daszek nad wejściem nie będzie wyglądał tak jak sobie wymyśliłam. Architekt na wizualizacji narysował mi tak jak chciałam, papier wszystko przyjmie, ale konstrukcja budynku już ma swoje wymogi i będzie inaczej. Też ładnie, ale trochę inaczej. Na szczęście niewiele osób o tym wie i nie dostrzega różnicy. Ja dostrzegam, ale teraz dla mnie najważniejsze jest, że ruszyła praca z dachem i jestem taka happy.

Planowanie i spadanie

        Kolejna nieprzespana noc inwestora. Jutro ma wejść nowa ekipa do dachu. Pierwotnie mieli wejść przedwczoraj ale uprzedzali, że może być dzień lub dwa opóźnienia. Są trzy. Ponoć nadrobią. Ale ja spać nie mogę jak myślę o sterczących jak  kikuty ścianach szczytowych i łysym domu bez dachu.
        Zgodnie z planem właśnie powinien elektryk rozprowadzać instalację a zaraz po nim mieli wchodzić tynkarze żeby mokrą robotę zrobić przed montażem okien drewnianych. Wszyscy się dziwili, że elektryka chcę wpuścić do otwartego domu i zewsząd słyszałam pomysły jakie zastosować zabezpieczenia, aby kabli nie pokradli. Niektóre były dość ciekawe, może z wyjątkiem spania na budowie albo zostawienia tam psa, bo nasze suczki pewnie schowałyby się pod paletę ze strachu. Mój plan był taki, aby zabić płytami okna, wstawić jakieś tanie drzwi i najprostszy alarm ale przy tym opóźnieniu to zastanawiam się czy w ogóle jest sens wpuszczać elektryka przed oknami, bo to raptem tydzień różnicy będzie a koszt płyt OSB też nie jest mały. Obudziłam się dzisiaj o trzeciej nad ranem z myślą, że mam tego dość, wakacje i tak zmarnowane, bo na budowie będę cały czas warowała. Chłopcy wyjadą na dwa tygodnie z babcią nad morze a poza tym zostaną nam tylko jakieś wypady weekendowe. Zamiast się szarpać z zabijaniem okien, lepiej zaczekać już na zamknięcie domu a w tym czasie wyjechać z dzieciakami na krótki urlop.
        Od razu jakoś tak mi lżej na sercu. Sama myśl o wypoczynku ładuje mi akumulatory. Co roku wyjeżdżamy gdzieś w czerwcu, bo człowiek taki spragniony podróży. Potem można lato spędzać w ogrodzie czy nawet w wyludnionym mieście, byleby przed sezonem wyskoczyć gdzieś na kilka dni. To chyba mi zostało z czasów szkolnych, gdy odliczało się dni do wakacji. Pamiętam próby do apelu na zakończenie roku, gdzie śpiewaliśmy o czekającym lecie, rzekach i lasach. Myślami wtedy byłam już u babci na wsi, bawiłam się z psem, chodziłam na jagody. Aż przychodził wytęskniony dzień i zaraz po odebraniu cenzurek wskakiwało się w samochód i w podróż.
        Kilka dni temu odbyłam krótką przejażdżkę z mężem i to chyba nastroiło mnie tak nostalgicznie. Wyjazd był co prawda całkowicie służbowy i bardzo szybki, bo musieliśmy zdążyć odebrać dzieci z przedszkola ale mijane krajobrazy bardzo mnie rozmarzyły. Potem jeszcze dostałam przypominającego smsa od wychowawczyni starszego syna, że w przyszłym tygodniu uroczyste pożegnanie roku, żeby upominki dla dzieci przygotować i już mi lato gości w głowie.
        Jednak zanim wyskoczymy nad morze, trzeba dopilnować tego dachu, bo jak opóźnienie się zwiększy to nawet kilku dni nie wyskrobię na wyjazd. No i znowu kłębowisko myśli, bo mają wejść jutro, ale prognozy pogody nie wyglądają optymistycznie. Mimo, że dzisiaj upał to zapowiadają burze i deszcze a to zmora cieśli. I jak tu cokolwiek planować? Najchętniej już bym pakowała walizkę ale lepiej nic dzieciom nie mówić, bo jak coś się znowu opóźni, to ich rozczarowanie mnie dobije.