Archiwa tagu: bezdomne zwierzęta

DSC_2179

Coś być musi za zakrętem

        Długi weekend czerwcowy spędzaliśmy u mojej szwagierki Elwiry, na jej sielskim ranczo w świętokrzyskich lasach. Wyjazd był bardzo spontaniczny, a bo to najpierw młodszy zagorączkował a potem starszy, ale ostatecznie dzieciaki nie dały się chorobom. Silne i zahartowane organizmy przepędziły wirusy i mogliśmy wyruszyć w podróż.
        Na ranczo jest cudownie. Elwira ma kawał ziemi nad rzeką Czarną. Jest pastwisko dla koni, kawałek lasu, DSC_2011przepiękne widoki, cisza i spokój. Dzieciaki oczywiście pół dnia spędzały w rzece. Mają takie ulubione miejsce, gdzie wody jest po kostki, a dno piaszczyste. Chłopcy bawili się statkami a ja stałam na straży, żeby im co któryś nie uciekł z nurtem rzeki. A przede wszystkim pilnowałam ich, bo rzeka choć płytka, może też być zdradliwa. Jak to rzeka, stale pracuje, żłobi dno. Tam gdzie rok temu była płycizna teraz jest po pas wody, a w innym miejscu zrobiła się piaszczysta plaża. Sama doświadczyłam zdradliwości rzeki, gdy szłam po piaszczystym równym dnie i nagle jedna noga zapadła mi się po udo. Niestety tak często dochodzi do zatonięć, gdy nagle pod kimś zapada się grunt.
        Dlatego cały czas czuwałam przy dzieciach,DSC_2087 które grzecznie bawiły się tylko w wyznaczonym miejscu. Potem dołączyły do nas psy. Elwira ma hodowlę bullterrierów a my przyjechaliśmy z naszymi dwiema przygarniętymi suczkami. W efekcie doliczyliśmy się siedmiu psów i ośmiu osób, a oprócz tego jeszcze dwie kobyłki pasły się nieopodal. Wesoło było ale i spokojnie, bo psy świetnie się dogadywały. Bullterriery to zrównoważone zwierzęta, nie należą do grupy ras agresywnych. Są silne, odważne i uparte ale też mądre. Psy Elwiry są bardzo dobrze wychowane. Bawiły się z dziećmi w wodzie. Bullterrierki Tośka i Alisa stale wyławiały z rzeki patyki, czasem wielkie gałęzie wynosiły na brzeg a potem układały  jeprzy stercie drewna do ogniska.
        Tak sobie siedziałam z chłopcami w rzece, upał lał się z nieba a my w chłodnej wodzie. Sama przyjemność, było sielsko. Aż przyszedł mąż i zaczął mnie namawiać na wyjazd do miasteczka po kilka drobiazgów. Myśl o zamianie chłodnej rzeki na rozgrzane auto a potem chodzenie po sklepach, zupełnie mi nie odpowiadała. Przekonywałam męża jak mogłam, żeby jechał sam, ale widziałam, że jemu też strasznie się nie chce i szuka kompana. W końcu dałam się namówić. Chłopcom połamała się łopata i trochę marudzili, że nie mają czym kopać, to mnie zmotywowało. Dzieci zostały z kuzynkami a my ruszyliśmy drogą przez las. Na skrzyżowaniu mąż skręcił w lewo choć według mnie powinien jechać prosto. Mówię, że źle jedzie a on, że tędy też dojedziemy. Ja na to, że okrężną drogą, szkoda czasu. A ten z niezadowoloną miną ale zawrócił. Ledwo wróciliśmy na prawidłową trasę, przejechaliśmy kilkaset metrów i widzimy, że coś biegnie poboczem.
 - A co to, mała sarenka – zdziwił się mąż
 - Wygląda jak charcik włoski, ale skąd tu charcik. Zatrzymaj się!
 - Zwariowałaś! Nie ruszaj żadnego psa. Pewnie poszedł sobie na spacer. Na pewno żaden bezdomny, nie zabieraj komuś psa.
 - Komu zabiorę? Tu nie ma żadnych domów, sam las.
Wyskoczyłam z samochodu i wtedy zobaczyłam, że to żaden charcik włoski a okropnie chudy szczeniak. Obraz nędzy i rozpaczy. Wyglądał jak myły, zagłodzony wilczek. Długie chude nogi a na nich szkielecik.
Z daleka zobaczyłam, że to sunia. Merdała delikatnie ogonkiem i czołgała się w moją stronę. Chciała podejść, ale bała się. Może ktoś ją wcześniej skrzywdził. Przykucnęłam i cierpliwie zaczekałam. Zaraz była w moich ramionach. Wtuliła głowę w szyję i tak pozostała. Mąż zamknął się od środka w samochodzie i tylko uchylił mi szybę.
- Nie wsiądziesz z tym psem do auta.
- No przecież jej tu nie zostawię, umiera z głodu.
- Nie chcę żadnego kolejnego przygarniętego kundla. Elwira też cię pogoni z tym psem.
- Znasz mnie. Nie zostawię jej tu na pewną śmierć. Odzyskała nadzieję i mam ją teraz wyrzucić?
- No dobrze, to zawieziemy ją do Dymin (schronisko pod Kielcami o bardzo złej sławie)
Mąż otworzył drzwi ale ostatecznie pojechaliśmy do miasteczka, znalazłam weterynarza, gdzie kupiłam środek na robaki, pchły i kleszcze. Weterynarz, starszy pan, skomentował tylko: „Je…ne skur..syny! Żeby tak psa zagłodzić.”
DSC_2064Nie wiem jaka jest historia małej suni. Najprawdopodobniej ktoś ją wyrzucił. Musiała się błąkać dłuższy czas bo taka była chuda. Miała też około 30 kleszczy, więc trochę czasu je zbierała. Jest oswojona, wie jak zachować się w domu, według mnie miała właściciela. Mogła się jeszcze zgubić, ale widząc jak się pilnuje człowieka, ciężko mi w to uwierzyć.
        Wróciliśmy na ranczo i wbrew zapowiedziom męża, Elwira nie przegoniła mnie z tym psem, tylko wspólnie myślałyśmy jak odseparować małą od hodowlanego szczeniaka. Trzeba pomóc psu w potrzebie ale niekoniecznie przy tym narażać inne zwierzaki. Szczeniak Elwiry miał jeszcze słabą odporność a o znalezionej suni niewiele wiedzieliśmy. Była tak słaba, że cały czas spała. Budziła się na jedzenie, siusiu i kupkę i znowu zasypiała.
        Mąż cały czas dogryzał mi mówiąc, że rano zawieziemy ją do schroniska, ale wiedziałam, że to jego takie przekomarzanie. GdyDSC_2071 przyszła dziewczynka z sąsiedztwa i mówiła, że przekona babcię do przygarnięcia jej, to wcale się nie cieszył, że mała sunia szybko znajdzie dom. Stwierdził, że trzeba to dokładnie sprawdzić, żeby nie było, że wnusia nalega na pieska, babcia weźmie na wakacje a we wrześniu pies zawiśnie na łańcuchu przy budzie. Okazało się, że babcia w ogóle nie chciała suczki, ostatecznie mogłaby zgodzić się na pieska, ale najlepiej to na nic.
Postanowiliśmy zabrać sunię ze sobą do Wrocławia, podleczyć ją i znaleźć nowy dom. Śmialiśmy się, że wyrównał się rachunek, bo na ranczo było osiem psów i osiem osób. A my wróciliśmy do domu z kolejnym czworonogiem, z czego nie bardzo ucieszyła się nasza kocica, bo została obszczekana przez małą sunię. Okazało się też, że Lea, bo tak została nazwana, jest bardzo pojętna. Szybko zrozumiała, że kot to nasz domownik i nie wolno jej ruszać. Teraz już śpią koło siebie. Muszę też przyznać, że nie spotkałam jeszcze psa o tak zrównoważonym charakterze. Lea jest łagodna dla ludzi i zwierząt ale nie bojaźliwa. Początkowo nieufna wobec obcych a dla swoich wylewna. Bardzo łagodna i cierpliwa do dzieci. Delikatna w zabawie. Nie w jej stylu są szaleńcze skoki, podgryzanie czy przewracanie. Uwielbia nosić w pysku różne rzeczy. Przynosi wszystkim buty. Najczęściej układa się pod stołem z głową na moim bucie. Na szczęście nie gryzie go, tylko służy jej za poduszkę. Albo zbiera rozrzucone po domu skarpetki dzieci i mości sobie z nich posłanie. W domu jest bardzo grzeczna, nie piszczy i nie niszczy niczego, gdy zostaje sama. Najdłużej zostawiliśmy ją na 4 godziny i przespała ten czas. To jeszcze szczeniak, ale wiele już umie. Wie, że należy załatwiać się na trawie. Nauczyła się już chodzić na smyczy, idzie ładnie, nie ciągnie. A puszczona luzem trzyma się blisko człowieka. Bardzo ładnie jeździ samochodem. U weterynarza zachowała stoicki spokój, leżała zrelaksowana podczas czyszczenia uszu. Jest dość pazerna na jedzenie, co zrozumiałe pamiętając jak była zagłodzona. Czasem próbuje skraść coś ze stołu, albo dzieciom, gdy są mniej uważne, ale skarcona, szybko rezygnuje ze swych planów. Wymaga jeszcze socjalizacji. Na pewno trzeba ją zabierać w różne miejsca i pokazywać świat, ale to tak spokojny i pojętny pies, że jestem pewna, że będzie cudownym psem rodzinnym. Może mieszkać w domu lub w mieszkaniu, na wsi lub w mieście, ale najważniejsze, żeby znalazła kochających ludzi, dla których będzie członkiem rodziny i nigdy już nie zagrozi jej tułaczka.
DSC_2179
DSC_2176
DSC_2172
        Jestem przekonana, że znalezienie jej było mi przeznaczone. Los pchał mnie, abym ujrzała ją za zakrętem. Jednak czuję też, że nie powinnam jej zatrzymywać. Nasze dwie sunie przyjęły ją przyjaźnie, choć są bardzo zazdrosne o nowego członka rodziny. Ale to tez nie o to chodzi. Jak znam swój los, jeszcze nie raz spotkam na drodze psa potrzebującego pomocy. Nie każdy jest wtedy skłonny zatrzymać się, zmienić swoje plany, poświęcić czas i pieniądze na bezdomnego psa. Musze też pamiętać, że mąż nie chce, abym stała się zbieraczką zwierząt. Zgodził się na dwa a kolejne mogą u nas przebywać tymczasowo do znalezienia docelowego domu. To bardzo rozsądne. Ktoś musi zdrowo myśleć, kiedy ja kieruję się emocjami.

Merdający wyrzut sumienia

        Kiedy byłam małą dziewczynką, pojechałam z rodzicami na wakacje do Grecji. Tylko nie był to taki wyjazd jak w obecnych czasach i Grecja była inna. Wówczas, czyli w latach osiemdziesiątych, przygotowania do wyjazdu trwały ponad rok. Jakikolwiek wyjazd był możliwy dzięki zdolnościom organizacyjnym mego ojca, który prowadził klub płetwonurków przy Straży Pożarnej. To nie był zwykły wyjazd wypoczynkowy ale przede wszystkim turystyczny i szkoleniowy.
        Po kilkudniowej podróży dojechaliśmy do Chalkidiki i spędziłam tam fantastyczne wakacje. Pierwsze dwa tygodnie wypoczywaliśmy na dzikiej plaży. Rozbiliśmy obór, każda rodzina miała swój namiot, panowie wykopali latrynę a myliśmy się w starym akwedukcie, tuż obok ruin teatru. Dla dzieci raj. Wracając z porannej kąpieli, zjadaliśmy owoce prosto z krzaka i to nie byle jakie owoce. Nie powiem jakie, bo wtedy nie znaliśmy ich nazw, w końcu u nas ich nie było, więc zgadujcie. Na obiad zawsze był makaron z czymś ze słoików. Wszystko przywieźliśmy ze sobą bo ceny sklepowe były dla nas nieosiągalne. Pamiętam jak z bratem podczas postoju na stacji benzynowej zobaczyliśmy tablicę z lodami. Pragnęliśmy ich, nigdy takich nie widzieliśmy. Lody na patyku? Dziwiliśmy się, przecież spadną. Staliśmy przyklejeni do lodówki i rodzice z bólem serca zgodzili się kupić nam po jednym lodzie. Tylko weź tu człowieku wybierz…
        Po dwutygodniowej labie na plaży, nurkowaniu i biesiadowaniu przyszła kolej na zwiedzanie. Byliśmy podzieleni na dwie grupy, pierwsza wróciła z wycieczki krajoznawczej i zwolniła nam busa. Oni zaczęli się byczyć a my ruszyliśmy w trasę. Miałam siedem lat więc nie zachwycałam się starożytnymi zabytkami, choć rozumiałam, że to coś ważnego, bo rodzice się przejmowali i zachwycali. Mnie zajmowały wałęsające się wszędzie psy. Było ich strasznie dużo. Na każdym parkingu, przy każdym wejściu do kolejnej atrakcji turystycznej. Pamiętam jak wyłam na parkingu przy autostradzie bo był tam skrajnie wychudzony pies i pożarł w locie jakieś ciastka, które oddałam mu bez cienia wahania. On tak na mnie patrzył… Byłam jego jedyną nadzieją. Mój kilkuletni rozum i serce kazały mi go zabrać ze sobą i otoczyć opieką. Mama tłumaczyła, że nie możemy, że granice, że nas nie przepuszczą a ja się upierałam, że go schowam, przykryję kocem, bo on tu zdechnie z głodu.
Może teraz to śmieszne, ale dla mnie to był dramat. Przeżyłam to strasznie. Choć większym dramatem było życie tych zwierząt.
        Od czasów wakacji w Grecji minęło sporo czasu ale takie sytuacje nadal się zdarzają. Osobiście unikam miejsc gdzie zwierzęta są źle traktowane, bo miałabym problem z powrotem do domu, ale inni podróżują i przezywają podobne dramaty.
        Para młodych ludzi odpoczywała w Gruzji w okolicach Batumii. Przybląkała się do nich sympatyczna suczka po przejściach. Tam psy nie są dobrze traktowane, to zwierzęta gorszego gatunku, potocznie uznawane za brudne i pełne zarazków. Okazali zwierzęciu uczucie a on im się odpłacił zaufaniem. Przez cały pobyt zacieśniała się więź pomiędzy młodymi ludźmi a bystrym psiakiem. Jednak przyszedł czas wyjazdu i zaczęło im się serce krajać tak jak mi, gdy musiałam wsiąść do auta i odjechać. Tylko ja nie mogłam nic zrobić, ale ci bystrzy ludzie opisali wszystko na FB. Chcą wrócić po psa, ale ktoś musi go złapać, przechować i trzeba załatwić niezbędne papiery. Sprawa jest w toku, facebook huczy on najnowszych wieści i ilości lajków.
 
       Osobiście lajkuję ich całym sercem. Rozumiem ich, gdyby był tylko cień możliwości, zabrałabym z parkingu wychudzonego psa, a tak nadal pozostaje on dla mnie wyrzutem sumienia czasów w jakich żyłam.
*zdjęcia z facebooka

Nora – kobieta po przejściach

        Chciałabym wam opowiedzieć pewną historię. To było trzy lata temu, kiedy mój starszy syn nie miał jeszcze dwóch lat a młodszy dopiero pół roku. Nie było lekko z takimi szkrabami ale jakoś leciało. Roboty zazwyczaj było dużo ale radości też mnóstwo. Pewnego upalnego lipcowego dnia bawiliśmy się w ogrodzie, gdy ujrzałam psa snującego się naszą ulicą. To była szczenna suka. Widać było, że karmi albo próbuje, bo była skrajnie wychudzona, prawie łysa, zostało jej tylko trochę sierści na grzbiecie. Miała blizny na pysku i potwornie smutne oczy. Cmoknęłam na nią i przystanęła. Moja bardzo przyjacielska suka podbiegła do niej ale przywitało ją warczenie i zjeżone resztki sierści. Moja Saba też jest psem po przejściach, żyła kiedyś dziko z watahą psów i lepiej odnajduje się w relacjach z czworonogami niż z ludźmi, dlatego szybko wiedziała jak się zachować po takim powitaniu i wycofała się. Ja też poczułam respekt przed bezdomną suką ale mimo wszystko przyniosłam jej wodę i kawałek kiełbasy. Wypiła wodę do dna i zwiała z kiełbasą. Chciałam iść za nią i szukać szczeniąt, bo zdawałam sobie sprawę z marności ich losu, jednak suka zwiała zanim zebrałam się z moimi dzieciakami. W nocy nie mogłam spać i myślałam jak pomóc szczeniętom, które zapewne dokonywały swego żywota w jakimś rowie. Tak skrajnie wychudzona suka nie miała szans wykarmić dzieci. Rano zapakowałam chłopców do samochodu, włączyłam dziecięcą muzykę i jeździłam po okolicy w poszukiwaniu suki i jej szczeniąt. Pytałam mieszkańców ale nikt nie widział bezdomnego psa. Poddałam się, nic więcej nie mogłam zrobić.
        Kilka dni później znowu naszą ulicą szła wychudzona suka. Nakarmiłam ją i napoiłam ale oczywiście, gdy tylko zorientowała się, że chcę ją śledzić, szybko zniknęła między krzakami. Odpuściłam, nie miałam szans znaleźć szczeniąt. Ale od tego czasu zaczęła pojawiać się regularnie. Zawsze, gdy parzyłam sobie drugą kawę, widziałam zbliżającą się sylwetkę biszkoptowego psa. Wynosiłam jej jakieś smakołyki ale nie mogę powiedzieć, aby była nachalna i zabiegała o uwagę. Raczej to ja czekałam na jej wizytę i chciałam ją ugościć. Nie była jak inne bezdomne psy, które idą za każdym kto na nich zwróci uwagę. Nie żebrała o jedzenie i nie zależało jej na czułościach. Pojawiała się jak cień, zjadała co jej przygotowałam i szła dalej. Mówiłam wtedy do siebie: pomogłabym ci, gdybyś tylko na to pozwoliła. Ale ona na każdy krok w jej stronę reagowała zjeżeniem kryzy i eksponowaniem starego, choć groźnego uzębienia. Szanowałam jej strach, myślałam sobie, że nic na siłę. Ale mijały kolejne miesiące i wiedziałam, że grozi to kolejnym dzikim miotem.
        W październiku sadziłam w ogródku cebulki krokusów. Tak bardzo podobają mi się kolorowe dywany na wiosnę. Chłopcy byli pod opieką babci, więc spokojnie zajęłam się pracami w ogrodzie. Wiedziałam, że suka lada chwila się pojawi, była niezawodna. Naszykowałam jej codzienną porcję i zajęłam się swoją pracą. Nawet nie zauważyłam, że nie domknęłam furtki. Chwilę potem pojawiła się i zamiast zajrzeć do miski, weszła na podwórko. Stała chwilę a ja zamarłam. Wcześniej nie była przyjazna a teraz byłam na kolanach a tuż obok stała ona i patrzyła. Ale widząc ten wzrok, nawet nie pomyślałam, że mogłaby mnie zaatakować, choć nie spodziewałam się tego co zrobiła. Podeszła do mnie i wtuliła łeb pod moje ramię. Przytuliłam ją a ona tak westchnęła, jakby z niej wszystko opadło. Mama z chłopcami stała wtedy w oknie i mówiła mi potem, że popłakała się widząc tą scenę. Ja nadal mam mokre oczy na wspomnienie tego zdarzenia.
        Ale nie mogę powiedzieć, że od tego momentu było łatwo. Bardzo chciałam jej pomóc, a ona robiła wszystko, aby to utrudnić. Załatwiłam z naszą przyjazną gminą zwrot kosztów za leczenie i sterylkę, umówiłam wizytę u weterynarza, zrobiłam jej w garażu legowisko, bo nie akceptowała mojej suki. W nocy wyła i piszczała, budziła dzieci. Chciała być z nami. Początki nie były lekkie, ale potem okazało się, że to domowy pies, który z pewnością miał kiedyś swoją rodzinę. Widziałam jak reagowała na moje dzieci. Chciała sie wszystkimi opiekować, choć różnie można było odczytywać jej opiekę. Pilnowała dzieci, chroniła swoje stado a przede wszystkim dbała o mnie co objawiało się atakami na moją sukę. Miałam nadzieję, że Nora, bo tak ją nazwałam, będzie z nami już na zawsze, ale ona była tak bardzo zazdrosna, na każdym kroku atakowała Sabę. Musiałam je izolować. W praktyce to było bardzo trudne bo obie kobietki zabiegały o moje względy i chciały być jak najbliżej.
        Zaczęłam szukać Norze nowego domu choć nie miałam wielkich nadziei. Starszy i zniszczony przez życie pies ma marne szanse w starciu ze słodkimi szczeniakami, których jest tak wiele do adopcji. Tak dużo bezdomnych i cudownych psów szuka bezskutecznie nowego domu. Często ich bezdomność wynika ze skrajnej głupoty ludzi. Tyle fantastycznych czworonogów nigdy nie ma szansy zaprezentować swojej osobowości tylko dlatego, że są stare i przez niektórych uznawane za brzydkie. Jakież było moje zdziwienie, gdy na ogłoszenie odpowiedziała aż jedna osoba. Faktycznie tylko jedna osoba zwróciła uwagę na tego niemłodego i średnio urodziwego psa. Ola, moja rówieśniczka, nie obojętna na los zwierząt, chciała pomóc jakiemuś. Wcześniej była wolontariuszką w schronisku więc doskonale wiedziała jaki jest los bezdomnych psów. Wówczas, gdy się poznałyśmy,  nie mogła pomagać w żadnej fundacji ani schronisku, ale chciała pomóc temu konkretnemu. Nie wiem co sprawiło, że zwróciła uwagę akurat na Norę, ale jestem jej niezmiernie wdzięczna, że ta sunia po przejściach, trafiła akurat do niej.
        Rozstanie nie było łatwe. Gdy zostawiałam Norę w dobrych rękach Oli, widziałam, że chciała wyjść razem ze mną. To mnie obdarzyła ogromnym zaufaniem. To ja byłam pierwszym człowiekiem, którego dopuściła do siebie po tych wszystkich przejściach. Gdy zostawiłam ją w nowym i bezpiecznym domu wiedziałam, że robię dobrze, ale widziałam strach Nory, że zostaje znowu porzucona. Na szczęście Ola potrafiła o nią zadbać. Obecnie Nora ma się świetnie i uwielbia swoją nową panią. Myślę, że o mnie już zapomniała, ale ja o niej nigdy nie zapomnę.
        Muszę przyznać, że pomaganie zwierzętom w potrzebie jest niesamowitym uczuciem. Niestety wiąże się to z dopuszczeniem do siebie tego całego zła jakie ludzie potrafią uczynić czworonogom. Z tym trzeba się oswoić, nauczyć się żyć z brutalnością człowieka i nie rozklejać przy byle okazji. A ludzie potrafią być podli, oj potrafią. Ale pomaganie zwierzętom to często obserwowanie takich przemian jakie opisałam. Gdzie zabiedzony, nieufny pies powoli się otwiera i obdarza ogromnym uczuciem swojego wybawiciela. Nie potrafię tego z niczym porównać. To niesamowite uczucie i cieszę się, że go doświadczyłam, że zapracowałam na wdzięczność psa.
P.S. Zdjęcia w lesie pochodzą już z dobrych czasów u Oli