Archiwa kategorii: zabawne historie

W chowanego ale zupełnie inaczej

Zaskoczył mnie dzisiaj mój pies. Wyszłam z nią na poranne siusiu do ogródka a ona nagle chowa się za krzew bukszpanu i stoi tam przyczajona. Mówię do niej nieco zirytowana, żeby robiła siku, bo zimno mi. Wyszłam w samej koszuli, kawa w domu czeka a pies coś wydziwia. Nie wyszła na wołanie, więc mówię jej, że wracam do domu a ona niech sobie tu siedzi. Gdy się odwróciłam do niej placami, wyskoczyła zza krzaka, doskoczyła do mnie i mnie popchnęła. Po czym zaczęła znowu uciekać i schowała się za inny krzak. Zorientowałam się, że ona bawi się ze mną w chowanego. Zupełnie tak samo jak wczoraj chłopcy. Biegała z nimi po ogrodzie, gdy jeden drugiemu chował się za bukszpanem. Dałam się wciągnąć w zabawę z psem. Ona się chowała, ja ją wołałam i zaglądałam w różne kąty a ona mimo to siedziała przyczajona. Dopiero, gdy odwracałam się do niej plecami, wyskakiwała i mnie szturchała. Ale zaskoczenie wzrosło do maksimum, gdy ja się chowałam a ona udawała, że mnie nie widzi i dawała się zaskoczyć. Kiedyś bawiłam się tak z kotem, ale pierwszy raz z psem. I to ona sama zainicjowała tą zabawę oraz pokazała mi reguły. Zwierzaki żyją w moim domu od zawsze a mimo to nadal mnie zaskakują.

Zgubne rymy

Człowiek to stary a głupi jest i niczego nie przewiduje. Młodszy syn ostatnio z upodobaniem wyśpiewuje szanty i dopytuje kiedy znowu pojedziemy nad morze. Normalnie jakiś kapitan rośnie. Starszy natomiast ma fazę na robienie wszystkiego dokładnie odwrotnie jak młodszy. Nerwów przy tym sporo, bo starszy z szelmowskim uśmiechem droczy się z bratem a trzylatek nie łapie jeszcze, że jest źródłem zabawy i wszystko na poważnie bierze. Ale w jednym chłopcy okazali się zgodni.
Młodszy stale śpiewał refren :
O ho ho, przechyły i przechyły
O ho ho, za falą fala mnie – ale fala
Trzymajcie się dziewczyny – za liny
Starszy, aby go zezłościć też zaczął śpiewać ale zmienił tekst na „trzymajcie się chłopaki” i zamilkł bo zabrakło mu rymu. Na co matka wariatka zamiast się ugryźć w język, wyszeptała pod nosem to co idealnie pasowało: za siuraki. Standardowo w takim przypadkach, dziecięce gumowe ucho wychwyciło zabawny tekst i możecie się domyślić co zgodnie dzieciaki wyśpiewują od rana.
Nie dość, że już przy śniadaniu z kubkami w rękach śpiewają: „hej ha kolejkę nalej, hej ha kielichy wznieśmy” i nie wiem co na to powiedzą panie w przedszkolu, to jeszcze przyniosą z domu gorszącą piosenkę. To już jak nic na dywaniku u dyrekcji wyląduję :-)

Wspomnienie bałwana

        Żar się z nieba leje, człowiekowi nic się nie chce ale jakieś minimum trzeba wykonać. Wstałam dzisiaj nad ranem i nie mogłam już zasnąć. Uznałam, że lepiej będzie wykorzystać ten czas na nadrobienie prac w ogrodzie, bo chwasty urlopu nie mają i rosną jak szalone. Niestety komary również się nie wczasują i gdy tylko mnie wyczuły, takie się aktywne zrobiły, że zmykałam do domu. Człowiek marzy o domku z ogrodem a potem mu tylko pielenie zostaje i walka z komarami. A jeszcze do tego większy metraż do sprzątania, więc ostatecznie wykorzystałam czas na ogarniecie domu. Uznałam, że pomysł z porannym wstawaniem nie jest głupi i może warto wzorem południowców jakąś sjestę wprowadzić i przeorganizować sobie dobę na czas upałów.
        Szykowałam w pośpiechu obiad, aby uwinąć się jeszcze przed największą duchotą i wynieść z nagrzanej kuchni. W garnku pyrkały już warzywa na leczo. To moja ulubiona letnia potrawa, bo potem wystarczy tylko podgrzać i mam z głowy obiad na dwa dni. Gdy tak się śpieszyłam, młodszy stale miał do mnie jakieś sprawy. A to pokazywał mi zabawki, prosił o pomoc w układaniu puzzli aż w końcu otworzył szafkę, wygrzebał foremki i z entuzjazmem wykrzyknął: mamo, upieczmy ciasteczka! Westchnęłam, że to mało rozsądny pomysł, aby włączać piekarnik w taki upał. Ale syn niezrażony nadal wyszukiwał zajęcia dla matki, więc w końcu mówię:
- Dziecko kochane, daj mamie chwilę na dokończenie obiadu zanim się tu zupełnie roztopię. Zajmij się czymś, czymkolwiek, ale na chwilę się zajmij.
Na co mój trzylatek zupełnie poważnie:
- Chciałbym się zająć tatą ale jest w pracy więc muszę tobie zawracać głowę, wybacz.
Cóż za szczerość. I jak tu się złościć na takiego mądralę. Na szczęście poszedł na chwilę, po czym wrócił z pytaniem:
- A jak się roztopisz? Jak ten nasz bałwan na wiosnę?
Uśmiechnęłam się do siebie na wspomnienie zimy, taka była długa i śnieżna. Tak bardzo wszyscy czekaliśmy na cieplejsze dni a teraz najchętniej przytuliłabym się do takiego zimnego bałwana.

Dziecięce dialogi

Wystarczy tego moralizowania z ostatnich wpisów. Dzisiaj dla odprężenia kilka tekstów moich chłopaków.
Wracaliśmy z przedszkola i słyszę takie o to rozmowy dobiegające z tylnego siedzenia:
Starszy – Pawełek, dlaczego mi nie pomachałeś na korytarzu?
Młodszy – bo nie chciałem
S: Ale ja jestem twoim bratem, musisz mi machać. Wyszedłem na głupka przez ciebie. (zastanawiam się skąd u niego takie słowa)
M: Dobrze, będę machał.
S: No właśnie. A gdzie szliście?
M: Na spacer.
S: A gdzie?
M: yyyy, na trampolinę
Przysłuchuję się, bo nic nie słyszałam aby mieli gdzieś iść.
S: Ale gdzie? U nas nie ma trampoliny.
M: Byliśmy u takiego pana.
Robi się ciekawie. Ostatnio Pani starszego zabrała dzieci na spacer do swojego domu.
S: Jakiego? Jak się nazywa? – dopytuje starszy, również zaciekawiony
M: yyyyyy, jabuko (chodzi o jabłko a nie o jakieś japońskie imię ;-)  )
S: Nie ma takiego imienia, tak się nazywają owoce a nie ludzie!
M: yyyyyy, to pomidor (obok leżał koszyk z moimi zakupami)
S: No co ty! Nikt tak się nie nazywa, to warzywo, bujasz. A gdzie ta trampolina?
M: yyyy, koło warzywniaka.
S: Bujasz, bujasz, tam nie ma żadnej trampoliny!
I już kłótnia. Taki inspirujący był koszyk z moimi zakupami :-)
 
Kiedyś oglądaliśmy Ratatuj,  bajkę ze szczurem w roli głównej. Opowiadam chłopcom, że jak byłam mała, to miałam w domu szczura, też takiego szarego i nazywał się Feliks. Chłopcy się zaciekawili, ale młodszy na to:
- A ja jak byłem mały to też miałem szczura i nazywał się yyyyy (rozgląda się wokół i zerka na leżącego obok tatę) nazywał się tato.
- Tak, a jakiego był koloru?
- yyyyy – rozgląda się i zerka na swoją piżamę – był niebieski
- Co? Mamo a są niebieskie szczury – bulwersuje się starszy syn
- Nie widziałam nigdy niebieskiego szczura
- Ale ja miałem takiego jak byłem mały - denerwuje się młodszy
- Dalej jesteś mały i zmyślasz. Nie pamiętam żadnego szczura a jestem starszy – gorączkuje się starszy syn
Oczywiście kłótnia bo młodszy się upiera przy swojej wersji :lol:
.
.
Starszy bawi się klockami a młodszy mu się przygląda i pyta
Młodszy: Co to jest?
Starszy: Kombajn
M: Ale nie wygląda jak kombajn.
S: Ale ja tak udaję, że to kombajn.
M: Ale to nie kombajn! – gorączkuje się młodszy
S: Wiem, ale ja sobie tak wyobrażam. Nie wiesz co to wyobraźnia?!
M: Nie
Chwila ciszy. Młodszy obserwuje starszego.
M: Też chcę taki kombajn.
S: To zbuduj sobie, jest dużo klocków.
M: Ale nie umiem.
S: To spróbuj.
M: Ale nie umiem, pomóż mi!
S: Zaraz ci pomogę, jak się chwilę pobawię.
M: Ale ja chcę już! – gorączkuje się młodszy
S: Musisz poczekać. Trenuj swoją cierpliwość.
M: Ale jak mi zbudujesz to się razem pobawimy.
S: No dobra zbuduję.
 
Kilka dni temu wracając z przedszkola zrobiliśmy jeszcze zakupy. Trochę nam zeszło i zorientowałam się, że ledwo zdążymy na ulubioną bajkę chłopców. Wpadliśmy do domu, młodszy nie zdjął butów, tylko pognał do telewizora. Włączył i zaczął pstrykać pilotem. Wszedł w ustawienia, zmienił jakieś opcje i zablokował wszystko. Starszy jęczał mi nad uchem, że zaraz się bajka zaczyna a ja próbowałam wyjść do głównego menu. Atmosfera robi się coraz bardziej gorąca, chciałabym już obiad nastawiać a nie walczyć z pilotem. Syczę w końcu przez zęby:
- Co cię podkusiło? Kto cię prosił żebyś ruszał tego pilota?!
A młodszy ze stoickim spokojem i rozbrajającą szczerością:
- Nikt mnie nie prosił, sam chciałem.
Po takiej odpowiedzi opadły nerwy. A na telewizor pomogło ostateczne rozwiązanie, czyli wyłącz i włącz.

Bo męska rzecz być daleko…

W ogrodzie zakwitły fiołki a gdy wchodzi się do domu, to pachnie jak na Saskiej Kępie, tym szalonym, zielonym bzem. Wiedziałam , że to dobry pomysł aby blisko domu posadzić lilaka. Co prawda bujnie kwitnie tylko przez miesiąc, ale ten zapach jest obłędny i warto było przeznaczyć trochę miejsca dla niego.
W maju słucham co ranek piosenki „Jaki piękny świat” Alicji Majewskiej.
Nie potrzebny budzik nikomu,
gdy zatańczą na powiekach złote skry.
Zieleń w butach pcha się do domu.
Ptasi chór za oknem brzmi
Zabrałam płytę do samochodu, żeby sobie posłuchać zawożąc chłopców do przedszkola. Mój młodszy syn okazał się melomanem i bardzo spodobała mu się piosenka ”Jeszcze się tam żagiel bieli”. Ma to po mamusi, bo kto mnie zna to wie, że uwielbiam marynistyczne klimaty. Ja akurat mam to po tatusiu i mam nadzieję, że tylko to ;-)
Droga do przedszkola zajmuje nam jakieś pół piosenki, ale siedzimy do końca w samochodzie bo Paweł  mówi, że to piękne i musi posłuchać aż się skończy. A dzisiejszego popołudnia mój trzylatek poginał na rowerze po wsi i śpiewał na cały głos: „bo męska rzecz być daleko a kobieca wiernie czekać.” :lol:

Tatko, ciszej

Starszy syn wczoraj gorzej się czuł, trochę kaszlał i aby nie budził brata we wspólnym pokoju, wzięliśmy go do naszej sypialni. Mąż się z nim położył ale dla rozrywki włączył sobie meczyk. Jednak po chwili, jak to w jego zwyczaju, przysnął. Oczywiście znacznie prędzej niż synek i na dodatek zaczął chrapać :)

Po chwili Fifi go obudził:

- Taaatoo, tato ciszej, nie chrap tak, bo nic nie słyszę.

Syn skorzystał z okazji i przełączył sobie ma bajkę a tatko zagłuszał mu dialogi :lol:

Ale faktycznie mąż ostatnio jest głośniejszy podczas snu. Do chrapania to już się dawno przyzwyczaiłam i generalnie go nie słyszę. Jednak ostatnio regularnie budzę się w nocy i słyszę więcej niż kiedyś, na przykład sąsiadów ale to osobny temat. Młodszy syn już się odzwyczaił od wstawania trzy razy w ciągu spania. Do niedawna budził się o drugiej, czwartej i szóstej. Od kilku tygodni, po pracy tatki nad nim, budzi się dopiero około szóstej. Jednak mój organizm jeszcze się nie przestawił i budzę się regularnie co dwie godziny. Te pobudki byłyby zupełnie marnotrawne gdybym przy ich okazji nie usłyszała, że mąż ma objawy bezdechu. Normalnie nie reaguję na jego hałas i nauczyłam się słyszeć tylko wołanie dzieci. Ale tym razem wsłuchałam się w sen ukochanego i zaniepokoiło mnie to. Muszę poszperać jutro w necie, może poszukać jakiś badań. Każdego ranka mąż narzeka, że jest totalnie niewyspany a to ja a nie on czuwam przy dzieciach. Po pracy jest padnięty i nie może funkcjonować bez drzemki. Też lubię zrobić sobie siestę w ciągu dnia ale nie regularnie, tylko wtedy gdy mam gorszą noc. Mąż natomiast potrzebuje odpoczynku każdego dnia. Wydaje mi się, że to kwetia słabego snu w nocy. Ponoć to dość poważny problem, a stale bagatelizowany.

A dzisiaj młodszy syn zadbał o moją nocną rozrywkę i o szóstej zaczął domagać się pieczenie ciasteczek. Był rześki i gotowy do pracy, jednak udało mi się go przekonać aby jeszcze chwilę pospał. A godzinę później płakał na widok soczystej zieleni trawy, bo przyśniło mu się, że spadł śnieg i piekł ciasteczka imbirowe. A najbardziej cieszył się na myśl o mikołajkowych prezentach. Przy obecnych szaleństwach pogody, nie wykluczam śniegu w maju, jednak przekonałam syna, że lada chwila będzie Dzień Dziecka i też dostanie masę prezentów. A kilka dni pożniej pojedzieny nad morze więc lepiej niech ten śnieg nie pruszy ;-)

Osiołkowi w żłoby dano…

Ale miałam dzisiaj pecha. Niby nic wielkiego ale konsekwencje męczące.

Wzięłam się dzisiaj za mycie okna tarasowego, które chłopcy, pies i kot potrafią ufajdać w ciągu kilku dni. Nie mogę patrzeć na te plamy więc co tydzień przecieram szyby. Dzisiaj była śliczna pogoda, wskoczyłam w kusą spódniczę, żeby przy okazji opalać nogi. A w tej spódniczce kieszonki płyciutkie i przy pierwszym skłonie telefon siup do miski z wodą. Nastąpiła szybka akcja reanimacyjna ale dupa blada, po telefonie.

Pierwszy problem, to było zorganizowanie czegoś zastępczego na czas załatwienia nowego. Znalazłam jakieś stare coś, przez co mogę rozmawiać, ale obsługa sprawia mi ogromne problemy. Wkurzam się, że to takie toporne, nie intuicyjne funkcje. A pamietam, jak wymieniałam ten sprzęt na nowszy model to wkurzałam się, że ten nowy taki wymyślny, że ma za dużo opcji a mi wystarczy tylko dzwonienie i pisanie smsów. Ale człowiek szybko się do luksusów przyzwyczaja i teraz malutki, czarno-biały wyświetlacz jest mało czytelny. Ale wytrzymam te kilka dni. Najzabawniejsze jest to, że moje dzieciaki momentalnie opanowały jego obsługę a ja potrzebuję chwili aby się przestawić.

Potem był szybki telefon do Biura Obsługi i wieczorkiem zaczęłam analizować maila z propozycjami nowych telefonów, smartfonów, iPhonów i tabletów. Dostałam listę kilkudziesięciu telefonów i teraz bądź tu człowieku mądry. Zaczęłam zatem czytać opinie o poszczególnych modelach. Bo skoro mam coś wybrac na dwa lata to niech to będzie takie super eksta najlepsze. Przy ilości telefonów i ich opcji, trudno czasem ocenić, który lepszy więc może warto poczytać jak się sprawują w życiu codziennym. Ale tu też dupa blada, bo tyle ile przeczytałam pozytywnych opinii i już myślałam, że mam swojego faworyta, to za chwilę tyle samo było wad i czytałam, że gubi zasięg i psuje się głośnik. No to moze jednak inny model. Znowu rewelacje, jaki to fajny i ile ma opcji, z których i tak pewnie nie będę korzystać, a za chwilę, że gubi zasięg i mu się wyświetlacz psuje.

Spędziłam właśnie dwie godzinki na studiowaniu różnych forów z opiniami i doszłam do wniosku, że wybieram najładniejszy. Każdy z modeli ma tyle samo zalet co wad i zawsze istnieje ryzyko, że trafi mi się wadliwy egzemplarz. Ale od tego jest gwarancja i jakoś damy radę. Szkoda mi trochę tych dwóch godzin, bo od razu mogłam wybrać najładniejszy i zamiast narzekać, że ma za małą pamięć ram to cieszyć się jego widokiem.

Wiem, wiem, ignorantka ze mnie, ale wolę już mieć ładny niż żadnego jak ten osiołek co nie mógł się zdecydować i pościł.

Tego misia

Byłam ostatnio z chłopcami w zoologicznym i trudno było im zrozumieć, że te wszystkie zabawki, to nie dla dzieci tylko dla kotów i psów. Ale chyba już mają początki zakupoholizmu, bo nie mogli wyjść ze sklepu bez jakiejś zabawki. Zgodziłam się po jednej dla psa i kota. Dla naszej wystraszonej suni wybrali jakiegoś szalenie piszczącego hot doga a dla kota malutką myszkę. Pies na dźwięk piszczałki nie chciał opuścić posłania, więc chłopcy uznali, że zabawka jest ich. Podejrzewałam, że tak samo będzie z myszką, bo nasza dziesięcioletnia kocica ostatnio uprawia tylko spanie na kaloryferze. Jednak myliłam się, dostała takiej werwy, że mieliśmy półgodzinne przedstawienie pełne popisów akrobatycznych. Chłopcy aż piszczeli z radości, na szczęście nie tak przeraźliwie jak ten nieszczęsny hot dog.
Pozostając nadal w tym temacie, przypomniała mi się historia, która miała miejsce kiedyś w sierpniu. Starszy miał wtedy niespełna trzy lata a młodszy półtora roku. Tuż po śniadaniu poszli do piaskownicy a ja zostałam w domu, aby co nieco ogarnąć, nastawić jakiś obiad i takie tam. Wiadomo o co chodzi. Zerkałam na nich co chwilę przez okno, widziałam, że bawią się grzecznie w piasku. Brama zamknięta, podwórko uprzątnięte, raczej nie powinno im nic zagrażać, ale czujność zawsze trzeba zachować. Za jakąś chwilę wpada do domu starszy i drze się:
- Mamo, mamo, chodź szybko. Mały ma miś.
- Co? Jak to miś? – dopytuję w biegu
- No miś. Ma w ręce miś.
- Kochanie, nie mówi się, że ma w ręce miś, tylko: ma misia.
- No ale mamo, on tą miś yyyyy tego misia znalazł na trawie.
- Co? Misia na trawie?
- Tak od kota ma tego misia – wyjaśnia syn a mi zaczyna świtać o co może chodzić.
Wychodzimy na taras i nie mam już wątpliwości. Młodszy syn trzyma w rączce zabitą mysz polną. Wstrząsnęły mną dreszcze, otrzepałam się i krzyczę:
- Rzuć to, rzuć. To jest be. Rzuć, proszę. Be.
Ale mały nie słucha, ogląda myszkę z każdej strony, ciągnie za łapkę, ogonek. Podstawia mi rączkę z myszką pod nos i chwali się znaleziskiem. Mną znowu wstrząsnęły dreszcze a mały się ze mnie śmieje.  Spędzamy tak dłuższą chwilę, namawiam go na wszelkie sposoby, aby odłożył nową „zabawkę” i w końcu ulega. Wyrzucam mysz za płot i biegniemy myć a raczej szorować ręce. Synek był zdegustowany postawą matki. Wyrzuciła mu taką fajną zabawkę. Dlatego nie mam się co dziwić, że niespełna dwa lata później wybrał sobie w zoologicznym do zabawy małą myszkę ;-)
 

Śpiąca królewna

Miałam dzisiaj taki piękny sen. Śniła mi sie wiosna. Chodziłam po kwiecistej łące i tak pięknie pachniało kwiatami i ziołami. Rozmarzyłam się w tym śnie, gdy nagle młodszy synek mnie budzi. No tak, sobota. Bo oczywiście mama nie może w weekend pospać dłużej. W tygodniu nie można ich zwlec z łóżek i zazwyczaj w ostatniej chwili wpadamy do przedszkola, a w wolny dzień zamiast spać, to się zrywają o świcie. Młodszy już się trochę sam pobawił i przyszedł po mamę, żeby z nim zeszła na dół gdzie więcej zabawek. Zabrałam ze sobą poduszkę i kołdrę licząc jeszcze na odrobinę snu. O dziwo mały zajął się klockami a ja mogłam jeszcze poleżeć na kanapie. I faktycznie przysnęłam troszkę ale po jakiejś chwili czuję jak syn głaszcze mnie po twarzy. Otwieram oczy a on z rozczulenie się we mnie wpatruje. Czuję, że mam coś na głowie. Zrobił mi z klocków koronę i powiedział, że jestem śpiącą królewną :-D

Zaradne chłopaki

Kupiliśmy ostatnio chłopcom nowe odjazdowe końcówki do szczoteczki elektrycznej. Poszedł starszy się myć, my czekamy w sypialni, słychać jak włączył szczoteczkę i od razu wyłączył. Mąż do niego zajrzał:
– Nie za krótko myłeś? – spytał
– To jest taka szybka szczoteczka, że wystarczy.
– Ale musisz choć przejechać po zębach a nie tylko włączyć i wyłączyć – zaczął tłumaczyć mąż.
Zrobił krótkie szkolenie. Przyszła kolej na trzylatka. Uczymy samodzielności więc sam rządzi w łazience. Czekamy i czekamy, myje te zęby i myje. Mąż dumny ale po chwili patrzymy na siebie z niedowierzaniem, coś nie tak, za długo. Wchodzimy do łazienki, a jakże, bateria wypucowana, zabrał się już za umywalkę. Dobrze, że nie zaczął od kibelka – dodał mąż