Archiwa kategorii: styl życia

DSC_2179

Coś być musi za zakrętem

        Długi weekend czerwcowy spędzaliśmy u mojej szwagierki Elwiry, na jej sielskim ranczo w świętokrzyskich lasach. Wyjazd był bardzo spontaniczny, a bo to najpierw młodszy zagorączkował a potem starszy, ale ostatecznie dzieciaki nie dały się chorobom. Silne i zahartowane organizmy przepędziły wirusy i mogliśmy wyruszyć w podróż.
        Na ranczo jest cudownie. Elwira ma kawał ziemi nad rzeką Czarną. Jest pastwisko dla koni, kawałek lasu, DSC_2011przepiękne widoki, cisza i spokój. Dzieciaki oczywiście pół dnia spędzały w rzece. Mają takie ulubione miejsce, gdzie wody jest po kostki, a dno piaszczyste. Chłopcy bawili się statkami a ja stałam na straży, żeby im co któryś nie uciekł z nurtem rzeki. A przede wszystkim pilnowałam ich, bo rzeka choć płytka, może też być zdradliwa. Jak to rzeka, stale pracuje, żłobi dno. Tam gdzie rok temu była płycizna teraz jest po pas wody, a w innym miejscu zrobiła się piaszczysta plaża. Sama doświadczyłam zdradliwości rzeki, gdy szłam po piaszczystym równym dnie i nagle jedna noga zapadła mi się po udo. Niestety tak często dochodzi do zatonięć, gdy nagle pod kimś zapada się grunt.
        Dlatego cały czas czuwałam przy dzieciach,DSC_2087 które grzecznie bawiły się tylko w wyznaczonym miejscu. Potem dołączyły do nas psy. Elwira ma hodowlę bullterrierów a my przyjechaliśmy z naszymi dwiema przygarniętymi suczkami. W efekcie doliczyliśmy się siedmiu psów i ośmiu osób, a oprócz tego jeszcze dwie kobyłki pasły się nieopodal. Wesoło było ale i spokojnie, bo psy świetnie się dogadywały. Bullterriery to zrównoważone zwierzęta, nie należą do grupy ras agresywnych. Są silne, odważne i uparte ale też mądre. Psy Elwiry są bardzo dobrze wychowane. Bawiły się z dziećmi w wodzie. Bullterrierki Tośka i Alisa stale wyławiały z rzeki patyki, czasem wielkie gałęzie wynosiły na brzeg a potem układały  jeprzy stercie drewna do ogniska.
        Tak sobie siedziałam z chłopcami w rzece, upał lał się z nieba a my w chłodnej wodzie. Sama przyjemność, było sielsko. Aż przyszedł mąż i zaczął mnie namawiać na wyjazd do miasteczka po kilka drobiazgów. Myśl o zamianie chłodnej rzeki na rozgrzane auto a potem chodzenie po sklepach, zupełnie mi nie odpowiadała. Przekonywałam męża jak mogłam, żeby jechał sam, ale widziałam, że jemu też strasznie się nie chce i szuka kompana. W końcu dałam się namówić. Chłopcom połamała się łopata i trochę marudzili, że nie mają czym kopać, to mnie zmotywowało. Dzieci zostały z kuzynkami a my ruszyliśmy drogą przez las. Na skrzyżowaniu mąż skręcił w lewo choć według mnie powinien jechać prosto. Mówię, że źle jedzie a on, że tędy też dojedziemy. Ja na to, że okrężną drogą, szkoda czasu. A ten z niezadowoloną miną ale zawrócił. Ledwo wróciliśmy na prawidłową trasę, przejechaliśmy kilkaset metrów i widzimy, że coś biegnie poboczem.
 - A co to, mała sarenka – zdziwił się mąż
 - Wygląda jak charcik włoski, ale skąd tu charcik. Zatrzymaj się!
 - Zwariowałaś! Nie ruszaj żadnego psa. Pewnie poszedł sobie na spacer. Na pewno żaden bezdomny, nie zabieraj komuś psa.
 - Komu zabiorę? Tu nie ma żadnych domów, sam las.
Wyskoczyłam z samochodu i wtedy zobaczyłam, że to żaden charcik włoski a okropnie chudy szczeniak. Obraz nędzy i rozpaczy. Wyglądał jak myły, zagłodzony wilczek. Długie chude nogi a na nich szkielecik.
Z daleka zobaczyłam, że to sunia. Merdała delikatnie ogonkiem i czołgała się w moją stronę. Chciała podejść, ale bała się. Może ktoś ją wcześniej skrzywdził. Przykucnęłam i cierpliwie zaczekałam. Zaraz była w moich ramionach. Wtuliła głowę w szyję i tak pozostała. Mąż zamknął się od środka w samochodzie i tylko uchylił mi szybę.
- Nie wsiądziesz z tym psem do auta.
- No przecież jej tu nie zostawię, umiera z głodu.
- Nie chcę żadnego kolejnego przygarniętego kundla. Elwira też cię pogoni z tym psem.
- Znasz mnie. Nie zostawię jej tu na pewną śmierć. Odzyskała nadzieję i mam ją teraz wyrzucić?
- No dobrze, to zawieziemy ją do Dymin (schronisko pod Kielcami o bardzo złej sławie)
Mąż otworzył drzwi ale ostatecznie pojechaliśmy do miasteczka, znalazłam weterynarza, gdzie kupiłam środek na robaki, pchły i kleszcze. Weterynarz, starszy pan, skomentował tylko: „Je…ne skur..syny! Żeby tak psa zagłodzić.”
DSC_2064Nie wiem jaka jest historia małej suni. Najprawdopodobniej ktoś ją wyrzucił. Musiała się błąkać dłuższy czas bo taka była chuda. Miała też około 30 kleszczy, więc trochę czasu je zbierała. Jest oswojona, wie jak zachować się w domu, według mnie miała właściciela. Mogła się jeszcze zgubić, ale widząc jak się pilnuje człowieka, ciężko mi w to uwierzyć.
        Wróciliśmy na ranczo i wbrew zapowiedziom męża, Elwira nie przegoniła mnie z tym psem, tylko wspólnie myślałyśmy jak odseparować małą od hodowlanego szczeniaka. Trzeba pomóc psu w potrzebie ale niekoniecznie przy tym narażać inne zwierzaki. Szczeniak Elwiry miał jeszcze słabą odporność a o znalezionej suni niewiele wiedzieliśmy. Była tak słaba, że cały czas spała. Budziła się na jedzenie, siusiu i kupkę i znowu zasypiała.
        Mąż cały czas dogryzał mi mówiąc, że rano zawieziemy ją do schroniska, ale wiedziałam, że to jego takie przekomarzanie. GdyDSC_2071 przyszła dziewczynka z sąsiedztwa i mówiła, że przekona babcię do przygarnięcia jej, to wcale się nie cieszył, że mała sunia szybko znajdzie dom. Stwierdził, że trzeba to dokładnie sprawdzić, żeby nie było, że wnusia nalega na pieska, babcia weźmie na wakacje a we wrześniu pies zawiśnie na łańcuchu przy budzie. Okazało się, że babcia w ogóle nie chciała suczki, ostatecznie mogłaby zgodzić się na pieska, ale najlepiej to na nic.
Postanowiliśmy zabrać sunię ze sobą do Wrocławia, podleczyć ją i znaleźć nowy dom. Śmialiśmy się, że wyrównał się rachunek, bo na ranczo było osiem psów i osiem osób. A my wróciliśmy do domu z kolejnym czworonogiem, z czego nie bardzo ucieszyła się nasza kocica, bo została obszczekana przez małą sunię. Okazało się też, że Lea, bo tak została nazwana, jest bardzo pojętna. Szybko zrozumiała, że kot to nasz domownik i nie wolno jej ruszać. Teraz już śpią koło siebie. Muszę też przyznać, że nie spotkałam jeszcze psa o tak zrównoważonym charakterze. Lea jest łagodna dla ludzi i zwierząt ale nie bojaźliwa. Początkowo nieufna wobec obcych a dla swoich wylewna. Bardzo łagodna i cierpliwa do dzieci. Delikatna w zabawie. Nie w jej stylu są szaleńcze skoki, podgryzanie czy przewracanie. Uwielbia nosić w pysku różne rzeczy. Przynosi wszystkim buty. Najczęściej układa się pod stołem z głową na moim bucie. Na szczęście nie gryzie go, tylko służy jej za poduszkę. Albo zbiera rozrzucone po domu skarpetki dzieci i mości sobie z nich posłanie. W domu jest bardzo grzeczna, nie piszczy i nie niszczy niczego, gdy zostaje sama. Najdłużej zostawiliśmy ją na 4 godziny i przespała ten czas. To jeszcze szczeniak, ale wiele już umie. Wie, że należy załatwiać się na trawie. Nauczyła się już chodzić na smyczy, idzie ładnie, nie ciągnie. A puszczona luzem trzyma się blisko człowieka. Bardzo ładnie jeździ samochodem. U weterynarza zachowała stoicki spokój, leżała zrelaksowana podczas czyszczenia uszu. Jest dość pazerna na jedzenie, co zrozumiałe pamiętając jak była zagłodzona. Czasem próbuje skraść coś ze stołu, albo dzieciom, gdy są mniej uważne, ale skarcona, szybko rezygnuje ze swych planów. Wymaga jeszcze socjalizacji. Na pewno trzeba ją zabierać w różne miejsca i pokazywać świat, ale to tak spokojny i pojętny pies, że jestem pewna, że będzie cudownym psem rodzinnym. Może mieszkać w domu lub w mieszkaniu, na wsi lub w mieście, ale najważniejsze, żeby znalazła kochających ludzi, dla których będzie członkiem rodziny i nigdy już nie zagrozi jej tułaczka.
DSC_2179
DSC_2176
DSC_2172
        Jestem przekonana, że znalezienie jej było mi przeznaczone. Los pchał mnie, abym ujrzała ją za zakrętem. Jednak czuję też, że nie powinnam jej zatrzymywać. Nasze dwie sunie przyjęły ją przyjaźnie, choć są bardzo zazdrosne o nowego członka rodziny. Ale to tez nie o to chodzi. Jak znam swój los, jeszcze nie raz spotkam na drodze psa potrzebującego pomocy. Nie każdy jest wtedy skłonny zatrzymać się, zmienić swoje plany, poświęcić czas i pieniądze na bezdomnego psa. Musze też pamiętać, że mąż nie chce, abym stała się zbieraczką zwierząt. Zgodził się na dwa a kolejne mogą u nas przebywać tymczasowo do znalezienia docelowego domu. To bardzo rozsądne. Ktoś musi zdrowo myśleć, kiedy ja kieruję się emocjami.

Czyn społeczny

        Dom wybudowany, urządzony w całości, więc przyszła pora na ogród. Posprzątaliśmy już nasz pobudowlany ugór, przygotowaliśmy teren do dalszych prac. Termin u brukarzy mamy już zaklepany. Teraz jeszcze dopracowujemy szczegóły tarasów, ścieżek, oświetlenia, ogrodzenia. Wszystko na razie odbywa się na papierze ale lada tydzień ekipa wkroczy do ogrodu i będzie się działo. Czyli będzie tak jak lubię bo na razie zionie nudą.
        Wczorajsze przedpołudnie minęło nam bardzo leniwie. Dzieci wyciągnęły swoje maszyny rolnicze i uprawiały pole a my wygrzewaliśmy stęsknione słońca ciałka. W naszym ogrodzie nie mamy teraz co robić. Planowaną wcześniej wycieczkę w góry też przełożyliśmy, bo chłopcy po południu mieli iść na imprezę urodzinową do kolegi. Wybraliśmy się na przejażdżkę rowerową po okolicy a po obiedzie szukaliśmy jakiegoś pożytecznego zajęcia. No i znaleźliśmy. Skoro nie mieliśmy co robić w swoim ogrodzie, to ruszyliśmy z grabiami do pobliskiej rzeczki. Wyłowiliśmy śmieci, wygrabiliśmy brzegi, od razu zrobiło się ładniej. Przy okazji nazbieraliśmy chrustu i zrobiliśmy wielkie ognisko. Chłopcy byli zachwyceni.
        Wzbudziliśmy spore zdziwienie wśród sąsiadów. Żartowali, że szykujemy sobie kąpielisko. Prawda jest taka, że jak człowiek przez lata jest przyzwyczajony, że co sobotę coś tam w swoim ogrodzie grzebie to nagle taka bezczynność go męczy.  Po prostu brakowało nam tej ogródkowej aktywności fizycznej, do której przyzwyczailiśmy się mieszkając w starym domu. Człowiek jak musi pracować, to często narzeka, że to męczące, że musi czas poświęcić. Dlatego nasz czyn społeczny wzbudził takie zdziwienie. Ale nam sprawił dużą przyjemność. Poruszaliśmy się a najważniejsze, że mamy ładny widok z okna i satysfakcję z dobrej roboty.
        Gdy mieszkaliśmy w bloku we Wrocławiu, kilka razy w roku ruszałam z wielkim workiem na skwerek przed balkonami i sprzątałam śmieci. Inni mieszkańcy patrzyli na mnie z okien jak na jakieś dziwadło. Nikt się nie przyłączył a ja nie miałam ochoty na nagabywanie i namawianie sąsiadów na wspólne sprzątanie. Sama nie byłam tym zmęczona, pół godzinki roboty i od razu miałam uśmiech na twarzy patrząc na ładny teren. Nie lubię narzekania, że brzydko, że naśmiecone, że miasto/gmina/urzędnicy nic nie robią. Wolę sama zakasać rękawy i nie czekać tylko zmieniać rzeczywistość. Nie znoszę słuchania, że ktoś się powinien tym zająć i szczerze mówiąc zupełnie nie rozumiem, jak można w piękny dzień siedzieć na przykład przed telewizorem, pierdzieć w stołek i marudzić jak mu źle. Można się ruszyć, dotlenić, ładnie opalić a jednocześnie zrobić coś pożytecznego. Więc mieszkańcy bloków, nie macie co zazdrościć właścicielom domków jednorodzinnych, sami też możecie popracować w terenie i mieć z tego dużo radości.

Święta po naszemu

        Po internecie szaleją wpisy o istocie Świąt Wielkiej Nocy. Co rusz czytam gdzieś, że nie czyste okna są ważne a czyste serce. Że zapominamy co w tym Święcie jest najważniejsze, że hołdujemy świeckim zwyczajom zamiast oddać się refleksji nad sensem zbawienia. A za chwilę zalewa nas fala przepisów na sernik, pasztet, kaczkę oraz zdjęć ze wspólnego malowania pisanek, dekorowania domów albo plenerów, bo teraz modnie jest wyjechać gdzieś na Święta.
        Ale ja nie o tym chciałam. Niech każdy świętuje jak mu sumienie dyktuje. Niech każdy pisze co mu pasuje, ja też napiszę, a co mi tam. Ale żeby nie zamęczać nikogo lukrowanymi zdjęciami, opiszę moje święta z czasu, gdy jeszcze nie było cyfrówek ani komórek. Postaram się słowami oddać cały tamten klimat.
        Mój tato jest kapitanem, ale nie żeglugi wielkiej tylko śródlądowej. Wyjaśniam, że pływa po rzekach pchaczem, czyli takim statkiem co pcha przed sobą barki. Niestety coraz rzadziej widuje się je na naszych rzekach, dlatego wyjaśniam. Tato nie wozi towarów sypkich, czyli piasku, węgla, kruszywa, tylko ponadgabaryty, czyli takie konstrukcje co drogą się nie mieszczą, albo jeśli się mieszczą to musiałyby być specjalnie transportowane, na przykład nocą bo wymaga to zamknięcia dróg dla innych czy nawet demontażu niektórych elementów otoczenia drogi. No i wracając do sedna, to przez takie gabaryty, tato nie mógł przyjechać na Święta Wielkanocne do domu, bo miał umówiony odbiór ważnego i ogromnego silnika, na który już czekano w nadmorskim porcie. Płynął więc w górę rzeki po ładunek, ale serce mu zmiękło i puścił załogę do domów, do rodziny, za to wspaniałomyślnie ściągnął swoją rodzinę do pomocy. Brat ma potrzebne uprawnienia, mama potrafi gotować i sterować a ja zostałam turystką, która po latach wszystko wspaniale opisała. Ach, zapomniałam jeszcze o Bosmanie, przyjacielu mojego taty i najważniejszym członku załogi, przygarniętym, rudym kocie, który pływał barką.
        Gdy dotarliśmy nad rzekę, Bosman wybiegł nam na przywitanie. Zrobił wielkiego susa i z płynącego jeszcze pchacza, skoczył na ląd, by zaraz łasić się do naszych nóg. Wariat z niego był, a te jego skoki, przyprawiały nas o ciarki. Dla przejętych czytelników, dodam, że mimo tych szalonych ewolucji, nigdy nie doznał uszczerbku na ciele. Weszliśmy po chyboczącym się trapie na pokład i zaraz trzeba było brać się za robotę. Brat był potrzebny na pokładzie a my z mamą zabrałyśmy się za porządki, żeby kajutom nadać trochę domowego ciepełka i świątecznego klimatu. Potem pochłonęło nas pichcenie, przy którym  asystował nam Bosman i tak mijały przygotowania.
        W Wielką Sobotę obudził nas świergot ptaków, bo na noc zatrzymaliśmy się przy prześlicznym zagajniku w Parku Krajobrazowym Ujście Warty. Pogoda była wymarzona na spacer, więc z rana wybrałam sie na szybką przechadzkę z kotem. Potem musieliśmy już płynąć, bo bardzo ważny i ogromny silnik wciąż na nas czekał. Jednak nie zapomnieliśmy o zwyczajach wielkanocnych, mama przygotowała koszyczek ze święconką, tylko pojawił się problem kto i gdzie go poświęci. Wśród pomysłów, że może wodą z Warty, albo ranną rosą, mama przeforsowała tradycję i tato zaczął głowić się, gdzie będzie najbliższy kościółek. Kilka kilometrów dalej, nad rzeką była niewielka wieś, więc ruszyliśmy na poszukiwanie księdza. Wyskoczyłam niczym Bosman z pchacza na ląd i popędziłam do wsi, jednak szybko ostudzono moją radość, bo ksiądz już był, poświęcił pokarmy pod krzyżem i pojechał do kolejnych wsi. Wypytałam mieszkańców o trasę księdza i ruszyliśmy w pościg. W kolejnej wsi, znowu pudło, właśnie odjechał. W następnej to samo. Ale jest szansa, bo teraz będzie już święcił w kościele w większej wsi. Tylko, że drogi prowadzą prosto do wsi a rzeka wije się i wije, a pchacz to nie motorówka, do tego w górę rzeki płyniemy, więc zagryźliśmy wargi w niepewności, czy zdążymy.
        Zdążyliśmy, wpadłam do kościółka z uśmiechem od ucha do ucha. W szortach i zakurzonych sandałach, bo cały ranek biegałam po wiejskich drogach, wzbudzałam zainteresowanie mieszkańców. Dla wyjaśnienia rzuciłam tylko, że ja z barki, co dla mnie wiele tłumaczyło, ale mieszkańców jeszcze bardziej zaciekawiło. Potem już spacerkiem wróciłam na pchacza. Gdybym wówczas miała telefon, albo aparat, pewnie teraz wrzuciłabym kilka zdjęć wystylizowanego koszyczka na poboczu wiejskiej drogi, albo uroczego kościółka, albo moich umęczonych nóg opartych o poller, gdy już wróciłam na pchacza. Ale nie mam takich zdjęć, więc musicie sobie to wyobrazić. Powiem tylko, że było cudnie. Było po naszemu. I tego wszystkim życzę, obchodźcie święta po swojemu, jak wam serce dyktuje.

Sos jak pizza

Mój sos pomidorowy to zmiksowane leczo. W dużym garnku duszę paprykę, cukinię i cebulę z dodatkiem liścia laurowego i ziela angielskiego oraz oczywiście pieprz i sól do smaku. Gdy wszystko zmięknie i przegryzie się (zazwyczaj zostawiam na noc), to wyciągam ziele, listki i miksuję blenderem na gładką masę. W osobnym garnku duszę pomidorki (lima lub malinowe) w ilości dwa razy większej niż leczo. Pomidorki blenduję a potem przecieram przez sito. To jest najgorsza robota, ale ważna, bo delikatne podniebienia dzieci nie znoszą pestek czy kawałków skórek. Następnie wciskam czosnek, doprawiam oregano, bazylią, pieprzem i solą. Ma smakować jak pizza. Potem mieszam zawartość obu garnków, powstaje gęsty sos o smaku sosu do spaghetti czy pizzy, czyli to co dzieci lubią najbardziej. Wekuję a potem używam jako ketchup, sos do makaronu, zapiekanek, kaszy, a rozrzedzone jako zupa.
Polecam mamom wszystkich niejadków, co to twierdzą że cebula parzy a papryka gryzie. Dzieciaki zajadają sos pełen witamin i cieszą się, że smakuje jak pizza.

Zielone dzidziusie

W ogrodzie wiosna szaleje. Wyjątkowo wcześnie, wcześniej niż zwykle. Mam już za sobą przycinanie, nawożenie a także pielenie. Tego roku jednak łezka się w oku kręci, bo to ostatnia wiosna w tym ogrodzie. Dom sprzedany, jesienią się wyprowadzamy, na szczęście lato należy do nas i naszego ogrodu.

Znam każdą roślinkę, wiem co lubią, jak je przycinać, jak nawozić. Niektóre trzeba okrywać na zimę, inne są już zahartowane i mrozy im nie straszne. W tym roku pierwszy raz zakwitną hortensje ogrodowe, wcześniej niestety nie służył im mroźny wiatr. Azalie bardzo się rozrosły, wkraczają w przestrzeń różaneczników. Koty sąsiadów na szczęście nie połamały clematisów i tworzą one już piękną, zieloną ścianę a niedługo zakwitną różnymi kolorami.

Zupełnie nie szkoda mi domu. To tylko mury. Co prawda pełne miłych wspomnień ale pną się już w górę mury naszego nowego domu. Domu przemyślanego, zaprojektowanego specjalnie dla nas, spełniającego nasze różne potrzeby. Ale ogród to żywy organizm. Moimi roślinami będzie opiekował się ktoś inny. A jeśli nie będzie o nie dbał? A jeśli przyjadę odwiedzić sąsiadów i zobaczę swój ogród w tragicznym stanie, chorujące rośliny, cierpiące? Mam jednak nadzieję, że nowi właściciele nie pozwolą zginąć moim podopiecznym. W końcu zachwycił ich nie tylko dom, ale także wypielęgnowany ogród. Proponowałam przyszłej pani domu, że chętnie przekażę jej moją wiedzę i doświadczenie w pielęgnacji tego konkretnego ogrodu. Choć wątpię czy skorzysta, pewnie wybierze pomoc ogrodnika ale mam nadzieję, że doświadczonego, bo martwię się o te moje roślinki. A może sama trochę poczyta, poszpera w sieci, nabierze doświadczenia i będzie się opiekowała roślinami z taką miłością jak ja.

Na szczęście znalazłam sposób na otarcie łez za starym ogrodem. Kiedyś nauczyłam się jak z jednej rośliny, można pozyskać całą gromadkę nowych sadzonek. Przy okazji przycinania, gałązki można wykorzystać na przyszłe rośliny. To, co zasiliłoby kompostownik, można ukorzenić. Albo samosiejki, które normalnie powinny zostać wyplewione, bo w krótkim czasie mogą zagłuszyć rabatę, teraz z pietyzmem przesadzam do doniczek. W ten sposób od kilku lat pozyskuję nowe rośliny, którymi obsadziłam już każdy kąt obecnego ogrodu a wieloma sadzonkami podzieliłam się także z sąsiadami. Obecny ogród jest już tak zakrzewiony, że nie ma gdzie wcisnąć kolejnych roślin a nawet te co są trzeba trzymać w ryzach, aby się za bardzo nie rozrosły i nie zagłuszały mniej ekspansywnych gatunków. Jednak ogród żyje i rodzi, a to co urodzi, zbieram i dzięki temu mam już sporą grupkę „dzidziusiów”, które jesienią, niczym kolonizatorzy, zasilą mój nowy ogród. Bo tak to już jest, że coś się kończy ale co innego się zaczyna.

Pasta z ciecierzycy

Ponieważ już kilka osób pytało mnie o przepis na pastę z ciecierzycy, postanowiłam zamieścić go tutaj. Na początku dodam, że ciecierzyca jest bardzo dobrym źródłem białka, zawiera dużo cynku, fosforu i kwasu foliowego. Za względu na niewielką ilość tłuszczu, nie jest tucząca, może natomiast przyczyniać się do obniżenia poziomu cholesterolu.
Małą szklankę ciecierzycy należy zalać wodą w proporcji 1:1 i odstawić na noc. Rano dolać trochę wody (tak aby było dwa cm nad poziom ciecierzycy) i gotować na średnim ogniu 20- 30 minut. W zasadzie już taką ciecierzycę można odcedzić, posypać solą, papryką, lub innymi ziołami, skropić oliwą i jeść jako przekąskę jak orzeszki ziemne.
Natomiast żeby zrobić pastę należy ugotowaną ciecierzycę zblendować z suszonymi pomidorami z zalewy. Ja stosuję proporcję pół na pół, wtedy pasta jest bardzo aromatyczna. Wciskam jeszcze dwa ząbki czosnku i doprawiam solą i pieprzem, ale doprawianie zostawcie sobie na koniec, bo czasem nie trzeba wcale doprawiać, zależy jakie będziecie mieli pomidory. Jeśli pasta jest za sucha można dolać oleju lnianego lub oliwy. Pasta ma mieć gładką konsystencję i lekko rozsmarowywać się na chlebie. Ciecierzyca w zasadzie jest bazą do różnych past, można doprawiać na swój sposób. Moja mama ostatnio zaniosła do pracy słoiczek takiej pasty i wszyscy podkradali przepis. Teraz każdy raz w tygodniu przynosi pastę z ciecierzycy według nowego pomysłu. Ponoć bardzo dobra jest też z duszoną cebulką i czosnkiem. Moja sąsiadka natomiast z ciecierzycy robi bardzo dobry hummus:
Polecam.

Ja tego nie kupuję

        Każdy mówi dziś o Kamilu i nic dziwnego, bo jego wyczyn był genialny. Gratulujemy i cieszymy się ogromnie z olimpijskiego złota. A gdy tryskaliśmy radością i czekaliśmy na połączenie ze studiem ciekawi komentarza innego genialnego skoczka, na kolana powaliła nas ilość reklam. Mnie natomiast wyjątkowo mocno zastanowiła ich treść.
        Czy wiecie, że z całego bloku tylko jedna reklama dotyczyła piwa a wszystkie pozostałe zachwalały przeróżne specyfiki farmaceutyczne? Jakimż chorym społeczeństwem musimy być, skoro w najdroższym bloku reklamowym lekarstwa wygrały z alkoholem i przekąskami. Chyba już tak bardzo struliśmy się śmieciowym jedzeniem, że teraz potrzebujemy cudownie leczących specyfików.
        Z reklam dowiedziałam się, że w moim wieku powinnam odczuwać milion różnych dolegliwości od bólu głowy poprzez katar, zgagę po hemoroidy i nietrzymanie moczu. Każdy z nas cierpi na niedobór witamin a moje biedne dzieci na pewno mają osłabioną odporność i są okropnymi niejadkami. Ale proszę się nie martwić, od czego mamy cudowne pigułki, syropki i maści, które jak zachwalają koncerny farmaceutyczne, leczą przyczynę a nie skutki. W co drugiej reklamie podkreślano, że ten konkretny lek jest na bazie ziół i czerpie z natury to co najcenniejsze. Jest w 100% naturalny, bez chemicznych dodatków za to pełen witamin i dobroczynnych minerałów. Wszystko to ubrane w genialne spoty reklamowe, pełne troskliwych mam i żon, którym sen z powiek spędzają wredne bakterie i wirusy ale z pomocą przychodzi specjalista, budzący zaufanie lekarz lub farmaceuta i podaje nam nowy cudowny lek na wszystkie nasze bolączki. Po nim, niczym po dotknięciu czarodziejskiej różdżki znikną nasze kłopoty, dzieci będą zdrowe i radosne a mąż skończy marudzić i ucałuje nas w czoło w podzięce za uratowanie szczęścia rodzinnego. Trochę tą idylle psuje szybki komunikat na koniec, że każdy lek stosowany niewłaściwie może zagrażać życiu lub zdrowiu…
        Ale ja tego nie kupuję. I nie dlatego, że nie mamy problemów ze zdrowiem, bo miewamy. I nie dlatego też, że na mnie jako socjologu reklamy nie robią wrażenia, bo robią. Ale dociera do mnie połowa przekazu z reklam. Zgadzam się, że niezdrowy styl życia, zła dieta i brak ruchu powodują kłopotliwe dolegliwości, zgadzam sie też z tym, że natura daje nam to co najcenniejsze. Tylko ja akurat wolę czerpać z tej natury bezpośrednio a nie zamierzam nabijać kabzy koncernom farmaceutycznym. Skoro wiadomo, że czosnek ma genialne właściwości zdrowotne a określone zioła pomagają na różne dolegliwości, to wolę sięgać właśnie po nie a nie po specyfiki na ich bazie. Jeśli wiem w jakich produktach występują określone witaminy to wolę jeść pyszne owoce i warzywa niż łykać garść pigułek. I wiecie co, okazuje się, że coraz więcej ludzi ma podobne zdanie i szuka prawdziwej przyczyny swoich dolegliwości a nie leczy się cudownymi tabletkami rzekomo zwalczającymi powody dolegliwości a nie skutki. Coraz więcej ludzi uświadamia sobie, że śmieciowe jedzenie nas truje. Częściej czytamy etykiety, gotujemy na bazie zdrowych surowców a nie półproduktów, używamy ziół a nie kostek z glutaminianem sodu. Coraz więcej ludzi wie, że zdrowie zależy od zdrowego stylu życia a nie od leków najnowszej generacji i może dlatego koncerny są coraz bardziej agresywne w swoich reklamach i zalewają nas z każdej strony.

Rozstania i powroty

        Jak to zwykle mawia się o tej porze roku: święta, święta i po świętach. Dla niektórych to czas powrotów do domu ze świątecznych wyjazdów a dla nas przyszedł moment rozstania z Babcią, która po długim pobycie musiała wrócić do obowiązków zawodowych i stęsknionego kota. Starszy syn ucałował Babcie i poprosił, żeby za niedługo znowu przyjechała a młodszy uderzył w płacz i wył, że on nie chce, aby Babcia już jechała. Na nic tłumaczenia i obietnice, że za kilka dni znowu się spotkamy. Po policzkach lały się łzy jak grochy, broda drżała, wydawał z siebie tylko żałosne yyyyyy i wtulił się w mamę. W takich sytuacjach żadne odwracanie uwagi ani pocieszanie nie zdaje egzaminu, syn musi przeżyć swoją rozpacz i po kilku minutach dochodzi do siebie. Co prawda na wspomnienie rozstania znowu zanosi się płaczem ale z czasem coraz rzadziej. Oczywiście powitanie jest tak samo emocjonujące jak rozstanie, są piski i okrzyki radości. W jednej chwili chłopcy chcą wszystko pokazać Babci i o wszystkim opowiedzieć.
        Przypominam sobie jak kiedyś czekając na pociąg byłam świadkiem podobnego powitania. Na peronie stał mężczyzna z owczarkiem niemieckim. Pies duży i budzący respekt, ale ładnie wychowany, grzecznie siedział przy nodze swego pana. Nagle wtoczył się pociąg i zaczęli wysiadać pasażerowie. Pies natomiast zaczął głośno skomleć, zrobiło się zamieszanie, większość osób nerwowo sprawdzała co się dzieje, kto męczy psa. Ale widząc przyczynę skomlenia, uspokajali się i życzliwie uśmiechali. Wiele osób przystanęło i podziwiało scenę powitania psa ze swoją panią. Filigranowa kobieta ledwo trzymała się na nogach a szczęśliwy pupil starał się ją ucałować. Następnie zaczął wić się u jej stóp i piszczeć niczym mały szczeniaczek. Gdy opadły pierwsze psie emocje, kobieta przywitała się z mężczyzną i ruszyli w kierunku schodów. Pies szedł grzecznie przy nodze pani ale co chwilę zerkał na nią, wąchał jej płaszcza, jakby sprawdzał, czy to na pewno się dzieje, czy już koniec rozłąki. Szedł tak dumnie, z wysoko uniesioną głową i ogonem.
        Widok tego szczęśliwego psa był przepiękny i wzruszający. Każdy chyba chciałby być tak witanym, ale im dłużej stąpam po tym świecie to dochodzę do wniosku, że najradośniej witają małe dzieci i psy. Nie odmawiam innym prawa do czułych powitań, wiele z nich jest bardzo wzruszających, ale dzieci i psy tak bardzo uzewnętrzniają się ze swoim szczęściem, a do tego robią to tak naturalnie, że uwielbiam takie widoki. A wszystkim życzę tyle samo pożegnań co powitań.

Merdający wyrzut sumienia

        Kiedy byłam małą dziewczynką, pojechałam z rodzicami na wakacje do Grecji. Tylko nie był to taki wyjazd jak w obecnych czasach i Grecja była inna. Wówczas, czyli w latach osiemdziesiątych, przygotowania do wyjazdu trwały ponad rok. Jakikolwiek wyjazd był możliwy dzięki zdolnościom organizacyjnym mego ojca, który prowadził klub płetwonurków przy Straży Pożarnej. To nie był zwykły wyjazd wypoczynkowy ale przede wszystkim turystyczny i szkoleniowy.
        Po kilkudniowej podróży dojechaliśmy do Chalkidiki i spędziłam tam fantastyczne wakacje. Pierwsze dwa tygodnie wypoczywaliśmy na dzikiej plaży. Rozbiliśmy obór, każda rodzina miała swój namiot, panowie wykopali latrynę a myliśmy się w starym akwedukcie, tuż obok ruin teatru. Dla dzieci raj. Wracając z porannej kąpieli, zjadaliśmy owoce prosto z krzaka i to nie byle jakie owoce. Nie powiem jakie, bo wtedy nie znaliśmy ich nazw, w końcu u nas ich nie było, więc zgadujcie. Na obiad zawsze był makaron z czymś ze słoików. Wszystko przywieźliśmy ze sobą bo ceny sklepowe były dla nas nieosiągalne. Pamiętam jak z bratem podczas postoju na stacji benzynowej zobaczyliśmy tablicę z lodami. Pragnęliśmy ich, nigdy takich nie widzieliśmy. Lody na patyku? Dziwiliśmy się, przecież spadną. Staliśmy przyklejeni do lodówki i rodzice z bólem serca zgodzili się kupić nam po jednym lodzie. Tylko weź tu człowieku wybierz…
        Po dwutygodniowej labie na plaży, nurkowaniu i biesiadowaniu przyszła kolej na zwiedzanie. Byliśmy podzieleni na dwie grupy, pierwsza wróciła z wycieczki krajoznawczej i zwolniła nam busa. Oni zaczęli się byczyć a my ruszyliśmy w trasę. Miałam siedem lat więc nie zachwycałam się starożytnymi zabytkami, choć rozumiałam, że to coś ważnego, bo rodzice się przejmowali i zachwycali. Mnie zajmowały wałęsające się wszędzie psy. Było ich strasznie dużo. Na każdym parkingu, przy każdym wejściu do kolejnej atrakcji turystycznej. Pamiętam jak wyłam na parkingu przy autostradzie bo był tam skrajnie wychudzony pies i pożarł w locie jakieś ciastka, które oddałam mu bez cienia wahania. On tak na mnie patrzył… Byłam jego jedyną nadzieją. Mój kilkuletni rozum i serce kazały mi go zabrać ze sobą i otoczyć opieką. Mama tłumaczyła, że nie możemy, że granice, że nas nie przepuszczą a ja się upierałam, że go schowam, przykryję kocem, bo on tu zdechnie z głodu.
Może teraz to śmieszne, ale dla mnie to był dramat. Przeżyłam to strasznie. Choć większym dramatem było życie tych zwierząt.
        Od czasów wakacji w Grecji minęło sporo czasu ale takie sytuacje nadal się zdarzają. Osobiście unikam miejsc gdzie zwierzęta są źle traktowane, bo miałabym problem z powrotem do domu, ale inni podróżują i przezywają podobne dramaty.
        Para młodych ludzi odpoczywała w Gruzji w okolicach Batumii. Przybląkała się do nich sympatyczna suczka po przejściach. Tam psy nie są dobrze traktowane, to zwierzęta gorszego gatunku, potocznie uznawane za brudne i pełne zarazków. Okazali zwierzęciu uczucie a on im się odpłacił zaufaniem. Przez cały pobyt zacieśniała się więź pomiędzy młodymi ludźmi a bystrym psiakiem. Jednak przyszedł czas wyjazdu i zaczęło im się serce krajać tak jak mi, gdy musiałam wsiąść do auta i odjechać. Tylko ja nie mogłam nic zrobić, ale ci bystrzy ludzie opisali wszystko na FB. Chcą wrócić po psa, ale ktoś musi go złapać, przechować i trzeba załatwić niezbędne papiery. Sprawa jest w toku, facebook huczy on najnowszych wieści i ilości lajków.
 
       Osobiście lajkuję ich całym sercem. Rozumiem ich, gdyby był tylko cień możliwości, zabrałabym z parkingu wychudzonego psa, a tak nadal pozostaje on dla mnie wyrzutem sumienia czasów w jakich żyłam.
*zdjęcia z facebooka

Remanent na blogu i na ścianie

        Przyszedł grudzień i pora na zmianę stylistyki jesiennej na zimową. Pozostaję w końskim temacie bo to przepiękne zwierzęta. Ponadto moja zdolna imienniczka Milena jest autorką klimatycznego zdjęcia. Bohaterką nagłówka jest klacz Mysza, pierwszy koń mojej szwagierki Elwiry. Miałam okazję dosiadać tej silnej oraz odważnej kobyłki i muszę przyznać, że zdjęcie idealnie oddaje jej charakter.
Koń autorstwa gimnazjalistki Kasi   
     Temat koni pociągnę dalej ale w kontekście tego jakie mamy zdolne dziewczyny w rodzinie. Ostatnio Kasia, siostrzenica męża podarowała mi piękny rysunek konia. Dodam, że Kasia obecnie uczy się w gimnazjum plastycznym i poważnie myśli o rozwijaniu talentu. Ma jednak spory dylemat, jak pogodzić miłość do koni z poświęceniem jakie trzeba włożyć w doskonalenie warsztatu plastycznego. O tym ile pracy wymaga zbudowanie pozycji artysty wiedzą starsze siostry Kasi, które nadal są na swoim artystycznym dorobku. 
       Śledząc od kilku lat przebieg kariery Mileny i Joanny, wiedzę jak niewdzięczne jest życie artysty, który wkłada wiele pracy w swoje dzieła a one i tak przegrywają z masowymi reprodukcjami z sieciówek. Niestety ściany polskich domów najczęściej zdobią płaskie wydruki gdyż przyjęło się przekonanie, że oryginalne dzieła są drogie. Sama również kierując się takim stereotypem, swój dom ozdobiłam co prawda mało znanymi, bo długo wybierałam wyjątkowe prace, aczkolwiek nadal reprodukcjami.  Z czasem, odwiedzając artystyczną rodzinę, zaczęłam  dostrzegać różnice między wydrukiem a pracą na której widać kreskę artysty, ślady pędzla bądź kredki.
powyżej praca autorstwa Joanny
koń autorstwa Mileny
kot autorstwa Mileny
Sukcesywnie wymieniam w domu oprawione wydruki na oryginalne dzieła i muszę przyznać, że koszt tych drugich wcale nie jest dużo wyższy niż reprodukcji. I pomijam tu fakt, że kupując u rodziny dostaję atrakcyjną cenę, ale nawet pełna cena nie jest tak wysoka jakby nam się pierwotnie wydawało. Szczególnie, gdy porównamy ją z obrazami z sieciówek, gdzie można kupić wysokiej jakości wydruk na płótnie. Takie obrazy mają więcej głębi niż wydruk na papierze ale zawsze pozostają wydrukiem, wielokrotnie powtarzanym i spotykanym w różnych domach. Kupując pracę młodego artysty wyda się  podobną kwotę ale na naszej ścianie zawiśnie dzieło czyichś rąk, jedyne w swoim rodzaju. Obecnie dla mnie to zasadnicza różnica i trochę załuję, że wcześniej byłam taką ignorantką w tym temacie.
        Zbliżają się Święta, między innymi czas wzajemnego obdarowywania. Uważam, że prezenty własnej roboty najlepiej nadają się na takie okazje, bo to nie tylko dar ale też gest świadczący o zainteresowaniu obdarowaną osobą. Zrobienie czegoś tylko z myślą o bliskim nadaje darowi szczególnej miary. Jednak nie każdy a przynajmniej nie ja, jest utalentowany. Moje dzieła przypominają raczej prace przedszkolaków. Dlatego coraz częściej decyduję się na zamówienie wyjątkowej pracy u młodych artystów. Osobiście wybieram temat pracy, konsultuję go z wykonawcą i dobieram styl do upodobań obdarowanego. Dla przykładu, zamówiłam ostatnio u Mileny ręcznie malowane filiżanki. Zapewne znalazłabym w sklepie piękne filiżanki, które spodobałyby się mojej koleżance, ale te zamówione są jedyne w swoim rodzaju i zrobione specjalnie dla niej. Według mnie dlatego są lepsze niż ogólnie dostępne fabrycznie drukowane filiżanki.
        Wiem, że o gustach się nie dyskutuje i zapewne niekoniecznie każdemu spodobały się przykładowe prace zamieszczone na blogu. Jednak w naszym pięknym kraju żyje wiele utalentowanych ludzi, którzy każdego dnia borykają się z masowymi dekoracjami rodem z Chin czy Tajwanu, dlatego według mnie warto poszperać w sieci a nie tylko w sieciówce i znaleźć rodzimych i zdolnych artystów.