Archiwa kategorii: Społeczeństwo

Ależ miałam szczęście

        Opowiem Wam o mojej przedświątecznej przygodzie z prezentami. Brat poprosił mnie, żebym kupiła za niego prezent dla mamy, która jest właśnie w tracie remontu kuchni i będzie miała płytę indukcyjną a na niej nie działają jej stare garnki. Brat chciał podarować mamie komplet nowych, wiedział, że mama ucieszy się z takiego prezentu. Tylko, że brat pracuje za granicą, przyjeżdżał do nas w Wigilię, więc wysłał mi pieniądze i poprosił, żebym na miejscu coś wybrała, żeby nie wozić tych garnków a poza tym, pewnie wybiorę coś lepszego niż on, bo więcej gotuję i lepiej się znam.
        W połowie grudnia miałam już kupione i schowane prezenty ale wiecznie nie miałam czasu zapakować. Na dzień przed Wigilią przyjechała mama bo miałyśmy razem pichcić. Jednak szybko okazało się, że mam za mało garnków, bo ja też mam nową płytę i część garnków na niej nie działa. Mama martwiła się w czym nastawić kompot, gdy ja wpadłam na świetny pomysł i delikatnie rozpakowałam pudło z garnkami mamy.  Jak to dobrze, że nie zapakowałam ich już ozdobny papier, pomyślałam. Wydobyłam ten największy, pamiętając jak wszystko było ułożone. Gdy kompot przelejemy do dzbanków, garnek wróci na swoje miejsce. Mama ucieszyła się, że wynalazłam jeszcze jeden garnek, doceniła, że taki ładny i ma miarkę w środku i że też będzie sobie musiała takie kupić do nowej kuchni, po czym nagle klops, bo garnek nie działa. Ja zdziwiona, bo przecież dobre pół godziny wybierałam te garnki i dokładnie sprawdzałam czy do indukcji, więc o co teraz chodzi. Pobiegłam do pudła, sprawdzam a tam ani słowa, że to do indukcji. Wkurzyłam się na siebie, że ja taka roztargniona, powycierałam garnek, zapakowałam pięknie w folijkę, poukładałam tak jak było, odwróciłam uwagę mamy i za jej plecami przebiłam się z kartonem do garażu. Wróciłam jeszcze po torebkę, w której powinnam mieć paragon, ale mimo kilkukrotnego przetrząśnięcia jej zawartości, niczego nie znalazłam. Owszem, miałam pełno innych paragonów, na przykład z warzywniaka na buraki, ze spożywczaka na dorsza i śledzie, ale na garnki nie było. Ja, z moją manią zbierania paragonów, wyrzuciłam ten najważniejszy! Mąż by się uśmiał, bo to zawsze on wyrzuca paragony, dzięki czemu zostaliśmy po malowaniu z dwoma baniaczkami gruntu, bo nie ma jak zwrócić. Ale co tam grunt za kilkanaście złotych, garnki kosztowały kilkaset. Sytuacja, można by rzec beznadziejna, ale uznałam, że muszę spróbować, no bo po co mi komplet nie działających garnków. No i nie miałam prezentu dla mamy. I tak musiałam jechać kupić nowe, tylko najpierw trzeba było pozbyć się tych bezużytecznych i odzyskać niemałą kasę.
        Podeszłam uśmiechnięta do Serwisu Klienta, grzecznie się przywitałam i opowiadam jaka to ze mnie gapa, bo miały być do indukcji, bo mama ma remont i tak się ucieszy z nowych garnków, a właśnie wzięłam się za pakowanie i widzę, że to nie do indukcji i że chciałabym wymienić.
- Znaczy, chce pani zwrócić.
- No tak, oddać te i zaraz idę kupić drugie.
- Może pani oddać towar, proszę o paragon.
- Hmm, no sęk w tym, że wyrzuciłam go w przedświątecznym szale sprzątania.
- Paragon, jako dowód zakupu jest podstawą reklamacji – sprowadziła mnie na ziemię pani z serwisu
W tym momencie zrobiłam zrozpaczoną minę, bo faktycznie nie było mi do śmiechu, ale spytałam jeszcze czy na pewno nic nie da się zrobić, bo przecież zawsze przy kasie skanują kartę klienta, może tam jest historia moich zakupów, bo ja przecież jestem stałą klientką a te garnki to kupowałam wtedy i wtedy. A jak nie można wypłacić gotówki, to może jakiś bon bo ja przecież i tak zaraz idę na halę po nowe garnki, a w ogóle tyle lat już tu kupuję, przecież wiadomo, że to u nich zakupione. Wpadłam w słowotok, ale tak bardzo chciałam odzyskać choć część tego co bezsensownie wydałam. Pani wzięła moją kartę klienta, coś postukała na komputerze, wydrukowała kilka kartek i oznajmiła, że nie może zrobić wymiany, ale z tym dokumentem mam podejść do kasy zwrotów i tam mi wypłacą pieniądze a co ja z nimi zrobię to już moja sprawa. Patrzyłam na nią przez chwilę z niedowierzaniem, podziękowałam i pobiegłam do kasy, jakbym bała się, że pani zaraz się rozmyśli.
        Wróciłam z gotówką na halę, patrzę na regał z garnkami i już wiem skąd całe to zamieszanie. Owszem, wybrałam właściwe garnki. Pudełko, które oglądałam nadal stało na półce, tylko było otwarte i rozerwane a obok stały takie same pudełka, tylko nie aż tak rozbebeszone. Pamiętam, że pooglądałam garnki w tym otwartym pudełku, uznałam, że są dobre, ale skoro to na prezent to wzięłam to ładnie zapakowane nie zauważając, że na nim nie było napisu o przeznaczeniu do indukcji. Oba komplety garnków były w tej samej cenie, tak samo zapakowane, a różniły się jednym, małym napisem. Tym razem wzięłam to rozerwane pudełko, bo innych już do indukcji nie było. Oddałam przy kasie dokładnie to co dostałam w kasie zwrotów i podeszłąm jeszcze do Serwisu, bo w całym tym swoim przejęciu, zapomniałam złożyć miłej pani Wesołych Świąt.
Wróciłam do domu, gdzie zastałam mamę z bezradnie rozłożonymi rękami mówiącą
- No ja nie wiem jak przygotujemy tą Wigilię, mamy za mało garnków.
- Oj mamo, nawet nie wiesz jak to dobrze, że mamy za mało garnków – uśmiechnęłam się z ulgą i dodałam – zaraz coś wymyślimy. Mama nie rozumiała mojej radości. Z czego tu się cieszyć, pomyślała. Ale następnego dnia rozumiała już sens moich słów i dodała, że ja to jestem jak kot, zawsze spadam na cztery łapy.

Stronniczo o tym co na stronach gazet

        Zostałam ostatnio zapytana co sądzę o pismach dla kobiet a dokładnie, dlaczego prasa dla pań jest taka głupia a wydawcy mają płeć piękną za idiotki. Na tak postawioną sprawę muszę dokonać pewnego sprostowania. Prasa kobieca to bardzo szeroki rynek i trudno mówić o nim jak o całości. Kluczem w rozpatrywaniu tego tematu jest segmentacja rynku prasowego. Wydawcy określają profil czytelnika, do którego kierowane jest pismo. Tak jak kobiety różnią się od siebie tak i gazety są różne. Są pisma dla pań w różnym wieku, pochodzących z różnych miejscowości, o różnej sytuacji życiowej i odmiennych zainteresowaniach. Oprócz tego istnieje ogromna lista czasopism poradnikowych, po które chętnie sięga wiele kobiet. Dlatego oczywiste jest, że stojąc przed regałem prasowym nie każdą panią zainteresuje ta sama gazeta, bo choć leżą koło siebie to znacząco różnią się tematyką, stylem pisania oraz poradami. Ze względu na ogromną różnorodność, nie będę skupiała się na omawianiu poszczególnych segmentów ale napiszę o czymś co dla mnie, jako socjologa pracującego kilka lat w dziale kolportażu, jest interesujące.
        Jednym z zarzutów wobec gazet jest ich zawartość a przede wszystkim ogromna ilość reklam. Ale czy w obecnym świecie istnieje coś bez reklam? Należy zauważyć, że zdecydowana większość gazet znacząco potaniała. Cena pisma nie zawsze  wystarcza na pokrycie kosztów jego stworzenia, wydrukowania i dystrybucji, więc konieczne jest posiłkowanie się reklamami. Niestety kończy się to tym, że co druga strona to reklama, ale coś za coś, jeśli jednocześnie rynek wymaga coraz niższych cen.
Innym zarzutem wobec gazet jest to, że są ogłupiające. Mało tekstu, dużo zdjęć, sedno każdej kolumny napisane wytłuszczonym drukiem. Praktycznie czasem wystarczy przejrzeć gazetę, aby poznać jej treść. Tutaj również odesłałabym do segmentacji rynku, skoro gazeta nas nudzi to widocznie nie jest dla nas. Choć sama też czasem zastanawiam się nad tym czy to kobiety robią się coraz mniej wymagające czy wydawcy reagują na zmieniające się panie i dostosowują poziom do czytelniczek. I im dłużej nad tym myślę, to znajduję kolejne argumenty na poparcie obu tez ale także ich obalenie. Ostatecznie dochodzę do wniosku, że jest to pytanie retoryczne, podobne do tego co było pierwsze: jajko czy kura? Bo patrząc na to z innej strony, wydawcy badają zadowolenie swoich czytelników oraz ich oczekiwania, dostosowują pismo do potrzeb pań, które mimo wszystko nadal kupują te gazety, więc widocznie znajdują w nich to czego szukają.
        Pojawia się kolejna kwestia, czy panie kupują gazety tylko ze względu na ich treść? Wiele czytelników na pewno jest zainteresowanych artykułami ale sporo osób kupuje gazety spontanicznie, kierując się okładką oraz rodzajem dodatku. Kilkanaście lat temu zaczęło się od dołączania do gazet płyt DVD, które dzięki swoim małym rozmiarom były prezentem idealnym. Jeden z wydawców tym małym gestem rozpoczął swoisty jarmark, gdyż z czasem oczekiwania konsumentów rosły aż doszło do szaleństwa w postaci torebek, kalendarzy, książek, biżuterii, rajstop, kosmetyczek, kosmetyków, parasolek, klapek, apaszek, zegarków, latarek, lampek i nie wiem jeszcze czego. Taka spontaniczność zakupów jest zmorą dystrybutorów gazet oraz wydawców. Trudno mówić o prametrach sprzedażowych zwłaszcza, gdy okazuje się, że paniom nie spodobała się torebka w kolorze ecru i wszystkie wybierają tą khaki albo zamiast klapek w motylki wolą te w kawiatki. Doprawdy, słuchając uwag klientów jakie panie wolą kosmetyczki, odnosiłam wrażenie, że pracuję w supermarkecie a nie w prasie.
        Obecne gazety znacząco różnią się od tych sprzed kilkunastu lat i nie są to już czasy, że stoi się w kolejce do kiosku po Przyjaciółkę. W dobie wielotematycznej telewizji i internetu, prasa ma trudne zadanie, aby się obronić. Ale na szczęście się broni i szuka swojego miejsca choć poszczególni wydawcy robią to mniej lub bardziej udolnie. Moim zdaniem mimo szerzącego się free Wi-Fi, gazeta nadal przydaje się choćby w poczekalni, pociągu, autobusie, w kolejce u kosmetyczki czy fryzjera, ale także w domu przy kawie. Osobiście mam kilka ulubionych tytułów i będę im wierna mimo mojej miłości do internetu. Według mnie nie należy wybierać gazety po okładce, cenie czy rodzaju dodatku. Myślę, że przy ogromnej  ilości tytułów każda kobieta jest w stanie znaleźć dla siebie ciekawe pismo, czego wszystkim życzę.

Szczere podziękowania

        Przez kilkanaście minionych miesięcy moje dzieciaki bacznie przyglądały się budowie nowego przedszkola a w tym czasie chodziły do zespołu szkolno-przedszkolnego, w którym edukację pobierają dzieci od 2,5 roku do 19 lat. Maluszki miały osobne, malutkie skrzydło, gdzie mieściło się kilka niewielkich sal. Jednak nie narzekaliśmy zbyt głośno, bo przesympatyczne panie dbały o dobrą atmosferę. Nasza gmina rozrasta się, stale przybywa mieszkańców szukających spokoju w pobliżu wielkiego miasta. Nic dziwnego, często rozpisuję się na blogu o tym jak fantastycznie mieszka się na naszej wsi. Jednak wraz z rosnącą ilością mieszkańców, robiło się coraz ciaśniej dzieciom w szkole i brakowało miejsc dla przedszkolaków. Władze Gminy zdecydowały się na rozbudowę szkoły, budowę nowego budynku przedszkola a także na stworzenie pierwszego gminnego żłobka. Przez cały miniony rok szkolny chłopcy wracając z przedszkola obserwowali postępy prac na budowie. Ciekawiło ich to bardzo, zwłaszcza gdy pracował ciężki sprzęt. Następnie budynek nabrał już realnych kształtów, ekipa zajęła się wykończeniówką, chłopcy „zamawiali” określone sale, a dorośli spekulowali: zdążą czy nie zdążą.
        Pod koniec sierpnia dostałam maila, że otwarcie nowego budynku przedszkola zostało przełożone na 23 września, więc jeśli mogę zorganizować dzieciom opiekę to lepiej żeby zostały w domu. W ten sposób chłopcy niczym studenci, mieli przedłużone wakacje. Powiem szczerze, że te trzy tygodnie opóźnienia to pikuś przy wielkości inwestycji i ze zrozumieniem to przyjęliśmy. Nawet trochę niedowierzałam, gdy zostaliśmy zaproszeni na uroczyste otwarcie. Chłopcy też zaskoczeni dopytywali czy na pewno ich nowe przedszkole jest już całkowicie gotowe, czy już są zabawki i plac zabaw i gdzie będą ich sale. W drodze do przedszkola rozmawiali ze sobą podekscytowani. Wysiedliśmy na przestronnym parkingu przed nowym budynkiem, nareszcie skończyła się walka o miejsca parkingowe. Jednak zamiast wejść do nowego przedszkola, poszliśmy zgodnie z życzeniem przedszkolanek do starego budynku. Panie chciały przebrać dzieci w koszulki z logo przedszkola i uroczyście w grupach wkroczyć w nowe progi. Młodszy syn widząc, że mijamy nowy budynek stwierdził z poważną miną: „no wiedziałem, że tak będzie. Mówiłem, że nie będzie jeszcze gotowy”. Rozbawił nas tym ale potem niestety nie było wesoło, bo nie chciał zostać z dziećmi. Miał długą przerwę wakacyjną i nawet mimo tego, że stał w parze ze starszym bratem, to chlipał pod nosem. Bałam się o jego zachowanie podczas uroczystości, czy przypadkiem jak nas zobaczy na sali, to nie będzie chciał do nas biec. Siedziałam w napięciu razem z babcią, na coraz liczniej zapełniającej się sali. Zjawiły się władze gminy i ważne osobistości, bez zgody i podpisów których nie byłoby całego wydarzenia. Nagle wkroczyły maluchy, według mnie najważniejsi goście, bo to w końcu wszystko dla nich. Jakież było nasze zdziwienie, gdy mój wcześniej zapłakany syn maszerował raźno i śpiewał na cały głos: „nowe przedszkole! Mamy nowe przedszkole!” Starszy syn obdarzył nas szerokim uśmiechem a młodszy nawet nie zauważył mamy i babci bo śpiewał z takim zaangażowaniem.
Potem zaczęły się występy i musze przyznać, że panie przygotowały piękne przedstawienie a dzieciaki były rewelacyjne w odgrywaniu swoich ról. Tematem przewodnim było hasło: „wypłyńmy na ocean wiedzy” i całość przedstawienia utrzymano w duchu marynistycznym. Scenę ozdabiał statek z papieru a dzieci tańczyły w rytm szant. Oczywiście nie zabrakło „Morskich Opowieści”, ulubionej szanty moich chłopaków. Potem standardowo przemówienia i uroczyste przecięcie wstęgi. Wszystkie dzieci dostały w prezencie puzzle z wizerunkiem nowego przedszkola, a najmłodsi pluszaki i grzechotki i  w końcu mogliśmy ruszyć na zwiedzanie budynku.
        Powiem szczerze, że zarówno mi jak i mojej mamie zabrakło słów. Szeroki, kolorowy korytarz, bardzo duże sale (70m2), bogato wyposażone z osobną łazienką i zapleczem gospodarczym. Duża stołówka i własna kuchnia. Wszystko tak pięknie urządzone, przystosowane na potrzeby maluszków, przemyślane i zaplanowane, że człowiek sam chciałby cofnąć się w czasie i zasiąść na tych malutkich sofach. Zajrzałyśmy również do żłobka i miałyśmy łzy w oczach. Na pewno każdej mamie będzie dużo łatwej rozstać się z maluszkiem i wrócić do pracy mając świadomość, że zostawia je w doskonałych warunkach i pod opieką przemiłych pań. 
        Uroczyste otwarcie było faktycznie bardzo uroczyste, był suto zastawiony stół i bardzo dużo gości. Ale najważniejsze, że dzieci czuły się świetnie w nowym budynku. W trakcie przemów padło wiele podniosłych słów i bardzo dużo podziękowań. Wiem, że może zabrzmi to strasznie patetycznie, ale jestem niesamowicie wdzięczna władzom gminy, że przyjęły właśnie taki tor rozwoju naszego regionu. Moja mama nawet osobiście podziękowała Pani Wójt a moim podziękowaniem niech będzie ten wpis. W zeszłym roku cieszyłam się, że chłopcy w ogóle zostali przyjęci do przedszkola a w tym roku mają tak cudowne warunki. Przez najbliższe lata będzie trwała rozbudowa i remont szkoły. Mogą przez to zdarzyć się jakieś utrudnienia, ale skoro potem są takie efekty to zniesiemy wszystko. Jeszcze raz wszystkim, którzy przyczynili się do powstania tak pięknego nowego budynku, serdecznie i szczerze dziękuję.

Serdeczne ukłony

        Spędziłam ostatnio kilka tygodni poza domem. Byłam na wakacjach z dziećmi nad polskim morzem. Mieszkaliśmy u rodziny a nie w hotelu czy ośrodku wczasowym więc gotowaliśmy sobie sami, prałam, sprzątałam, pieliłam ogródek i ogólnie robiłam wszystko to co w domu, tylko zamiast na plac zabaw, chodziliśmy na plażę. Zakupy też robiłam stale w tych samych, kilku najbliższych miejscach.
        Pamiętam zabawną sytuację, gdy jechałam autobusem i przyglądała mi się jakaś dziewczyna. W końcu przy wysiadaniu ukłoniła mi się a ja odpowiedziałam, choć nie miałam pojęcia kim ona jest. Zagadka rozwikłała się następnego dnia, gdy poszłam z chłopcami do parku linowego gdzie owa dziewczyna była instruktorką. Dzieciaki często odwiedzały ten park stąd znaliśmy się z widzenia na tyle dobrze, aby się sobie ukłonić w autobusie.
Innym razem płynęłam z chłopcami promem. To taka nasza rozrywka zamiast spaceru po promenadzie. Dużo bardziej wolimy oglądanie portowego życia niż lansowanie się wśród tłumów. Czasem wsiadaliśmy na prom i pływaliśmy kilka razy oglądając opadające wrota oraz rozładunek i załadunek samochodów. Młodszy syn bacznie przyglądał sie pasażerom a potem w domu odgrywał scenki ze swoim zabawkowym promem i panią, która niestety nie zdążyła bo kapitan już podniósł wrota. „Och, jaka szkoda” – mruczał trzylatek pod nosem i z premedytacją zamykał jej wrota.
Kiedyś płynęła z nami dziewczyna o bardzo charakterystycznym głosie. Stała za mną i rozmawiała przez telefon. Ukradkiem jej się przyjrzałam i byłam pewna, że skądś ją znam, nie wiem skąd ale znam ten głos. W myślach przewertowałam wszystkich znajomych ze szkoły, studiów, z rodzinnego miasta oraz pracy. Nigdzie nie mogłam dopasować twarzy ale wiedziałam, że znam ten głos. A na domiar wszystkiego, dziewczyna ukłoniła mi się schodząc z promu. Czyli nie myliłam się, ona też mnie zna. Ale gdyby to była jakaś stara znajoma, to przecież zaczęłaby rozmowę a nie tylko skinęła głową – myślałam. Kilka dni później robiłam zakupy w pobliskim sklepie i nagle: eureka. To stąd znam ten głos, to jest kasjerka w moich ulubionych delikatesach. Przywitałam ją rozpromieniona jakbym spotkała dobrego znajomego sprzed lat. Dziewczyna zauważyła, że chyba dzieciaki bardzo lubią statki skoro pływamy tym promem w obie strony. Czyli też mnie poznała i pamięta nas. Od razu jakoś tak mi się cieplej na sercu zrobiło, że nie jestem tylko wczasowiczem, kolejnym, jednym z wielu, ale jestem tą panią z dwójką uroczych chłopców. Nie jestem anonimowa, ludzie mnie rozpoznają, dzięki czemu czuję się bardziej swojsko.
Pozostając w temacie kłaniania się, przypomina mi się sytuacja sprzed roku, gdy mój młodszy syn nauczył się mówić „dzień dobry”. Miał wówczas dwa lata i tłumaczyłam mu kiedy i komu mówi się „dzień dobry” a komu „cześć”. Niestety on uparcie kłaniał się wszystkim, nawet dzieciom, czym bardzo je dziwił. Jednak zaskakiwał również wielu dorosłych, gdyż biegł po plaży i zupełnie nieznanym ludziom mówił „dzień dobry”. Zazwyczaj większość siwogłowych wczasowiczów, spacerujących brzegiem morza, odpowiadało mu z poważnymi minami, po czym kiwali z zadumą nad tym jak ładnie wychowano to dziecko. Wyjątek stanowili oczywiście zagraniczni turyści, bo nie chciałam już mieszać mu w głowie innymi językami. Młody tak się rozochocił w mówieniu „dzień dobry”, że kłaniał się wszystkim na ulicy a także wczorajszemu panu, drzemiącemu na ławce w parku. Pan był na tyle wczorajszy, że nie odpowiedział za pierwszym razem, więc mój dwulatek przystanął i powtórzył głośno: dzień dobry.  Pan się nieco poruszył, usłyszał kolejne dzień dobry, więc usiadł na ławce i przyglądał się chwilę wesołemu dwulatkowi o blond czuprynie. Ogarnął się z grubsza, przeczesał ręką włosy, chrząknął i odpowiedział: dzień dobry. Syn obdarzył go szczerym uśmiechem dwulatka, pomachał i pobiegł dalej. Nie wiem co pomyślał sobie ów Pan, choć nie wglądał na zdenerwowanego, że ktoś narusza spokój jego kaca. Może mój syn ze swoją bezpośredniością sprawił mu radość albo wprawił w zadumę nad człowieczym losem.
        Dla wszystkich niezdecydowanych i niepewnych, przypominam, że zgodnie z przyjętymi zwyczajami, kłania się niższy rangą wyższemu. Czyli młodszy starszemu, pracownik przełożonemu, mężczyzna kobiecie, wchodzący obecnym, idący stojącym, pojedyncza osoba grupie. Takie są reguły, że zawsze ten niższy rangą temu wyższemu się kłania. Wyjątek od reguły stanowią sytuacje, gdy brak chętnego do pierwszego ukłonu. Wówczas pierwszy kłania się ten o wyższej kulturze osobistej ;-)

Jak się bawić to się bawić.

        Kilka lat temu spacerowaliśmy z mężem w pobliskim lesie. Choć las to może za dużo powiedziane, zagajnik tuż za domami, wzdłuż drogi gminnej. Była to niedziela, pora spacerów, bo tuż po mszy. My akurat niedziele wolimy spędzać na łonie natury, spacerując z naszymi czworonogami i w ten sposób celebrować ów dzień. W całej opowieści ważne jest to, że nie było to o świcie ani nawet przedpołudniem, bo my śpiochy jesteśmy a wtedy nie mieliśmy dzieci i mogliśmy dłużej poleżeć. Po późnym śniadaniu, dla niektórych mógłby to już być obiad, zabraliśmy nasze psy na spacer. Zatrzymaliśmy się przy samej drodze, nie wchodzimy głęboko w las, bo nie chcemy żeby psiaki zakłócały spokój leśnej zwierzyny. Szliśmy wzdłuż drogi, co jakiś czas było słychać przejeżdżający samochód. Rozmawialiśmy, psy biegały w pobliżu, nagle pobiegły w kierunku pola, tuż za zagajnikiem. Poszliśmy sprawdzić co je zaciekawiło i zorientowaliśmy się, że jesteśmy na linii ognia. Wzdłuż lasu, co trzy metry stali myśliwi i celowali w zagajnik, z którego właśnie wyszliśmy. Serce mocniej mi zabiło, przywołałam psy, oddychając z ulgą, że są całe. Mąż ze swoim czarnym humorem rzucił pod nosem:” tyle ich jest a żaden nie trafił w tego naszego wariata. Pewnie byli ciekawi co to za biały dzik”. To było o naszym młodym bullterierze, którego uwielbialiśmy, a jego energia i szalone pomysły czasem nas rozbrajały. „Ciesz się, że ciebie nie pomylili z jeleniem a mnie z jakąś łanią” – zripostowałam.
        Oczywiście wtedy pożartowaliśmy o tym kto jest jeleniem a kto łosiem oraz kto ma większe rogi i takie tam, ale to były żarty trochę na siłę, dla rozładowania napięcia jakie w nas powstało. Tak na prawdę to wystraszyliśmy się nie na żarty, a raczej trzeba przyznać, że byliśmy przerażeni. Zupełnie nieświadomie spacerowaliśmy sobie a w tym czasie myśliwi celowali w naszym kierunku. Nie byliśmy głośni, psy kręciły się blisko nas. Jakiś nadpobudliwy myśliwy mógłby nie wytrzymać napięcia i oddać strzał. Wiele się mówi o postrzeleniach podczas polowań oraz o strzałach do psów spacerujących z właścicielami. Mieliśmy ogromne szczęście, że nic się nie stało. Analizowaliśmy też czy wykazaliśmy się lekkomyślnością wybierając ten teren na spacer.  Ale lasek był tuż za domami, przy samej drodze, pełno w nim było butelek po winie, puszek po piwie i zużytych prezerwatyw, więc to bardziej miejsce spotkań lokalnej młodzieży niż rykowisko. Przy leśnych ścieżkach nie ustawiono żadnych tablic ostrzegających o polowaniu. Wielokrotnie w tym lasku widziałam spacerujące z wózkami matki i biegające radośnie dzieci. Nigdy nie spodziewałabym się, że tam ktoś  może polować.
        Kilka dni temu w tej samej wiosce, myśliwi zorganizowali sobie polowanie na kaczki. Na miejsce wybrali staw w pobliżu kościoła a termin trafił się dla nich wprost wymarzony, początek długiego weekendu. Tylko, że mieszkańcy szli do kościoła świętować Wniebowstąpienie Najświętszej Maryi Panny a nieopodal myśliwi wysyłali na tamten świat dzikie ptactwo. Każdy ma swój sposób na spędzenia dnia wolnego, tylko według mnie myśliwi przesadzili ze swoją arogancją. I nie w tym rzecz, że generalnie jestem przeciwna zabijaniu zwierząt. Wiem, że koła łowieckie mają swoje zadania. Co prawda uważam, że wszystko można zrobić inaczej, bez strzelania do zwierząt jednak to jest dość obszerny temat i raczej na osobną dyskusję.
        W tym momencie chodzi mi o bezpieczeństwo osób postronnych, ponieważ myśliwi mogą polować nawet 100 metrów od zabudowań. Każde polowanie jest odnotowywane w książce wyjść, ale skąd przeciętny człowiek ma wiedzieć o zaczajonym myśliwym, przecież nie będzie dzwonił przed każdym spacerem do Koła Łowieckiego. Myśliwi wyjaśniają, że polują głównie w nocy i o świcie, dlatego spacerującym wokół ambon proponują zanucenie piosenki albo włączenie wyświetlacza w komórce, aby pokazać, że to człowiek. Tylko jak to się ma do zaistniałych sytuacji?  Oba opisane przeze mnie przypadki miały miejsce w środku dnia, blisko zabudowań a nie ambon i odnoszę nieodparte wrażenie, że to była jednak zabawa myśliwych przy okazji dnia wolnego a nie selekcjonowanie zwierząt słabych i chorych albo ochrona upraw przez zniszczeniem. Nic dziwnego, że myśliwi doradzają śpiewanie w lesie, bo jak się bawić to się bawić.

Plaża wolności

        Spacerowałam z mężem brzegiem morza w Świnoujściu. Tym razem wybraliśmy się w kierunku Niemiec, gdyż byliśmy ciekawi jak zmienił się ten fragment plaży po wejściu Polski do strefy Schengen. Pamiętam, gdy jako nastolatka spacerowałam z koleżanką po plaży. Oficjalnie oczywiście głównie po to, aby złapać równomierną opaleniznę i spalić trochę kalorii a w rzeczywistości, aby wypatrywać młode „ciacha” i same się lansować. Wówczas nasz spacer przerywała nagle rozpostarta siatka, wysoka na 2 metry, sięgająca daleko w morze. Na wydmie górowała budka strażników, wyposażona w radary i różne anteny. Na wydzielonym pasie granicznym odpoczywały mewy, nikt nie zakłócał ich spokoju a my żartowałyśmy, że to przemytnicy. Kilkadziesiąt metrów dalej była taka sama plaża a jednak inna bo już niemiecka.
        Dorastałam w czasach, gdy można było już przekraczać granice, każdy mógł wyrobić paszport i podróżować. Choć pamiętam jeszcze czasy dzieciństwa, gdy jakikolwiek wjazd graniczył z cudem i wymagał mnóstwa  dokumentów a czasem też uruchomienia wielu znajomości. Aż przyszedł dzień, że człowiek może w samym stroju kąpielowym iść plażą i nawet nie wiedząc kiedy zmienić kraj. Właśnie po to wybraliśmy się z mężem na spacer, aby to poczuć. Wspominaliśmy losy Ludwika Niemczyka, starszego brata znanego aktora Leona Niemczyka, który zdecydował się na desperacką ucieczkę z naszego kraju, podążającego wówczas w mrocznym kierunku. Ludwik, były żołnierz AK, złapany w trakcie przerzucania przez granicę innych równie niewygodnych obywateli, trafił do więzienia, gdzie doznał wiele „zainteresowania” ze strony funkcjonariuszy. Wyszedł w skutek amnestii i jak sam mówił, o ucieczce z tego kraju myślał w każdej minucie pobytu w więzieniu. W powojennej Polsce nie czekało go nic dobrego, raczej kolejne, delikatnie mówiąc, szykany. W latach 50-tych granica lądowa była już pilnie strzeżona, dlatego z żoną, jej siostrą i mężem siostry, zdecydowali się na ucieczkę morzem. Wówczas sam przyjazd do Świnoujścia wymagał specjalnych dokumentów. Nie było mowy o spontanicznym wyjeździe do uzdrowiska. Tylko osoby ze skierowaniem i odpowiednim pozwoleniem mogły przyjechać do sanatorium. W załatwieniu lewych papierów pomógł szwagier, który był lekarzem. Gdy dotarli w końcu na wypragniony brzeg morza, zaczął się dramat całej czwórki.
        Rozmawialiśmy o tym z mężem, brodząc delikatnie w morzu, którego chłód był kojący w wyjątkowo upalny dzień. A morskie fale pięknie się pieniły i dawały wiele radości wczasowiczom. Jednak bohaterowie wielkiej ucieczki znajdowali się w zupełnie innej sytuacji. Chłód wody w nocy mógł być zabójczy a fale stanowiły śmiertelne zagrożenie. Jaki to musiał być kraj, że zdecydowali się na tak desperacki krok? Pokonali w wodzie 6 km, brodząc i płynąc, spędzili w morzu ponad 5 godzin a wszystko przypłacili prawie życiem. Patrzyliśmy z mężem na morskie fale i zastanawialiśmy się głośno nad zmieniającym światem, gdy nagle spostrzegliśmy, że jesteśmy już po niemieckiej stronie. Nie ma już śladu po zasiekach, nie ma żadnej wieży strażniczej, ludzie spacerują w obie strony w samych strojach kąpielowych. Nie ma nawet żadnej tabliczki, znaku, linii, czegokolwiek świadczącego o zmianie kraju. Jedyne co rzucało się w oczy, to bardziej opustoszała plaża, w końcu w Niemczech jest płatna, oraz dyndające z każdej strony męskie przyrodzenia.
Zajęci rozmową o zmianach ustrojowych i ich skutkach, przeszliśmy kilka metrów plażą sąsiedniego kraju, gdy nagle zaniemówiliśmy i zaczęliśmy przyglądać się otoczeniu. Nie było już siatki ochronnej wokół wydm i wiele osób po nich spacerowało a w Polsce wszędzie stoją tablice informujące, że to teren pod ochroną i spacery go niszczą. Poza tym plaża taka sama, morze też identyczne, ale plażowicze inni. Wszędzie widoczne były gołe, trzęsące się tyłki. Szliśmy w milczeniu bo jakoś zabrakło nam słów, aby to skomentować. Na jednym z koców rozłożyła się rodzinka tekstylnych a tuż obok nich panowie naturyści. Nic nikogo nie dziwiło, nikt nikomu nie przeszkadzał, jednak jak przebiegł przed nami starszy pan z psem i wszystko mu dyndało, podskakiwało i się trzęsło, to uznaliśmy, że zawracamy.
        Po powrocie zapytałam moją babcię, czy to tak na całej plaży po ich stronie, ale rozwiała moje wątpliwości, że to tylko w wyznaczonej strefie, choć mimo wszystko Niemcy są dużo bardziej otwarci i zdecydowanie chętniej ściągają galoty na plaży, nie tylko tej dla naturystów. Moja 86 letnia babcia powiedziała jeszcze, że byłoby miło gdyby tam coś ciekawego można było zobaczyć, ale rzadko się trafia ładny egzemplarz, zazwyczaj wszystko już wiekowe i trzęsące się. Choć kiedyś zrobiła na niej duże wrażenie młoda dziewczyna, zgrabna i jędrna, opalona w całości na czekoladkę, modnie ufryzowana nie tylko na głowie. „Na takim ciele to miło zawiesić wzrok a reszta to żal wspominać, człowiek nie wie gdzie patrzeć, aby nie widzieć tych trzęsących się części ciała” – mawia moja babcia.
Co to za czasy, że o zmianie kraju dowiadujemy się z ilości dyndających pisiorków i podskakujących cycków :lol:

W oczekiwaniu na głosowanie

        W piątek ma się odbyć głosowanie posłów nad nowelizacją Ustawy o Ochronie Praw Zwierząt. Przyglądam się temu tematowi, gdyż bardzo mnie interesuje jak zachowają się reprezentanci społeczeństwa. Mam kilka swoich przemyśleń na ten temat. Nie rozumiem stanowiska MSZ-tu, że taka nowelizacja nie będzie sprzeczna z prawem unijnym. Przecież istnieje rozporządzenie, mówiące, że ubój rytualny w krajach członkowskich możliwy jest tylko na potrzeby lokalnych grup wyznaniowych. Nie ma zgody na prowadzenie uboju rytualnego w celach eksportowych a tego chce PSL. Niejednokrotnie mówili, że lokalne grupy wyznaniowe nie zgłaszają zapotrzebowania na takie mięso a walka o ubój rytualny to walka o ogromne rynki zbytu, bez których setki ludzi straci pracę a budżet dochody z podatków. Od ponad pół roku ubój rytualny nie jest dokonywany i jednak żaden zakład nie ogłosił masowych zwolnień, a czytając portal spożywczy, dowiedziałam się, że sprzedaż wołowiny wcale tak wielce nie zmalała. Ubój rytualny jest zabroniony i nie ziścił się czarny scenariusz ludowców.
        O co więc chodzi? Dlaczego nadal się upierają za legalizowaniem tego uboju skoro i tak będzie on sprzeczny z unijnym rozporządzeniem wyższej wagi? Może trudno się przyznać, że przez tyle lat nabijano kabzę właścicielom kilku ubojni, między innym posłom? Jestem bardzo ciekawa jak i którzy posłowie zagłosują. Wielu moich znajomych również interesuje się tym tematem, bo wbrew opinii ludowców, ludziom nie jest obojętne jak żyją i jak są zabijane zwierzęta. Nie jest tak, że skoro są na mięso to nie ważne co czują, bo i tak będą cierpieć przy zabijaniu, to co z tego, że pocierpią więcej.
        Coraz więcej ludzi interesuje się tym co je. Stajemy się coraz bardziej świadomymi konsumentami i wybieramy produkty jak najmniej przetworzone, bardziej naturalne i zdrowsze. Nie jest tajemnicą, że ludzie coraz chętniej kupują jaja z ekologicznych hodowli, wolą sery z małych, rodzinnych produkcji, domowej roboty przetwory oraz ekologiczne warzywa. Wiele osób przyzna, że gdyby miało do wyboru kupić śliczne, błyszczące i okrąglutkie jabłka albo te o różnym kształcie, mniej urodziwej skórce ale pochodzące z okolicznego sadu, gdzie nie stosuje się chemicznych oprysków, to wybraliby te drugie. Nawet gdyby były droższe. Kupując warzywa i owoce możemy decydować czy wolimy te szklarniowe, z większych upraw, czy może znajdziemy na targu gospodarza handlującego własnymi produktami. Dla chcącego nic trudnego, możliwości są i kwestią decyzji i wysiłku jest to co trafi na nasz stół. Zupełnie inaczej jest z mięsem. Bardzo trudno kupić mięso z informacją z jakiej ubojni pochodzi. Ale to nie najistotniejsze, bo rolnicy sprzedają zwierzęta i są one jednakowo traktowane przy dalszej „produkcji” mięsa. Nie ma oznaczenia,  że dana krowa pasła się na łące a inna stała w oborze, albo czy kurczaki były faszerowane antybiotykami czy nie. Nie tak dawna, głośna afera z kurami w roli głównej ujawniła słabość tego systemu.
        Uważam, że piekąc dwie szarlotki, według tego samego przepisu ale z jabłek różnego pochodzenia, lepsza będzie ta z jabłek z sadu mojego znajomego. Być może nie jestem aż takim smakoszem aby rozpoznać różnicę w smaku ale jest różnica w świadomości tego co jem oraz ilości chemii wprowadzanej do organizmu.  Tak samo jest z mięsem. Można upiec kurczaka według receptury ukochanej babci, jednak nikt nie ma pewności czy ten kurak przed śmiercią nie został nafaszerowany antybiotykami, no chyba, że jeszcze dzień wcześniej biegał po naszym własnym podwórku.
        Bardzo szanuję rolników i doceniam ich ciężką pracę. Jest wiele uczciwie pracujących osób, aby dostarczyć żywność na nasze stoły. Ale trafią się również zakały, które tylko patrzą aby jak najwięcej zarobić i stosują niedozwolone środki medyczne. Są też tacy co nie przestrzegają warunków w jakich zwierzęta powinny być hodowane i transportowane. Zawsze na tym trochę zarobią a nie interesują się traktowaniem zwierząt bo i tak w skupie dostaną taką samą cenę jak uczciwy rolnik. A ja uważam, że jest różnica jak żyje zwierzę, jak jest transportowane i jak ostatecznie jest zabijane. W końcu to żywy organizm, czuje stres, wydzielają się różne hormony, a ludzie potem je zjadają. Skoro wielu ludzi interesuje jak uprawiano marchewkę czy pomidory to również zainteresowanych jest tym co jadły i jak żyły zwierzęta. Gdybym była uczciwym hodowcom, to dążyłabym do podkreślenia faktu, że moje zwierzęta są najwyższej jakości. Wiele zwierząt żyje w bardzo dobrych warunkach, są odpowiednio traktowane i karmione, za granicą ich mięso miałoby miano ekologicznego. U nas takie perełki przepadają gdyż na żadnym etapie nie jest gratyfikowana uczciwość rolnika ani sposób traktowania zwierząt. Domyślam się, że nie jest to łatwy temat zwłaszcza, że rząd nie jest nim w najmniejszym stopniu zainteresowany. Woli walczyć o barbarzyński ubój, któremu sprzeciwia się większość społeczeństwa. Rząd woli się cofać niż otworzyć oczy i dojrzeć, że Polacy się zmieniają, że chcą jeść zdrowo. Rząd twierdzi, że brak takiego uboju uderzy w rolników a jednak nie uderzył, choć nie ma go już ponad pół roku. Jednocześnie Minister Rolnictwa nie robi nic konkretnego aby wyeliminować głośne ostatnio afery mięsne.

Nie kupuj psa w worku

Moja sunia miała wczoraj postrzyżyny. Spotyka ja to szczęście dwa razy w roku. Piszę, że szczęście bo widzę, że gdy już bardzo zarośnie to jej to futro przeszkadza. Czochra się często, robią jej się kołtuny, musze ją codziennie czesać o ona lubi tylko na grzbiecie, przy reszce się denerwuje i kręci. A gdy wychodzi z nową fryzurą cieszy się jak szczeniak. Tylko mój młodszy syn się nie cieszy. Odprowadził ze mną Sabę do gabinetu, potem poszliśmy na zakupy i wróciliśmy po psa. Wchodzimy a tam taka śliczna „owieczka” siedzi. Na to mój syn w krzyk:
- Gdzie nasza Saba? – i biega po gabinecie, zagląda pod stół, za krzesło.
- Kochanie, to nasza Saba, tylko ma nową fryzurę – tłumaczę
- To nie moja Saba! Oddawaj naszą Sabę, słyszysz oddawaj – krzyczy zrozpaczony do psiej stylistki, która uniosła brwi ze zdziwienia
Pies podszedł do niego, trącił go nosem , ale to nie pomaga, syn wyszedł z płaczem, że to nie jego pies. W domu już ochłonął, obejrzał zdjęcia naszej suczki z różnych okresów i przypomniał sobie, że zmienia wygląd. Niebawem jedziemy nad morze i nowa fryzura była konieczna. Saba uwielbia chlapać się w wodzie a potem tarzać w piachu. Gdy ma dłuższą sierść od razu robią jej się kołtuny i nie ma siły aby wyczesać ten piach. Nie może potem spać w łóżku a to też uwielbia.
Moja sunia jest przygarniętym psem po przejściach i jest z tego powodu dość bojaźliwa, jest natomiast szalenie łagodna wobec dzieci. Jest najzwyklejszym kundlem, jednak czasem ludzie na ulicy pytają mnie co to za rasa i mówią, że jest śliczna. No fakt, ładna jest. Znam się na kynologii, od dziecka interesowałam się psami, więc czasem puszczam wodze fantazji i wymyślam nowe rasy, na przykład szorstkowłosy chart polski, płowy owczarek górski i moje ulubione, płochacz pasterski. To ostatnie idealnie do niej pasuje, bo się szybko płoszy. Czasem ci co się trochę znają na rasach zaczepiają mnie i mówią, że wyrośnięta jak na Polskiego Owczarka Nizinnego, albo, że nie widzieli jeszcze takiego kremowego Briarda, wtedy wyjaśniam, że to kundel, ale być może miał wśród przodków którąś z tych ras. Jednak teraz Saba jest w nowej stylizacji i niektórzy twierdzą, że to Sznaucer.
Żartuję sobie z tymi rasami, zupełnie mi nie zależy na rasowym psie w domu, choć bardzo lubię oglądać psy zgodne ze wzorcem. Podoba mi się wiele ras, dlatego nie potrafię wybrać tej jedynej i zdecydowałam się na miks. Ponadto uważam, że w sytuacji przepełnionych schronisk ludzie powinni w pierwszej kolejności adoptować psy potrzebujące. Nie tylko urocze szczeniaki ale starsze psy też. One trafiają do przytuliska z różnych powodów. Przede wszystkim nie one są temu winne, tylko głupota ludzi, którzy biorą psa i nie zdają sobie sprawy z obowiązków albo nie wysilą się, aby psu znaleźć nowy dom, gdy zmieni się ich sytuacja życiowa. Na mojej wsi często trafiają się porzucone psy. Zazwyczaj są przerażone, niestety bywa, że wpadają pod samochód gdyż starają się dogonić ukochanego pana, a jeśli przetrwają, to długo nie pozwalają sobie pomóc, bo są wystraszone i wierzą w powrót tego jedynego człowieka. Od kilku tygodni błąka się po naszej wsi piękna suka, ale przerażona, wiecznie kogoś szuka. Nasza gmina dba o bezdomne psy i już mają zorganizowany dla niej dom tymczasowy, ale nie sposób ją złapać. Nawet weterynarz miał ją usypiać specjalną rzutką, ale zwęszyła podstęp i dała dyla. Lecz były właściciel wiele sobie z tego nie robi, była dla niego problemem to ją wyrzucił. A wystarczyło trochę się wysilić, ogłosić ją w internecie, jest śliczna, w typie owczarka belgijskiego, szybko znalazłaby dom.
Niektórzy sądzą, że psy ze schroniska są jakieś spaczone skoro ktoś ich nie chciał, że na pewno pobyt w przytulisku wpłynął na ich psychikę. Jestem przekonana, że pobyt w takim miejscu wpływa na ich psychikę, ale psy potrafią odzyskać stabilność emocjonalną przy dobrej opiece. Ludzie chętnie adoptują urocze szczeniaki, jednak zachęcam również do przygarniania starszych psów. Rozumiem strach o wpuszczenie do domu psa o niewiadomej przeszłości i nieznanym charakterze. Jednak przy wielu schroniskach działają wolontariusze, którzy sukcesywnie znajdują psom domy tymczasowe, gdzie socjalizują je w rodzinnych warunkach i poznają ich temperament. Wówczas potencjalny chętny zna zachowanie psa i może dobrać czworonoga do swojego stylu życia. Sama specjalnie przygarnęłam odchowanego psa, aby wiedzieć jaki jest. Gdy bierze się szczeniaka, można w niewielkim stopniu ocenić czy będzie żywiołowy czy spokojny, bo każdy szczeniak jest energiczny . W przypadku psów rasowych znamy ogólną charakterystykę rasy ale trudno ocenić jaki nam się trafi egzemplarz. Kiedyś miałam owczarka, który nigdy się nie nudził, chciał stale pracować. Trzy godziny ganiania po łące a on nadal trącał mnie nosem i wyczekiwał zabawy. Byłam wtedy nastolatką i poświęcałam mu wiele czasu ale przerastało mnie to nieraz. Biorąc dorosłego psa, dowiemy się od jego opiekuna czy jest żywiołowy, energiczny czy raczej spokojny i spolegliwy. Będziemy wiedzieli czy jest typem sportowca czy kanapowca, czy złodzieja wystraszy, czy też przyjmie go wesoło. Ponadto wychowanie szczeniaka jest dość absorbujące, nie każdy początkujący właściciel ma też tyle umiejętności i potem bywa, że psu przykleja łatkę trudnego.
Zachęcam do przygarniania psów w potrzebie, natomiast jeśli ktoś bardzo pragnie psa określonej rasy, to zapraszam do renomowanej hodowli, zarejestrowanej w Związku Kynologicznym. Ludzie czasem mówią, że wolą kupić psa rasowego ale bez rodowodu, bo przecież papier do niczego nie jest im potrzebny, nie zamierzają wystawiać psa. Pragnę przypomnieć, że od ubiegłego roku handel psami i kotami pochodzącymi z niezarejestrowanej hodowli jest nielegalny. Nie jest to głupi przepis. Mnożenie zwierząt nie rasowych przynosi wiele dla nich szkody. O ile jestem jeszcze w stanie zrozumieć przypadki, że ktoś nie upilnował suczki i się zdarzyło, choć przy obecnej opiece weterynaryjnej i nagłaśnianiu zalet sterylizacji, to „wpadkę” uważam za przejaw ogromnej ignorancji. Jestem natomiast przeciwna mnożeniu zwierząt w typie rasy, gdyż każdy pies bez rodowodu, nie jest psem rasowym a jedynie w typie rasy. Istnieje przekonanie, że każda suczka powinna przynajmniej raz w życiu mieć szczenięta, aby spełnić się jako matka. Jednak weterynarze są innego zdania. Suczka czy kotka nie odczuwa stale potrzeby posiadania potomstwa a jedynie w okresie rozrodczym, kiedy kierują nią hormony. Sterylizacja niesie wiele zalet dla zdrowia zwierzaka a przede wszystkim ogranicza ogromną populację niechcianych zwierząt. Z tego tylko względu nie wolno dodatkowo mnożyć psów i kotów poza hodowlami.
Często zarzutem wobec hodowli jest wyższa cena psa i uważa się, że właściciele prowadzą hodowle głównie w celach zarobkowych. Jednak nie każdy ma świadomość ile kosztuje powołanie na świat rodowodowego szczeniaka. Przede wszystkim zakup rasowej suki, dobra karma, opieka weterynaryjna, badania wykluczające choroby genetyczne. Ale także koszty udziału w wielu wystawach, często zagranicznych, koszt wpisowego, przejazdu, noclegu. Gdy suka jest już championem, hodowca szuka odpowiedniego reproduktora, z najlepszym rodowodem, bez wad genetycznych i o odpowiedniej psychice. Często oznacza to wyjazd za granicę i kolejne koszty. Potem opieka weterynaryjna nad ciężarną a następnie nad szczeniakami. Koszty szczepień, rodowodu, czasem badań wykluczających wady zdrowotne. Biorąc pod uwagę wszystkie koszty, cena szczeniaka okazuje się nie być wcale taką wysoką. A w zamian mamy psa o sprawdzonym pochodzeniu, właściwej dla rasy psychice i mniej narażone na choroby genetyczne. Renomowane hodowle mnożą psy nie tylko ładne, ale też o odpowiednim charakterze gdyż to również jest brane pod uwagę przy ocenie psa przez sędziego. Ale przede wszystkim hodowcy dbają o dobór genetyczny, eliminowanie chorób. Obecnie w kynologii jest to wymóg pierwszoplanowy. Istnieje szeroka gama testów genetycznych oraz badań przesiewowych. Psy mogące obniżać jakość kolejnych pokoleń są sterylizowane i wykreślane z hodowli. Z psa hodowlanego stają się wyłącznie psem towarzyszącym. W przypadku właścicieli krzyżujących psy bez rodowodu praktycznie każdy z tych warunków zanika. Nie ma kontroli Związku Kynologiczne a przede wszystkim nacisku środowiska hodowców na dbałość o jakość. Jest całkowita samowolka, psy są mnożone po znajomości, w wąskim kręgu pokrewieństwa, bez kontrolowania ich zdrowia i charakteru. W efekcie rodzi się tani szczeniak, o niepewnym zdrowiu. W ten sposób powiela się typowe dla pewnych ras choroby jak głuchota, ślepota, wady serca i wiele innych. Cena kilku tysięcy złotych za psa rodowodowego ma swoje uzasadnienie w kosztach, natomiast kilkaset złotych jakie płaci się przypadkowym osobom, to czysty zarobek handlarza. Inaczej mówiąc, większość ceny psa rodowodowego pokrywa koszty wyhodowania psa, natomiast koszty handlarza są niewielkie i większość ceny stanowi jego zysk. Z tego punktu widzenia jednak jest różnica w tym za co się płaci. Zwłaszcza, że pies ma być członkiem rodziny i chcielibyśmy aby żył jak najdłużej.
Jednak jest jeszcze coś ważniejszego. Przyzwolenie społeczne dla niekontrolowanego mnożenia zwierząt prowadzi do powstawania pseudo hodowli, gdzie psy żyją w skandalicznych warunkach, suki są eksploatowane do granic możliwości. Psy często niedojadają, zdarzają się przypadki kanibalizmu. Wiele szczeniąt ginie z powodu złych warunków. Psy często są zdziczałe, o zwichrowanej psychice. A potem taki pseudo hodowca zabiera szczeniaki do ładnego domku i mówi, że to od ich suczki, bo chcieli ją raz dopuścić, aby się spełniła w roli matki. Albo pokazuje jakąś metrykę suki, twierdzi, że szczeniaki mają rodowód, ale ten jest ostatni i nie załapał się na metrykę. Niezła bajka, nie ma czegoś takiego. Każdy szczeniak może mieć rodowód, chyba, że nie spełnia wzorca rasy, to Związek Kynologiczny odrzuci go podczas przeglądu. Takiego szczeniaka hodowca sprzeda taniej, jednak w umowie zaznaczy, że pies ma być wysterylizowany i nie nadaje się do dalszej hodowli. Psy w typie rasy są sprzedawane bez żadnej umowy, to też podejrzane, bo nie ma żadnej możliwości reklamacji, gdy pies zachoruje po kilku dniach. A niestety bywa, że szczeniak z pseudohodowli ma tak słaby organizm, że umiera po kilku dniach. To straszna rozpacz dla nowych właścicieli, zwłaszcza gdy w domu są dzieci. Popyt generuje podaż, dlatego nie należy kupować psów o nieznanym rodowodzie.
Rozumiem, że wiele osób nabyło psa w typie rasy o nie do końca wiadomym pochodzeniu, kierując się dobrem szczeniaka. W sumie taki malec nic nie zawinił. Jednocześnie panuje też obraz hodowców jako tych co męczą psy wystawami, wykorzystują je tylko do zarabiania. Owszem, tak jak w każdej branży, pewnie znajdą się jakieś zakały, jednak hodowla psów to przede wszystkim hobby a nie biznes. Nieuczciwych hodowców szybko „wyłapią” ci zaangażowani i wyrobią im odpowiednią opinię. To jest dość hermetyczny świat, ludzie się znają, wymieniają poglądami i informacjami. Przy świadomości klientów i za wsparciem fachowych kynologów, rynek wykluczy oszustów.
Nie potępiam tych co kupili psa z tak zwanej domowej hodowli, kierując się dobrem psa, i nie znając w pełni tematu . Jednak proponuję refleksję nad tym. Sama poznałam te kwestie bardzo szeroko, mam w rodzinie hodowcę oraz angażuję się w pomoc potrzebującym zwierzętom. Przede wszystkim apeluję o adoptowanie bezdomnych psów i w żadnym wypadku nie mnożenie psów poza rejestrowanymi hodowlami. Nawet jak ktoś ma liczne grono chętnych na szczeniaki po jego suczce, to lepiej aby ci chętni adoptowali już żyjące i cierpiące w schronisku zwierzęta, jest ich ogrom do wyboru. A jak mawia moja koleżanka, psy rasowe są nudne, takie szablonowe, a każdy kundel jest nieprzeciętny, wyjątkowy. Gdy ktoś myśli o kupnie psa, zachęcam do wizyty w schronisku lub odwiedzenia stron adopcyjnych.

Co człowiek złączył, człowiek rozdziela

Oglądałam wczoraj reportaż o rozwodach kościelnych, a dokładnie o stwierdzeniu nieważności związku małżeńskiego, bo tak to się dokładnie nazywa. Kiedyś słyszałam, że „rozwody kościelne” teoretycznie są możliwe, ale ilość warunków jakie trzeba spełnić czyniła je praktycznie bardzo rzadkimi. Mówiło się o kilku przypadkach rocznie. Obecnie liczba wniosków o unieważnie wzrosła do 11 tyś rocznie! Co takiego się wydarzyło?
Zawsze wpajano mi, że ślub kościelny jest nierozerwalny, na zasadzie co Bóg złączył, człowiek niech nie rozrywa. Nie ważne, że mąż wszystko przepija, nie pracuje, bije żonę i dzieci. Ksiądz takiej biedaczce mówił, że skoro przysięgała to ma wytrwać, inaczej będzie żyła w grzechu. Nie ważne, że mąż znalazł sobie nową partnerkę, wypiął się na żonę, nie interesuje się dzieckiem, nie chce ich znać, żona musi mu dochować wierności do śmierci, bo inaczej popełni grzech cudzołóstwa. Były dwa argumenty, aby unieważnić ślub kościelny, impotencja i zatajona choroba psychiczna. Obecnie w prawie kanonicznym coraz częściej wykorzystywanymi argumentami są niedojrzałość do zawarcia związku małżeńskiego i przymus zewnętrzny. Jak dla mnie to już nawet nie uchylona furtka a szeroko otwarta brama do „rozwodu kościelnego”. Tych przeszkód do zawarcia związku małżeńskiego w prawie kanonicznym jest więcej ale te dwie są bardzo często wykorzystywane. Znam to z autopsji. Od kilku lat przy okazji każdej kolędy, ksiądz namawia nas a nawet twierdzi, że to nasz obowiązek, aby mąż unieważnił swój ślub kościelny z pierwszą żoną. Pierwszy raz jak to usłyszałam to zdębiałam. Gdy poznałam mojego przyszłego męża, wiedziałam, że miał żonę i ma syna. Rozstali z powodu tak zwanej niezgodności charakterów. Miałam świadomość, że będziemy mogli zawrzeć tylko ślub cywilny. Nie jestem głęboko wierzącą katoliczką, więc nie było to dla mnie istotne. Być może gdyby nie było przeszkody to również nie brałabym ślubu kościelnego, nie zależy mi na nim, choć traktuję go jako bardzo poważną przysięgę. Jednak mimo wszystko namowy księdza mnie zaskakują. Zwłaszcza, że kieruje je głównie do mnie, argumentując moralnym obowiązkiem wobec naszych dzieci. Ksiądz dopytywał się męża jakie były okoliczności jego ślubu kościelnego i gdy usłyszał, że rodzice powiedzieli: „jak chcecie zamieszkać razem to tylko po ślubie”, to uznał że to bardzo dobra przesłanka i powinniśmy iść tym tropem. Gdy mąż jeszcze dodał, że był wtedy bardzo młody i nie do końca sobie zdawał sprawę z czym wiąże się małżeństwo, to ksiądz był przekonany o konieczności przeprowadzenia procesu. Zaczęłam dyskusję, że tak to może połowa małżeństw wystąpić o stwierdzenie nieważności.
Pamiętam wywiad z pewną głęboko wierzącą katoliczką, której mąż po czterdziestu latach małżeństwa oznajmił, że odchodzi. Zakochał się. Był to dla niej ogromny dramat. Gdy po pół roku w miarę się otrząsnęła, przyszedł drugi cios, wezwanie na przesłuchanie w sprawie o stwierdzenie nieważności jej długoletniego małżeństwa. Po trudnym procesie sąd kanoniczny ostatecznie stwierdził nieważność ich małżeństwa co prawie doprowadziło ją do obłędu. Nie potrafiła zrozumieć, że kawał jej życia to była fikcja, że jej dzieci urodziły się z tak zwanego nieprawego łoża, że tyle lat żyła w grzechu.
Zawsze wydawało mi się, że ślub kościelny to taki filar, nie do podważenia. Z drugiej strony sytuacje życiowe są bardzo różne i dobrze, że jest furtka. Jednak czy potrzebna jest otwarta na oścież brama? Tąpnęło ale rysa poszła po całości. Czy to dostosowanie się kościoła do zmieniającego świata, czy rozluźnienie twardych reguł jest nam potrzebne i wyjdzie na dobre? Co sądzicie, bo ja mam trochę mętlik w głowie.

„oj, przewraca się wam w głowach, przewraca”

Wybrałam się dzisiaj do pobliskiego wielkiego miasta. Wskoczyłam na obwodnicę a tam niewiarygodnie duży ruch. TIR za TIRem, na lewym pasie pełno osobówek, jednak jazda szybka i płynna. Mimo to zdążyłam przemyśleć taki temat. Kilka lat temu jeździłam do pracy przez miasto i nieraz trwało to ponad godzinę, a teraz mąż dzwoni wychodząc z biura a ja nakrywam już do stołu, bo chwila moment i jest w domu. Wracając przejechałam przez miasto, aby sprawdzić jak tam ruchu uliczny wygląda i gdyby nie jedna zakała co nie wie jak się jeździ dynamicznie i że się nie marudzi na zielonym, to pod sam dom dojechałabym na zielonej fali. A tak to musiałam się raz zatrzymać, no niedorzeczne!? Niektórzy mówią, że nic się w kraju nie dzieje, nie buduje. Ja jednak widzę te zmiany, nowe drogi, chodniki, mosty, restaurowane budynki, nowe przedszkole i żłobek. Można powiedzieć, że mieszkam w okolicach wielkiego miasta, gdzie faktycznie dużo się dzieje. Ale jeżdżę też po kraju, bywam w różnych miejscach, na wsiach i w małych miejscowościach, wszędzie coś się zmienia. Tylko niech nikt nie myśli, że chcę tu politykować i jechać po PiSiorach czy PeŁo. Jestem socjologiem a nie politologiem.
Wczoraj, przy okazji rocznicy wyborów, mówiono o czasach PRL. Jak mnie denerwuje gdy ktoś mówi, że to były czasy, że wtedy to się żyło. Jeszcze zrozumiem zachwyt nad eksponatami z tamtego okresu. We mnie też wzbudzają rozczulenie, czasem rozbawienie, bo przypominają mi dzieciństwo, a ten czas zazwyczaj mile się wspomina. Jednak nie rozumiem, gdy ludzie zachwalają miniony system, że ludziom było lżej, że każdy miał pracę, ludzie żyli bliżej siebie, w zgodzie i przyjaźni, że ogólnie było lepiej. Na pewno są jednostki, które były ustawione w tamtym systemie i im było lepiej niż teraz ale nie można tego powiedzieć o większości.
Dla mnie czas PRLu to głównie kolejki i marzenia o różnych dobrach. Będąc w wieku mojego starszego syna, stałam już w kolejce. Zamiast bawić się, trzymałam miejsce mamie i bratu, którzy w tym czasie obskakiwali kilka razy trasę sklep – dom. Były zasady, że można kupić tylko jedną sztukę. Pamiętam jak zazdrościłam sąsiadom, bo mieli liczną rodzinę i obstawiali kolejkę. Ale takich ustawionych było więcej, w zależności kto jaką miał fuchę. Mama koleżanki była sklepową i mogła wszystko załatwić za towar spod lady a koleżanka miała dostęp do słodyczy i była szychą w klasie. A pamiętacie sklepy za firanką, w których mogli kupować tylko dygnitarze, wyżsi urzędnicy państwowi, mundurowi i inni zasłużeni towarzysze? Teraz też są sklepy, do których sama nawet nie zamierzam wejść, bo nie stać mnie na przykład na sukienkę za 4 tyś, ale mogę iść do sklepu i kupić ciuch za stówkę. Przynajmniej mam wybór bo trudno powiedzieć, że wtedy człowiek mógł decydować. Ostatnio przy okazji poszukiwań pilota do TV, powiedziałam z przekąsem, że kiedyś nie było problemu, bo nie było pilotów i już. A teraz leży pięć na stoliku ale nie ma tego właściwego i dramat, bo zaraz zaczyna się bajka. Syn zdziwiony dopytywał jak zmienialiśmy programy. Wyjaśniłam mu, że jego Dziadek miał osobistego pilota, bo gdy leżał na wersalce, to wołał mnie i zmieniałam mu program. Ale nie miałam dużo roboty bo były tylko dwa kanały. A syn się zainteresował co to jest wersalka bo teraz są kanapy i sofy. No cóż, faktycznie czas się zmienia.
Moja rodzina nie doznała żadnych represji w PRLu, choć tatę, jako marynarza, próbowano zwerbować. Mieliśmy nawet dobrą sytuację, bo mama pracowała w służbie zdrowia i była szychą. Teraz co prawda też jest, bo akurat służba zdrowia kuleje. Ale jest wiele innych dziedzin co nie kuleją. Można mnożyć przykłady. Jednak teraz jest coś najważniejszego o czym wówczas można było pomarzyć. I to wcale nie pełne sklepy, kolorowe zabawki, szybkie samochody i modne ubrania. Według mnie najważniejsza jest wolność. Obecnie mogę w każdej chwili wyjąć paszport, czy nawet tylko dowód i ruszyć w świat. Wiem, wiem, trzeba mieć pieniądze i czas, to mnie ogranicza. Ale kiedyś nie było ani pieniędzy ani wolności. A jak była kasa to i tak nie było na co ją wydać. To ja już wolę tak jak obecnie.
Może jeszcze inaczej, w głębokim PRLu nie mogłabym nawet sobie tak bezkarnie pisać. A teraz każdy ma głowę pełną mądrości i je głosi na prawo i lewo. Przypomniałam sobie, że kiedyś mama była wzywana z mojego powodu do szkoły i dostałam naganę. Dobrze, że na tym się tylko skończyło. W drugiej klasie mieliśmy jakiś sprawdzian ogólnokrajowy, wszyscy nauczyciele trzęśli się przed tym testem i gotowi byli go robić za nas. Jednak szkołę wizytowali towarzysze z teczkami i wszyscy chodzili cichutko jak myszki. Jednym z zadań było rozwinięcie skrótów, na przykład PCK. Gdy doszłam do PRL, zbladłam. Nie miałam pojęcia co to, bo w domu mówiło się głównie: cholerna komuna. Kombinowałam jak koń pod górę, wymyślałam coś w kierunku tego PCK, jak Polski Ruch Leczniczy. Rozwiązałam poprawnie cały test z wyjątkiem tego PRLu. Moja niewiedza została uznana za prowokację. Kuriozalne ale prawdziwe.
Uwielbiam komedie Barei, za ich absurdalny humor, znam je na pamięć i czasem z mężem cytujemy w życiu codziennym. Genialnie rozładowują napiętą sytuację, gdy się nakręcamy widząc w restauracji zajęte wszystkie stoliki, szepczę do męża: „straszne się tu chamstwo nazjeżdżało z całego świata. Kasza niedogotowana…” i już nam lżej. Albo jak nam doskwierała mroźna zima, to się pocieszaliśmy, że „jak jest zima to musi być zimno” a przy zwariowanym dniu: „trzydzieste plenum spółdzielni zenum”. Kiedyś mąż mało nie dostał w papu od ochroniarza w klubie za to nasze zamiłowanie do komedii. Ochroniarz nie mógł znaleźć naszych płaszczy i stwierdził, że nie ma i już. Rozbawiona kilkoma drinkami, rzuciłam od razu: „Ja tutaj jestem kierownikiem tej szatni. Nie mamy pańskiego płaszcza i co pan nam zrobi”. Mąż z przyzwyczajenia dokończył: „Cham się uprze i mu daj”. Na co ochroniarz już go łapał za poły marynarki. Szybko zaczęłam bronić męża i krzyczę: „n co Pan, Misia nie widział?” A ten narwaniec wtedy do mnie, że mi da za tego misia. Na szczęście drugi ochroniarz go wyhamował. Ten młodzieniec pomyślał, że się z niego nabijam. Pewnie wolałby być gorylem ale w King-Kongu tylu zabawnych tekstów nie słyszałam.
Jednak mimo zamiłowania do komedii Barei, zawsze pamiętam, że to tylko komedia. Codzienne życie nie było tak zabawne a te filmy pomagały przetrwać w tym „szarym” systemie. Jest taka scena w końcówce Misia, gdzie Ochucki chce pobrać gotówkę w londyńskim banku, ale trwa strajk, przeciwko złemu oświetleniu. Miś mówi: „oj przewraca się wam w głowach , przewraca.” Dożyliśmy takich czasów, że nam też się już przewraca w głowach od tego dobrobytu.
 
Cytaty pochodzą ze scenariusza filmu „Miś”, autorstwa Stanisława Barei i Stanisława Tyma