Archiwa kategorii: Dzieci

Wizyta w ZOO

        Wybrałam się z chłopcami do Afrykarium we Wrocławskim Ogrodzie Zoologicznym. Ostrzegana przed weekendowymi tłumami, specjalnie odebrałam ich wcześniej z przedszkola i wycieczkę zrobiliśmy sobie w poniedziałek. Zwiedzających też było sporo, ale wszyscy się pomieścili i wygodnie można było wszystko pooglądać.
        A jest co oglądać. Akwarium z rekinami i płaszczkami robi wrażenie chyba na wszystkich, zwłaszcza jak płaszczka przepływa tuż nad głową i nagle wypada jej coś z pyska. Dobrze, że nie z pupy zauważył mój starszy syn. Potem oczywiście były dziecięce rozważania jak rekiny i inne ryby robią kupę a ja obserwowałam płaszczkę, która moim zdaniem rzucała w nas z góry kamykami. Ale to pewnie tylko takie moje wrażenie.
        Dzieciom podobały się hipopotamy, krokodyle, manaty, które uroczo i leniwie konsumowały sałatę. Przed większością basenów są ławki, więc można wygodnie podglądać wodne życie zwierząt. Można też coś przekąsić w restauracji a jednocześnie zerkać z góry na pingwiny oraz kotiki.
        Pamiętam Wrocławskie ZOO jeszcze z czasów zarządu Państwa Gucwińskich. Mieszkałam pięć lat w pobliskim akademiku i czasami wybierałam się tam na spacer. Z całym szacunkiem dla autorów „Z kamerą wśród zwierząt” i sympatią, bo uwielbiałam ich program, to jednak nie odnaleźli się oni w nowym systemie gospodarczym. Muszę przyznać, że obecnie ZOO pięknieje w oczach. Miło jest oglądać zwierzęta na wybiegach dostosowanych do ich potrzeb. Kiedyś spacerując po ogrodzie zoologicznym zastanawiało mnie dlaczego zarząd nie wykorzystuje całego dostępnego miejsca. Pamiętam widok spasionych kotów wylegujących się na dość dużym skwerku pomiędzy starymi drzewami. Po pierwsze, skąd koty w zoo a po drugie dlaczego w tym miejscu nie ma wybiegów dla zwierząt, tyle przestrzeni zmarnowano, myślałam. Teraz na tym właśnie skwerku jest wybieg dla kapucynek. Odpowiednio zabezpieczono teren i małpy mogą skakać po drzewach.
        W nowym ZOO znalazło się też miejsca dla Odrarium, czyli ekspozycji przybliżającej życie mieszkańców rzeki. Są akwaria z rybami słodkowodnymi, a ich dachy obsadzono nadrzeczną roślinnością. Wszystko pięknie i tylko jak czytam tablice informacyjne, to jako rodowita nadodrzanka czuję duży niesmak. Jest kilka słów o flisakach, o dawnym szlaku transportowym, o wykorzystywaniu rzeki w czasie wojny a potem tylko tyle, że po wojnie wyremontowano większość budowli hydrotechnicznych i obecnie Odra jest żeglowna na prawie całym swym biegu. Jest też sporo na temat walorów ekologicznych rzeki ale ani słowa na temat całego pokolenia marynarzy żeglugi śródlądowej. Pochodzę z nadodrzańskiego miasteczka, gdzie było bardzo dobre Technikum Żeglugi Śródlądowej. Pamiętam moich rówieśników idących w mundurach do szkoły. Pamiętam też barki pływające po Odrze i tętniący życiem port. Jeszcze 10 lat temu pisałam pracę magisterską na temat prywatyzacji żeglugi śródlądowej i przeprowadziłam ponad setkę wywiadów z marynarzami dla których rzeka była całym życiem. Teraz w wyniku wieloletnich zaniedbań po Odrze faktycznie pływa się trudniej ale pływać można i są tacy co nadal żyją z transportu śródlądowego. Jest też kilka stoczni które dają zatrudnienie wielu ludziom a swoje statki transportują właśnie Odrą dalej w świat. Dlaczego więc przemilcza się to wszystko i młodemu pokoleniu wbija do głowy, że Odra ma fantastyczne walory ekologiczne i rekreacyjne. Dlaczego wmawia się, że budowle hydrotechniczne uniemożliwiają migrację a przemilcza fakt, że istnieją przepławki dla ryb. Dlaczego wmawia się, że kontrolowane wylewy wód w terenach niezamieszkałych są najlepszą ochroną przeciwpowodziową. Tylko jak kontrolować te wylewy, gdy budowle hydrotechniczne nie są budowane a istniejące remontowane. Czytając tablice w Odrarium czułam co najmniej niesmak. Zupełnie przemilczano kilkadziesiąt lat życia kilku pokoleń marynarzy. Pominięto walory transportowe  rzeki, zapominając, że transport śródlądowy mógłby znakomicie odciążyć przeładowane drogi i zakorkowane miasta. A najgorsze, że na przeciwległych szalach stawia się dobrostan nadrzecznych ekosystemów oraz transport jakby to się wzajemnie wykluczało.
        Po kilku godzinach spędzonych w ZOO szliśmy już zmęczeni do wyjścia i starszy syn wymieniał jakie widział zwierzęta. Mówił, że widział zebry, żyrafy, lwy, rekiny, płaszczki, kolorowe ryby, hipopotamy, krokodyle, syreny, czyli manaty, pingwiny, kotiki, foki, nosorożce, surykatki, niedźwiedzie, wilki, kangury i już chyba więcej nie pamięta. Na to młodszy syn, maszerujący kilka kroków za nami, krzyczy rozczarowany, że on nie może iść jeszcze do domu, bo nie widział jeża :lol:

Licytacja

        Kilka dni temu odwiedził mojego syna kolega z podwórka. Chłopiec jest starszy od niego o jakieś dwa lata i mój pięciolatek bardzo chciał mu czymś zaimponować. Zwłaszcza, że tato kolegi jest rolnikiem i syn trochę mu zazdrości tych wszystkich maszyn rolniczych, o których sam marzy.
        Syn pokazywał swoje najlepsze zabawki, klocki i gry ale ciągle nie robił wrażenia na koledze, który wszystko komentował bez entuzjazmu, że już takie widział, albo ma takie tylko lepsze. Tak bywa. Znam już tą dziecięcą licytację kto co ma lepsze. I choć widać było, że koledze aż się oczy świecą do niektórych zabawek to ze stoickim spokojem i lekkim znudzeniem oczekiwał kolejnych atrakcji. Przyznam, że aktorem był dobrym, więc syn szukał coraz lepszych sposobów, aby zaimponować koledze. W pewnym momencie chłopak chciał skorzystać z toalety, lecz wtedy Pawełek zagrodził mu drogę. Zdziwiłam się i podglądałam z kuchni co się będzie działo. Syn stanął w rozkroku, rozłożył ręce i wyjątkowo poważnym głosem powiedział: Nie możesz tu wejść. Musisz iść na górę bo tu jest mój bardzo groźny pies. I to był strzał w dziesiątkę, bo kolega nie ma żadnego zwierzaka, a tym bardziej wyjątkowo groźnego psa. Syn widząc, że wreszcie czymś zaimponował, zaczął kontynuować swoje przedstawienie. Opowiadał, że tylko on może wejść i pogłaskać Sabę, bo ona jest bardzo duża i bardzo groźna. Chłopiec zląkł się nieco, ale Pawełek go uspokoił: Spokojnie, ze mną ci nic nie zrobi ale nie podchodź, możesz tylko zajrzeć. Po czym uchylił lekko drzwi, a że Saba była przed strzyżeniem, więc jej kudły sprawiały, że wyglądała na większą. Ponadto ci co znają naszą przygarniętą sunię, wiedzą, że jest psem po przejściach i obcy ludzie ją przerażają, więc na widok nieznanego dziecka, zaczęła nerwowo kręcić się na posłaniu i przełykać ślinę a syn dodał: Widzisz, już się złości, zamknę ją. Dodał jeszcze: Saba, spokojnie, to mój kolega, nie ruszaj go, czym wzbudził podziw kolegi.
DSC_0349
        Znając prawdę, myślałam, że skonam ze śmiechu za ścianą, ale widząc jak bardzo wcześniej Paweł próbował zaimponować znudzonemu koledze, nie zdradziłam go. Zwłaszcza, że po tej scenie kolega już nie zgrywał ważniaka, tylko poszli razem bawić się w pokoju syna.

Dziecięca empatia

        Mój syn ma za kilka dni urodziny. Dzwoniłam do mamy jego kolegi, aby zaprosić go na domówkę, jak to nazwały moje dzieciaki. Jednak okazało się, że Jasiu zachorował i leży w szpitalu. Syn zrobił wielkie oczy, wyraźnie się zmartwił, bo sam kiedyś też trafił do szpitala i nie wspomina mile tego pobytu. Widziałam, że męczyła go ta wiadomość. Porozmawialiśmy na temat jego kolegi, że na pewno szybko wyzdrowieje i niebawem spotkają się na wspólnej zabawie.
        Rano, Pawełek zaraz po przebudzeniu stwierdził, że musi coś narysować dla Jasia i damy to jego tacie, żeby zawiózł Jasiowi do szpitala. Siedzi właśnie i produkuje kolejne rysunki, zastanawiając się co jeszcze ucieszy Jasia. Wyciągnął też kilka swoich książeczek, które już przeczytał a „są fajne i spodobają się Jasiowi”. Zaskoczył mnie tym, bo raczej nie jest skory do dzielenia się. Prędzej jego starszy brat odda wszystkim serce na dłoni, niż Pawełek podzieli się zabawkami. Ale mocno się przejął na myśl o koledze w szpitalu. Cieszy mnie jego zdolność współodczuwania.
        Właśnie zajrzałam do pokoju syna. Nazbierała się spora paczuszka dla Jasia. Mam nadzieję, że wywołamy tym sposobem uśmiech na jego twarzy.

Bezrobotna mama

        Oj ciężki był pierwszy poranek po świąteczno – noworocznym leniuchowaniu. Od kilku dni starałam się kłaść i budzić dzieci coraz wcześniej, ale mimo to, dzisiaj zabrakło im przynajmniej godzinki snu. Krążyłam miedzy ich pokojami starając się przebić przez mocne objęcia Morfeusza. Jak udało nawiązać się kontakt ze starszym to chwilę potem zastawałam młodszego opatulonego kołderką. Jak przebiłam się do młodszego, to starszy zdążył już zasnąć ponownie twardym snem.
- Paweł, Paweł, Pawełku – szepczę choć, z każdym kolejnym Paweł już coraz głośniej
- Cooo o – słyszę spod kołdry – nie widzisz, że śpię!
- Widzę, ale już pora wstawać
- Nie! – krótko i stanowczo
- A ile dni zostało do twoich urodzin – próbuję niezawodnego sposobu z czasu adwentu, gdy syn odliczał dni do Wigilii i rankiem zrywał się na równe nogi bo na kalendarzu sprawdzał ile jeszcze zostało mu czekoladek do zjedzenia. Ale tym razem słyszę bez entuzjazmu:
- Nie wiem, sama policz, kalendarz jest na ścianie.
Hmm, czeka mnie mocne starcie – pomyślałam. U starszego też nie ciekawiej, bo miał porannego focha a trzeba wiedzieć, że jego foch nawet świętego pozbawiłby spokoju ducha. W końcu w desperacji, odsłaniając zasłony wydałam kilka okrzyków, że niby coś niesamowitego widzę. A że widziałam tylko pole i las, nawet saren nie było, to mocno wczułam się wyrażanie swojego zachwytu. Widocznie byłam bardzo wiarygodna, bo chłopcy zerwali się zaciekawieni, co takiego matka widzi, że tak pieje nad tym. A w tym momencie niebo zaczęło robić się purpurowo złote i pojawił się przepiękny wschód słońca. Na szczęście dzieci nie uznały, że matka zwariowała, bo widok faktycznie był piękny. Swój cel osiągnęłam, dzieciaki wygramoliły się z łóżek i dalej jakoś poszło.
Przypomniałam sobie też pierwszy poranek w naszym nowym domu. To też było po długim weekendzie, bo przeprowadzaliśmy się w Dzień Niepodległości i następnego ranka dzieci miały lenia i starały się ugrać pozostanie w domu.
- Mamo, ale ja dzisiaj nie muszę iść do przedszkola – zaczął swój wywód młodszy
- Jak to nie musisz? Dzisiaj już nie jest wolne, jest normalny dzień tygodnia i dorośli idą do pracy a dzieci do szkoły i przedszkola – wyjaśniałam
- Ale ty już jesteś bez pracy, więc będziesz siedziała w domu to ja też z tobą posiedzę – skwitował syn
- Jak to bez pracy? – zdziwiłam się
- No przecież pracowałaś na budowie, budowałaś dla nas domek. A teraz już tu mieszkamy, budowa skończona i jesteś bez pracy – całkiem logicznie zauważył syn
Wtedy co prawda budowa nie była jeszcze skończona, bo wprowadziliśmy się na plac budowy, ale teraz już wszystko jest skończone i faktycznie zostałam bez pacy. W związku z tym wertuję teraz ogłoszenia i produkuję swoje aplikacje. Zobaczymy jak to będzie.

Z lekkim przymrużeniem oka

        Byliśmy wczoraj na Orszaku Trzech Króli. Chłopcy początkowo zaciekawieni, bo ich ulubiona kolęda jest o tym jak to Trzej Królowie jadą, złoto mirre kładą, jednak chwilę pooglądali przeciskający się tłum (doprawdy nie wiem skąd starsze panie mają tyle pary) i chcieli wracać do domu. Najbardziej spodobały im się papierowe korony rozdawane podczas Orszaku. W domu dopasowaliśmy korony do naszych głów, chłopcy stwierdzili, że jesteśmy trzej królowie i jedna królewna i możemy tak przyozdobieniu czekać na kolędę.
        Trochę obawiałam się naszej pierwszej w nowym domu wizyty duszpasterskiej, bo nasz poprzedni proboszcz był osobą tak antypatyczną, że skutecznie nas do kościoła zniechęcał. Na tyle skutecznie, że jak w Wigilię Babcia powiedziała chłopcom, że wieczorem idziemy na pasterkę, młodszy z dumą wykrzyknął:
- My już byliśmy w kościele!
- Jak to? Kiedy? To już była pasterka dla dzieci – dziwiła się babcia, bo w jej parafii pasterki dla dzieci są o szesnastej a było dopiero południe.
- Mamo, kiedy byliśmy w kościele? – młodszy syn  potrzebował podpowiedzi
- Ze święconką – wyjaśniłam
- Ach wy bezbożniki – Babcia lekko zmarszczyła choć rozbawiła ją szczerość i powaga wnuka
- Ale Babcia, ja już byłem w kościele, wiem jak wygląda  i tam jest straszna nuda- wyjaśniał
Babcia opowiedziała wnukowi o życiu kościoła, zaciekawiła go szopką a do tego nasz nowy proboszcz okazał się osobą niezmiernie sympatyczną i ciepłą i też opowiadał o szopce i o dzieciach w kościele, że chłopcy zapytali, kiedy możemy się tam wybrać. Mąż oczywiście dodał pod nosem, że już niedługo Wielkanoc :-)
 
P.S. Opisana sytuacja nie odzwierciedla pełni naszego stosunku do kościoła i wiary, ma jedynie oddać komizm pewnej rozmowy i tak należy ją traktować i nie wyciągać dalekosiężnych wniosków ;-)

Leniuchujemy

        Leniuchujemy tak bardzo, że trochę mi wstyd. Ale po miesiącach ciężkiej pracy, w końcu człowiek musi odpocząć i nacieszyć się swoim domem. A dzieci chcą się nacieszyć mamą, która w końcu nie gania po składach budowlanych, nie jeździ 5 razy dziennie na budowę i nie wertuje internetu w poszukiwaniu idealnego dywanu czy lampy. Wykorzystujemy przerwę świąteczną w szkole i robimy sobie swoje rodzinne święto. Mąż przyłącza się do nas dopiero wieczorami, bo ktoś musi pracować aby bawić się mógł ktoś, więc dzielnie walczy z terminowym rozliczeniem i odgraża się, że jak tylko zamknie w firmie rok, to wyjedziemy w góry. No tak, warto byłoby już chłopców nauczyć jeździć na nartach. Starszy nie może się doczekać a młodszy ma lekkiego pietra. Kilka dni temu szukałam dla dzieci kursu nauki pływania. Starszy Filipek oczywiście ucieszył się bardzo i już roztaczał wizje jak będzie skakał do wody i szalał na basenie a Pawełek powiedział, żeby go nie zapisywać.
- Jak to, nie chcesz nauczyć się pływać – dopytywał Filip
- Nie chce, bo już umiem
- Nie umiesz
- Umiem, bo pływałem nad morzem – wyjaśniał Paweł
- Nie pływałeś, bo rękami dotykałeś dna
- W wannie też umiem pływać
- Ale w wannie się nie pływa. A jak będziemy płynąć promem i on zacznie tonąć to co? To też się utopisz! – przewidywał Filip
- Nie utopię, bo wejdę do szalupy
- A jak zabraknie szalup tak jak na Titanicu?
- Dla mnie nie zabraknie, bo pierwszych ratują kobiety i dzieci
- A jak będziesz dorosły i nie będziesz umiał pływać to może dla ciebie zabraknąć szalupy
- To wtedy nie będę płynął statkiem – Paweł uciął dyskusję
Po czym podszedł do okna, sprawdził czy nadal nie ma śniegu i powiedział, żeby jego zamiast na naukę pływania, zapisać na naukę jazdy na nartach, ale dopiero jak spadnie śnieg. Ciekawe co dzisiaj wymyśli, bo właśnie spadł biały puch i jest bajkowo.

Sam się nauczyłem

        Mój młodszy syn, który ma 4 i pół roku, właśnie nauczył się jeździć na prawdziwym rowerze. W końcu. Bo muszę przyznać, że gdyby mniej kręcił jęzorem a więcej nogami to jeździłby już rok temu. Ale skoro on miał tyle do powiedzenia: „trzymaj mnie, ale nie mnie tylko rower, źle trzymasz, puść, dlaczego mnie puszczasz, przez ciebie się przewracam, nie mogę kręcić pedałami bo mnie trzymasz, jak mnie puszczasz to upadam”, to nauczył się dopiero rok później.
        Ze starszym synem było dużo prościej. Wyrósł z rowerka biegowego i stwierdziłam, że nie ma najmniejszego sensu kupować mu większego modelu. Dostał na urodziny normalny rower a nauka jazdy trwała kwadrans. W zasadzie wsiadł na nowy rower, popróbował trochę odpychać się tak jak na rowerku biegowym, ale pedały mu przeszkadzały, więc krzyknęłam, żeby położył nogi na pedały i kręcił. Posłuchał i pojechał. Potem trenował ruszanie i hamowanie, ale utrzymywać równowagę nauczył się już dużo wcześniej, na rowerku biegowym właśnie. Teraz wiem, że lepszy byłby rowerek biegowy z ręcznymi hamulcami, bo dziecko od razu uczy się ich używać. Moi chłopcy zatrzymywali się szorując butami po asfalcie i potem musieli się tego oduczyć.
        Na podstawie naszych doświadczeń mogę powiedzieć, że największą pomyłką jest kupowanie dziecku rowerka z bocznymi kółkami. To znacznie wydłuża naukę utrzymywania równowagi. Mój starszy syn jeździł kilka dni na takim rowerze i zauważyłam, że się uwstecznia, nie dba o równowagę bo i tak trzymają go kółka. Szybciutko odkręciliśmy niepotrzebny sprzęt i zaraz potem jeździł bez kółek. Niezbyt dobrym rozwiązaniem jest też kij z tyłu roweru i bieganie za dzieckiem. Młodszemu kupiliśmy taki specjalny uchwyt, bardzo wygodny dla rodzica ale według mnie dziecku tylko utrudniał naukę jazdy. Gdy syn miał przypięty uchwyt, całkowicie zdawał się na mnie. A gdy czasem udawało mu się złapać równowagę i puszczałam go, uchwyt działał jak ogon u kota, tylko zamiast pomagać, przeciążał go na jedną stronę.
        Najszybsza i najprostsza metoda nauki jazdy na rowerze, to wcześniejsza nauka utrzymywania równowago na rowerku biegowym, najlepiej wyposażonym w ręczne hamulce. Potem wystarczy, że dziecko trochę się poodpycha na zwykłym rowerze, nabierze prędkości i może jechać. Młodszemu pomagałam ruszać ale przytrzymywałam go pod paszkami aż nabrał prędkości i od razu puszczałam, żeby sam jechał a nie zdawał się na dorosłego czy jakieś sprzęty. A gdy już potrafili sami jeździć, pokazałam im jak najprościej ruszyć, czyli położyć jedną nogę na pedale a drugą odpychać się jak na hulajnodze, a gdy już trochę się rozpędzi to druga noga na pedał i jazda. Pokazałam też wcześniej dzieciom, że gdyby cokolwiek się działo, tracili równowagę, to nogi na ziemię. Mówiłam im, że to są ich pasy bezpieczeństwa. Chłopcy bardzo szybko nauczyli się, że muszą sami dbać o to, żeby nie upaść. Mama, choć jest blisko, może nie zdążyć ich złapać. Wiedzą, że muszą być samodzielni. Znają sposób ratowania się z opałów, więc czują się bezpiecznie. Dzięki temu, nie biegam już przy nich tylko jeździmy całą rodziną po naszej wsi. Mogę jadąc za dzieckiem czuwać nad jego bezpieczeństwem, a to dużo przyjemniejsze.
        A jakie spostrzeżenia mają chłopcy? Twierdzą, że najlepiej jeździ się na rowerze z pedałami. Według starszego syna, boczne kółka nie są fajne, bo się za wolno jedzie i trzeba mocniej naciskać na pedały. A ten kij, to mamo oddaj komuś, bo mi tylko przeszkadza, mówił młodszy. A moja obserwacja jest taka, że dzieciaki uwielbiają rowerki biegowe. Skoro obaj jeżdżą na prawdziwych rowerach, uznałam, że można oddać komuś ich stary rowerek biegowy. Ale usłyszałam głośne protesty. Zapowiedzieli, że będzie jeszcze na nim jeździć i o dziwo, nawet gdy odwiedzają ich starsi koledzy, wszyscy chcą po ogrodzie jeździć na malutkim rowerku biegowym. Prawie szorują kolanami ale każdy chce zrobić rundkę i zjechać z górki na pazurki z nogami w górze.
        I na koniec nieco bulwersująca mnie wypowiedź młodszego syna. Dumna z siebie pytam:
- Kto cię nauczył jeździć na rowerze?
- Nikt, sam się nauczyłem.
- Jak to? Przecież to mama pokazała ci jak jeździć na rowerze, to ja cię uczyłam wszystkiego.
- Ty mi pokazałaś, ale nauczyłem się sam.
- A to, że ci pokazałam, to nie znaczy, że cię nauczyłam.
- Nie, sam się nauczyłem.
Po chwili ciszy syn dodaje.
- Ale dobrze mi pokazałaś, dlatego szybko się nauczyłem.
Początkowo zbita z tropu, po przemyśleniu jednak musze przyznać mu rację. Faktycznie sam się nauczył. Sam ćwiczył jak ruszać, jak hamować, ja mu tylko pokazałam metodę ale umiejętność zdobył sam.

Pawełek i ślimaki

        Pawełek chciał mieć swoje zwierzątko. Na nic były tłumaczenia, że mamy dwa psy i kota. Nie ważne, że Choćka, czyli niedawno przygarnięta sunia, śpi z nim i bawią się razem. Pawełek stwierdził, że ona ciągle za dorosłymi chodzi a on chce mieć tylko swoje zwierzątko. Kombinował, ale rodzice nie zgadzali się na żadne chomiki, króliki czy ptaki. Sama w dzieciństwie miałam odwrotną sytuację, bo rodzice nie zgadzali się na psa w bloku, więc żeby uciszyć moje jęczenie, co dwa lata kupowali mi nowego chomika. Niestety te zwierzątka nie żyją zbyt długo i regularnie przeżywałam traumę po śmierci pupila. Obiecałam sobie, że nie zafunduję dzieciom takiej huśtawki emocjonalnej i zgodzę się na psa i kota. Jednak okazuje się, że chłopcy nasze zwierzaki traktują jako członków rodziny a oni chcieliby mieć jakieś tylko swoje zwierzątko. Starszy coś wspominał o króliku, na którego nawet mogłabym się zgodzić, ale mąż ma złe doświadczenia z pogryzionymi kablami i stanowczo zaprotestował.
        Pewnego dnia, podczas przejażdżki rowerowej, Paweł nagle się zatrzymał bo zobaczył ślimaka. Ale tego brązowego, wstrętnego, ociekającego śluzem. Na nic moje wzdryganie się i tłumaczenie, zebrał wszystkie napotkane ślimaki i zabrał do domu. Zapakował je do słoika i mimo tego, że wszyscy krzywili się z obrzydzeniem, postawił w pokoju. Udało się go przekonać, że ślimaki śpią na dworze, więc wystawił je na taras. Rano oczywiście żadnego nie było już w słoiku ale spotykał je w ogrodzie, więc uspokoił się, że nie uciekły. Wszyscy tępią te potwory a mój syn znosi je do ogrodu.
        Krótka przygoda ze ślimakami nie zaspokoiła jednak jego potrzeby posiadania tylko swojego zwierzątka, dlatego był bardzo uradowany, gdy uratowaliśmy od śmierci ślimaka winniczka. Jadąc na budowę, Pawełek wypatrzył przechodzącego przez jezdnię ślimaka a kawałek za nami jechał wielki traktor. Ślimak zapewne zostałby zmiażdżony, ale krzyki dziecka sprawiły, że zatrzymałam się i szybko zgarnęłam go z drogi, a biegnąć do auta zauważyłam drugiego, mniejszego. W ten sposób uratowaliśmy mamusię z dzidziusiem.
DSC_9614
        Ślimaki mieszkały przez kilka dni w słoiku na tarasie. Pawełek karmił je sałatą, truskawkami i poił wodą. Dowiedzieliśmy się, że ślimaki piją przez skórę a liść sałaty zjadają w kilka minut. Jednak największym odkryciem było to, że ślimaki robią wielkie kupy. Ledwo coś zjedzą, to zaraz wydalają długie nitki stolca. Czterolatek początkowo zafascynowany swoimi zwierzątkami, po kilku dniach i po kolejnej długiej kupie, zniesmaczony stwierdził, że chyba mama z dzidziusiem wolą mieszkać na trawce. Ulżyło mi i cieszę się, że skończyło się tylko na ślimakach. Dobrze, że nie zgodziłam się na żadnego gryzonia, bo te zwierzaczki często też rozczarowują dzieci. Moje chłopaki są jeszcze za mali na zwierzątka wymagające większej opieki, na wszystko przyjdzie czas. Pamiętam jednak dobrze, jak sama pragnęłam tylko swojego zwierzątka, więc zagryzłam zęby i przeżyłam przygodę ze ślimakami.

Deszcz w kąpieli

        Przez ostatnie kilka dni byłam słomianą wdową. Mąż wyjechał służbowo i zostałam z dziećmi i zwierzakami sama, ale na szczęście mieszka jeszcze z nami siostrzenica męża, więc przynajmniej po południu miałam zapewnioną pomoc przy dzieciach.
        Na budowie dużo się dzieje. Przyszedł akurat moment na zamawianie dachówki, okien, wybór kolorów, wyceny, więc mam co robić. Do tego jeszcze zobaczyłam, że całe tabuny mszyc obsiadły powojniki, roże i jaśminowce. To nie mogło czekać, musiałam zrobić oprysk od razu. Zajęło mi to sporo czasu, bo ogród mamy bujnie zarośnięty. Wieczorem byłam już tak padnięta, że prawie przysnęłam, gdy chłopcy brali kąpiel. Otrzeźwił mnie ich wyjątkowo głośny rechot. Wchodzę do łazienki, ale nie widzę niczego niepokojącego. Uśmiechnięte chłopaki stoją w wannie, młodszy trzyma prysznic, obaj mają mokre włosy, co jest trochę dziwne, bo nie lubią mycia głowy, ale może się już przekonują do tego. Po chwili czuję, że coś na mnie kapie, a młodszy cieszy się, że zrobił deszcz. Patrzę w górę a cały sufit mokry i pojedyncze, duże krople lecą mi na twarz. No i nie wiadomo czy śmiać się czy płakać. Chłopcom strzeliłam pogadankę i szybko powycierałam sufit, dostrzegając przy tym, że był już lekko zakurzony. Nie ma tego złego… – pomyślałam – przynajmniej mam z głowy mycie sufitu. Moja metoda mycia jest dużo bardziej pracochłonna, nigdy nie wpadłam na to, żeby polać sufit wodą i szybko zetrzeć. Ale mam nadzieję, że chłopcy drugi raz nie zapragną takiej deszczowej kąpieli.
        Przy okazji przypomniałam sobie o mojej bliskiej koleżance, które mieszka obecnie sama z ośmiomiesięcznym synkiem, psem i kotem, w bloku, na siódmym piętrze. A oprócz tego robi różne zlecenia, żeby nie wypaść z rynku i jakoś wesprzeć swój budżet. Pamiętam, że bardzo nie lubiłam wyjazdów męża, gdy chłopcy byli młodsi. Ale on wyjeżdżał na 2-3 dni, a samotne mamy są stale same. Podziwiam mamy, które ogarniają dzieci i dom a przy tym nie mają w pobliżu partnera czy kogoś z rodziny.
        A poniżej efekt porannej sesji fotograficznej. Młodszy syn jest zachwycony przygarniętym małym pieskiem. Sunię czeka w przyszłym tygodniu sterylizacja a po zagojeniu się rany będzie gotowa do adopcji, choć widzę, że to będzie bardzo trudne. Nie obawiam się braku chętnych, bo sunia jest sympatyczna i bezproblemowa, ale dzieciaki coraz bardziej się do niej przywiązują. Młodszy chce z nią spać a starszy powiedział kolegom w przedszkolu, że ma nowego psa. Sunia chce stale być blisko nas i odwozi ze mną dzieci do przedszkola. Wczoraj wyskoczyła z auta i koledzy Filipa zobaczyli ją. Wzbudziła ogromny zachwyt a syn z dumą powiedział, że to jego pies. Oczywiście młodszy szybko dodał: nasz.
No i co to będzie za dwa tygodnie, gdy trzeba będzie się rozstać.DSC_9441
DSC_9447

Karaluszki pod poduszki

Ostatnio chłopcy byli trochę niewyraźni, więc żeby nic poważniejszego się nie rozwinęło zostawiłam ich w domu. Starszy trochę gorączkował, młodszemu szkliły sie oczy i miał lekko podniesioną temperaturę, ale jakoś się wykaraskali i nic ich na dobre nie rozłożyło. Jednak ostatecznie spędzili tydzień w domu. Oczywiście dokazywali na całego, bo mama miała sporo przedświątecznych zajęć i sami sobie zapewniali rozrywkę. W ruch poszły farby, plastelina, nożyczki, klej i robili świąteczne ozdoby. Trochę też rozregulował im się dzienny rytm, bo nie musieli się rano zrywać ale potem też im się nie chciało wieczorem spać. Gdy minął tydzień domowej laby i wiedziałam, że rano będą musieli wcześnie wstać, chciałam ich położyć o odpowiedniej porze. Oczywiście oni mieli inną wizję i wieczorny rytuał trwał trochę dłużej niż zwykle. Gdy młodszy już spał, ucałowałam starszego syna i poszłam na dół, bo on już sam zasypia i nie trzeba mu towarzyszyć. Zaczęłam trochę ogarniać w kuchni a mąż czyścił piec w kotłowni. Nagle mignął mi w salonie jakiś cień. Wyjrzałam, ale zobaczyłam tylko maszerującego dumnie kota. Gdy skończyłam prace w kuchni, usiadłam w salonie i wtedy mignął mi cień między jadalnią i kuchnią a potem usłyszałam brzdęk talerza z kotletami. Pies leżał koło mnie, kontrolnie uniósł głowę a ja sprawdziłam, gdzie jest kot. Lecz ten spał  na kanapie, więc to nie on był tym razem złodziejaszkiem. Miałam pewne podejrzenie co do źródła hałasów a tupot bosych stóp utwierdził mnie w tym przekonaniu. Kątem oka zobaczyłam drobną sylwetkę syna znikającą pod stołem w jadalni. W tym momencie wszedł mąż i pyta:
- Śpią?
- Prawie śpią. Tylko jakiś wielki karaluch siedzi pod stołem – żartuję sobie, bo zwykłam mówić na dzieci karaluszki
- No to wywal go. Co znowu się boisz?
- W sumie to wystraszył mnie trochę
Mąż zagląda pod stolik kawowy
- Nic nie widzę, chyba zwiał już, ale to pewnie nie był karaluch tylko taki czarny robak
- Jak nic karaluszek, mówię ci – upieram się
- No to dupa, na karaluchy najlepsza wyprowadzka, ale my dopiero za rok się wyprowadzamy
- Myślisz, że zostaną tutaj? Jak znam życie to trudno będzie się ich pozbyć :lol:
- To fakt, ponoć wleką się za człowiekiem wszędzie. Gdzieś mam taki psikacz na robale - mówi i  zagląda do szafki
W końcu nie wiem czy mąż już chwycił i kontynuuje moje żarty, czy nadal wierzy w karalucha i syna zaraz potraktuje trucizną, więc dla wyjaśnienia, mówię, żeby zajrzał pod stół w jadalni, bo słyszę jak tam mój karaluszek już się dusi, żeby nie wybuchnąć śmiechem.
Mąż zagląda i zdumiony woła: ach to taki karaluszek tu siedzi i po opanowaniu ogólnej radości, śmiechów i gilgotek, zaniósł tego naszego małego złodzieja kotletów do łóżka.