Archiwa kategorii: baba na budowie

Marynistyczna łazienka

DSC_1345Tym razem przedstawiam dolną łazienkę, która z założenia jest również łazienką dla gości. Choć jest wciśnięta we wnękę pod schodami, odpowiednie wykorzystanie każdego centymetra pozwoliło uczynić z niej bardzo funkcjonalne miejsce. Zależało mi na zmieszczeniu w niej prysznica, gdyż według mnie dwa prysznice w domu zwiększają wygodę. Wnękę na natrysk wydzieliłam po lewej stronie drzwi zmniejszając w ten sposób sąsiednie pomieszczenie gospodarcze. Aby zrekompensować sobie uszczuplony gospodarczy, zabudowałam szafkami wnękę pod schodami. Odpowiednia głębokość szafek i ich rozkład pozwoliły nie zagracić dość małej łazienki a jednocześnie znalazło się miejsce na środki czystości, miski, wiaderka, odkurzacz i mop. Ponadto starałam  się urządzić wnętrze w niebanalnej stylistyce, aby mimo niewielkich rozmiarów cieszyło oko. Teraz chyba każdy się domyśli, że uwielbiam morskie akcenty.

 Łazienka, jest naprawdę niewielka. Wiele osób widząc ją na etapie budowy zastanawiało się jak chcę tam zmieścić choćby umywalkę, bo jest bardzo wąska ale poprzez odpowiednie urządzenie, nie odczuwa się tego.

DSC_1367

Widok od strony drzwi, po lewej stronie jest wnęka z prysznicem a po prawej schowane są pojemne szafki, których nie widać wprost z wejścia. Dzięki temu przestrzeń wydaje się być bardzo uporządkowana.

DSC_1359

Widok od strony prysznica na szafki pod schodami.

DSC_1354

Moje ulubione akcenty marynistyczne

DSC_1356Widok od strony szafek.

DSC_1344

Widok na prysznic, za plecami miałam już ścianę, więc trudno pokazać jego gabaryty, ale jest bardzo wygodny, bo w rozmiarze 70×100.

Dodam tylko, że projekt łazienki w całości jest mój. Dzięki temu ma zapewne tak niepowtarzalny charakter. Mnie bardzo podoba się to wnętrze i jestem z niego dumna, ale wiadomo wszystko rzecz gustu ;-)

Wyczekana komódka

        Długo na nią czekaliśmy ale w końcu jest. Bez niej mycie zębów nie było wygodne, sterczeliśmy zgarbieni nad wanną. Mąż jeszcze musiał się golić w niewygodnej pozycji. Za to dzieci wykorzystały bidet i początkowo używały go jako swojej umywalki. Aż przyszedł ten dzień i stolarz przywiózł komodę pod umywalkę.
        Zdecydowałam się na takie rozwiązanie, gdyż nie mogłam znaleźć niczego sensownego i w rozsądnej cenie. Miejsca na umywalkę mamy sporo więc chciałam, żeby była szeroka, przynajmniej  metrowa. Wszystkie szafki pod takie umywalki były albo z drzwiczkami i dwiema półkami w środku albo z dwiema głębokimi szufladami. Do tego były dość drogie a według mnie mało funkcjonalne. A ja chciałam mieć komódkę z czterema płytkimi szufladami. Do środka włożyłam wkłady na sztućce, dzięki którym bardzo łatwo utrzymać porządek i w ten sposób każdy ma swoją przegródkę na szczoteczkę do zębów. Mąż ma uporządkowane przybory do golenia i nie ustawia ich na umywalce, dzięki czemu miejsce to wygląda bardzo estetycznie. W następnej szufladzie mam swoje królestwo do malowania i układania włosów i tak dalej w kolejnych szufladkach.
        Trochę się wyczekaliśmy na tą komódkę, bo długo szukałam czegoś gotowego, aż tuż przed samą przeprowadzką zamówiłam ją u stolarza bo jednak nie chciałam wydawać kilkuset złotych na coś mało funkcjonalnego. Teraz wiem, że warto było czekać i polecam wszystkim takie rozwiązanie.
DSC_1205
DSC_1197
DSC_1200

Oswajamy nowy dom

Milczę i milczę już od miesiąca a tak dużo się u na dzieje. Ale dzień za krótki, aby ze wszystkim się wyrobić i człowiek po nocach nadrabia, więc nie ma kiedy pisać.
        Mieszkamy już w nowym miejscu i stopniowo je udomawiamy a siebie oswajamy z nowymi wnętrzami. Człowiek musi się przyzwyczaić co, gdzie stoi w kuchni, gdzie wisi ręcznik w łazience, a gdzie najlepiej odkładać klucze. Utrudnia nam to trochę fakt, że wiele rzeczy nie ma jeszcze swojego stałego miejsca, bo nie wybrałam jeszcze wieszaków na ręczniki a w kuchni co rusz robię roszady, bo szukam optymalnego rozłożenia przyborów.
        Dzieci całą przeprowadzkę znoszą bardzo dobrze i nie tęsknią za starym domem. W przeciwieństwie do mnie, bo wylałam sporo łez patrząc na posprzątane, stare kąty. Spędziłam samotne dwa dni w byłym domu. Szorowałam go na błysk a jednocześnie wspominałam różne chwile tam przeżyte. Panującą ciszę przerywały hałasy zza ściany, przypominające, że to bliźniak i utwardzające mnie w przekonaniu, że dobrze zrobiliśmy sprzedając dom. Ale z drugiej strony, żal mi było ogrodu i doskonałej lokalizacji. Cóż, rośliny urosną również na nowej działce, a wcale nie jest przesądzone, czy za jakiś czas znowu nie sprzedamy domu i nie wrócimy na stare śmieci.
        Na razie trzeba trochę odpocząć po budowie i nacieszyć się nowym domem. A powoli zaczynamy się cieszyć, bo w końcu zaczyna być po domowemu. Pierwsze dni były najgorsze. Nie mieliśmy kuchni, drzwi wewnętrznych, umywalek i rolety w oknie w łazience. Gotowanie wówczas zupełnie sobie odpuściłam. Po kilku dniach na suchym prowiancie, domowe obiadki zaczęły wszystkim lepiej smakować i teraz jadamy całą rodziną przy stole. Biorąc prysznic człowiek czuł się jak na pływalni, gdzie wszystkie kabiny są otwarte. Nie mamy standardowej kabiny prysznicowej, tylko prysznic jest wydzielony za ścianką, a jak dodać do tego brak drzwi i rolet w oknie, to robi się ciekawie. Na szczęście drzwi przyjechały wcześniej niż było planowane, pan od rolet też szybciutko zrobił swoją pracę i już nie muszę obwieszać okna i drzwi jakimiś szmatami.
        Z prac do wykonania zostały nam jeszcze schody, które panowie właśnie montują i po których ponoć lepiej nie chodzić. Najlepiej nad nimi lewitować bo wszystko może je porysować a zwierzęta w domu to już w ogóle porażka. Panowie właśnie mnie uświadomili, że wybrałam taki kolor, co to na nim wszystko widać, każdą ryskę a naprawić to się tego nie da, bo jeszcze gorzej będzie. „Piękne sobie pani schody wybrała ale szkoda, żeby zaraz były porysowane, więc lepiej nie chodzić” – słyszę od nich co chwilę. Zamieszkamy w salonie, w końcu mamy tam rozłożony materac, więc spać jest od razu na czym. A materac mamy rozłożony dlatego, że nasze kanapy pojechały do renowacji i słuch po nich zaginął. Pan obiecywał, że zabierze jedną kanapę ze starego domu, obije ją nowym materiałem, przywiezie do nowego domu i wtedy zabierze drugą kanapę i za kilka dni też ją przywiezie. Mąż się ucieszył, bo w ten sposób sprawę przewożenia kanap miał z głowy. Miały one jechać trochę dłużej a w międzyczasie ulec odnowieniu. Ale koniec końców Pan zabrał od razu wszystkie kanapy bo tak ponoć będzie szybciej ale już są spóźnione ponad tydzień. Mają być jutro, choć dzieci wcale się z tego nie cieszą, bo teraz mają fantastyczną trampolinę w salonie. Psy też nie narzekają, bo materac traktują jak wielkie legowisko, a i my w końcu na ich poziomie przebywamy. I ja też muszę przyznać, że taki wielki materac przed telewizorem to super sprawa, człowiek się wyciągnie wygodnie a mimo wszystko, dla każdego starczy miejsca. Tylko trochę gorzej się z niego wstaje.
        A pozostając w temacie wstawania, to dzieciom bardzo dobrze śpi się w nowych pokojach. Obawiałam się, że nie będą chciały spać osobno, bo wcześniej mieli wspólny pokój. Pierwszego wieczoru nie mieliśmy jeszcze złożonego łóżka, więc rozłożyliśmy ich materace w pokoju młodszego, ale starszy zaprotestował i powiedział, że on śpi w swoim pokoju. Młodszy przytaknął, że on się nie zgadza, żeby ktoś spał w jego pokoju i każdy ma spać u siebie. Bez żadnego strachu i płaczu przespali noc w swoich nowych pokojach.
        I kończąc już, oprócz schodów, zostały nam do zrobienia listwy przypodłogowe na dole, kominek i cała masa dupereli takich jak powieszenie lamp, które najpierw trzeba kupić a powoli nie ma za co. Podobnie jest z zasłonami, ale tutaj gorzej bo nie mogę znaleźć do salonu takich jak sobie wymyśliłam i jednak trzeba będzie je szyć. Materiał już zamówiony. Do szycia będą też poduszki i serwetki na stół a wszystko z tego samego, marynistycznego materiału. Zapowiada się ciekawie, w kolejnych wpisach zaczną się zdjęcia, o które już mnie podpytujecie ;-)

Kot przeprowadził się pierwszy

        Nasza kocica została wyznaczona do misji specjalnej ponieważ przenosząc meble z garażu do pokoi, zobaczyliśmy na nich ślady bytowania gryzoni. Inaczej mówiąc, świeże kupy. Panowie od wykończeniówki mówili nam, że myszy pchają się z pola do domu. W końcu zbliża się zima, a że miały garaż wiecznie otwarty to się wprowadziły. Liczyłam na to, że nie wejdą na salony, ale im się luksusów zachciało, więc prędzej czy później, czeka je spotkanie z naszym kotem.
        Wolę prędzej, bo nie chcę oglądać tej rzezi niewiniątek. Bromba, mimo dojrzałego wieku, jest bardzo łowna, co zawsze udowadnia zostawiając nam prezenty na tarasie. Teraz ma okazję pokazać jaka z niej sprytna bestia.
        Nowe miejsce jej nie przeraziło. Co prawda, najpierw nie chciała wyjść z kontenerka, a gdy się odważyła, oglądała wszystko wielkimi oczami i nerwowo merdała ogonem. Jednak już po krótkiej chwili miauknęła, jakby chciała powiedzieć: czyli tu wywieźliście wszystkie meble, to jest ten nasz nowy dom. Oglądała nowe ściany ale stare meble i sprzęty sprawiły, że szybko poczuła się jak w domu. Rozwaliła się na kanapie i głośno mruczała zachęcając do głaskania. Przypomniałam jej, że czeka nas pracowita noc. Ją polowanie a mnie sprzątanie. Zabrałam odkurzacz i zostawiłam kota na posterunku.
        A dzisiaj jest ostatnia noc w naszym starym domu i jakoś tak mi dziwnie. Człowiek już jedną nogą na nowych włościach, ale przecież źle nam tu nie było. Mamy tyle wspomnień związanych z tym miejscem, tyle się wydarzyło, co nieco nas denerwowało, ale w przeważającej mierze, myślę dobrze o tym domu i miejscu. Co prawda, dom to nie tylko mury, to nie pomalowane ściany i rozprowadzone instalacje. Dom tworzą ludzie. My ten dom tworzyliśmy tutaj i nadal będziemy go tworzyć, tylko 7 km dalej.
        Najważniejsze, że jesteśmy razem, że nas ta budowa nie wykończyła psychicznie, bo niektórzy inwestorzy na to narzekają. Owszem, były nerwowe momenty, nadal jest wiele do zrobienia, ale widać, że wszystkich cieszy osiągnięty cel. Mąż jakby złagodniał. Wcześniej stresował się moimi instalacyjnymi wynalazkami. Kolejni wykonawcy słysząc, że ogrzewamy dom prądem łapali się za głowę, a to nie jest budujące, gdy każdy wokół powątpiewa w  wybory człowieka. Ale wiemy już, że jest dobrze, nie zwariowałam.
        Dzieciom bardzo się podoba w nowym miejscu. Poznali już sąsiadów. Do przedszkola i tak jeżdżą autem, więc na razie nie odczują różnicy. Cieszą się na myśl o przeprowadzce, a ich uśmiechnięte buzie uspokajają mnie. Martwiłam się, czy budowa domu nie odbije się na nich negatywnie, ale widać, że dzieci odnajdują się w różnych sytuacjach. Poczuciem bezpieczeństwa dla nich jest mama i tata a nie stare i znane mury, nie boją się zmiany. Dzielne i grzeczne z nich chłopaki.  Choć okropnie nie chce im się sprzątać w starym domu. To nic dziwnego, bo mi też się nie chce. Dużo bardziej wolę latać na szmacie w nowym  i takim ślicznym i takim moim i takim och ach domku, że komu by się chciało w tym starym podłogi myć. No ale ktoś musi. Trzeba utrzymać jakiś porządek i dom przekazać w należytym stanie. To nic, że nowi właściciele zaraz wejdą z remontem, ale skoro się obiecało, że dbać będę jak o swoje, to wysprzątane będzie. Tylko jakoś tak człowiek serca do tego nie ma, robi bo robi ale myślami już gdzie indziej. Tak samo dzieci. Tutaj muszę się nagadać, nastarszyć, nagderać, żeby choć trochę ogarnęli swoje zabawki. Ale za to w nowym domu… Młodszy wszedł do swojego urządzonego pokoju, pycho mu się uśmiechnęło, sprawdził stan zabawek, docenił matczyny dobór kolorów, kwitując krótko, że ładny niebieski i przystąpił do zabawy. A na koniec gonił starszego brata, którego pokój jeszcze w powijakach i korzysta z gościnności Pawła, żeby sprzątał zabawki. Widać, że dzieci też doceniają, gdy wszystko jest takie nowe, ale one mają więcej luzu. Już narobiły śladów swoimi małymi łapkami na ścianie w korytarzu i na schodach a młodszy mądrze dodał, że trzeba było malować na ciemniejszy kolor, bo przecież on się zawsze o ścianę opiera.
        I to jest właśnie nasz dom, te odbite łapki na ścianie…   …bo, gdy pójdę zaraz na górę do starej sypialni, to na schodach znowu zobaczę te ślady paluszków  co się trzymały ściany zamiast poręczy i znowu sobie powiem, że u nas to chyba trzeba lamperie malować. A jutro już ujrzę pierwsze dziecięce odciski na nowiutkiej ścianie i poczuję się jak w domu…

Do którego domu?

        Odbieram chłopców z przedszkola a oni pytają, gdzie najpierw jedziemy. Do domu, mówię, a oni na to, do którego? Tak, tak, budowa przestaje być już budową i doczekała się miana dom. W zeszły piątek pożegnaliśmy już panów od wykończeniówki. Wiele mamy jeszcze do zrobienie, ale to robimy już samodzielnie. W sobotę posprzątaliśmy wszystkie materiały budowlane, pomyliśmy okna i podłogi. Gdy po południu przyjechaliśmy z chłopcami, zrobili wielkie oczy, zdjęli buty, kurtki odwiesili na wieszak i powiedzieli: Jak tu pięknie. Zaczęliśmy wnosić meble, obrazy i dzieci stwierdziły, że czują się tu jak w domu, mogą nawet zostać na noc.
        Jednak nie możemy się jeszcze wprowadzić. Wstrzymują nas dwie kwestie. Przede wszystkim nie mamy wody puszczonej na budynek. To znaczy jest doprowadzona do domu ale chcemy najpierw podłączyć stację uzdatniania, bo mamy własne ujęcie wody. Niestety badania w Sanepidzie trochę się przedłużyły ale wiemy już, że wodę mamy bardzo dobrą i tylko mangan przekracza dopuszczalne normy. Lada dzień powinniśmy mieć podłączoną stację uzdatniania i wodę rozprowadzoną po budynku. Nie trzeba będzie już wiaderkiem spłukiwać, bo chłopcy jak zobaczyli gotowe łazienki, to nie omieszkali ich wypróbować. Choć tak dokładnie to łazienki nie są jeszcze w pełni gotowe. W obu nie ma umywalek, więc zęby będziemy myć nad wanną a chłopcy pewnie nad bidetem. Czekamy jeszcze na szafki pod umywalki, które zamówiłam na wymiar u stolarza. W dolnej łazience umywalka musi być dość płytka ale również funkcjonalna. W Castoramie znalazłam idealną ale nie było pod nią szafki a nie chciałam mieć widocznego syfonu. A te umywalki co miały szafki, to albo za płytkie, że ręce ledwo można wcisnąć albo za duże, że ciasno się robi. W górnej łazience umywalka za to jest ogromna, bo ma aż metr szerokości i też nie było do niej odpowiednich szafek. Te co były, miały tylko dwie głębokie szuflady albo drzwiczki i dwie półeczki a ja zaprojektowałam sobie podumywalkową komódkę z pięcioma funkcjonalnymi szufladami. Ale trochę sobie na nią poczekam i teraz mam dylemat, bo bardzo chciałabym już wstawić zdjęcia łazienki, no ale bez umywalki nie ma pełnego efektu.
        Jest jeszcze drugi powód, dla którego zwlekamy z wprowadzeniem się. Nie mamy kuchni. Miała być w zeszłym tygodniu, ale naszego stolarza wezwała ojczyzna i pan pod pięćdziesiątkę, musiał jechać na szkolenie wojskowe. Zamiast skręcać nasze mebelki, ganiał po poligonie kilkaset kilometrów dalej. Kuchnie będzie montował w środę, a my musimy się wprowadzić we wtorek więc chwilę będziemy biwakować w salonie. Bo to już postanowione, że za trzy dni wprowadzamy się do nowego domu. We wtorek mamy do dyspozycji samochód dostawczy, przewieziemy lodówkę, pralkę, materace i w starym domu nie będzie już gdzie spać, więc trzeba będzie jakoś funkcjonować w nowym. Choć do pełni szczęścia brakuje nam jeszcze drzwi, które będą za dwa tygodnie, więc do łazienek muszę powiesić jakieś kotarki. Schody też mają być w podobnym terminie, trzeba zatem zrobić jakąś prowizoryczną balustradę, żeby nikt nie spadł. Potem jeszcze listwy przypodłogowe wieńczące dzieło i w domu zostanie tylko kominek do zrobienia oraz na wiosnę milion rzeczy w ogrodzie.
        A w starym domu już pusto. Obrazy i firanki zdjęte, więc straszą brudne ściany. Tyle dobrego, że okna umyte. Patrzę przez nie na ogród i zaczyna mnie ściskać w gardle. Sąsiedzi zaglądają czy jeszcze mieszkamy i mówią, że bez pożegnania mamy nie odjeżdżać. A ja nie wiem, jak to zrobię, bo ryczeć pewnie będę jak bóbr.

Garaż ochrzczony

Zima już nam nie straszna. Możemy wjechać samochodem do garażu. Jeszcze wczoraj teren przed domem był jednym wielkim pobojowiskiem z górą gruzu na środku a dzisiaj jest już równiutko, śmieci wywiezione, tłuczeń ubity. Została tylko hałda piachu, czekająca na układanie kostki, choć z zapałem moich synów to zapewne do wiosny zostanie rozplantowana. Być może pogoda pozwoli na wybrukowanie podjazdu jeszcze jesienią, ale taras będziemy robić już na wiosnę. Przez zimę wszystko sobie przemyślę, zaplanuję bo teraz mam pustkę w głowie.

Taka jestem szczęśliwa, że można już wjechać do garażu i zimą autko będzie cieplutkie. Przed wejściem do domu panowie też podnieśli teren, więc już nie trzeba się wdrapywać. Ale nie obyło się cez przygód. Przyjechałam rano na budowę a tam wielka ciężarówka, pełna po brzegi tłucznia, jakoś tak dziwnie przechylona w kierunku domu, na drodze dwa traktory, koparka i zafrapowani panowie. Okazało się, że wywrotka utknęła na podjeździe, zakopała się na amen i ani drgnie. Koparka, mały traktor, duży traktor ciągną i ciągną, wyciągnąć nie mogą. Zagadnęłam pana Roberta od kostki, co to się narobiło, a on, że to standard na nowych budowach, dadzą radę, choć zdjął czapkę i podrapał się w głowę. Kierowca ciężarówki też nie wyglądał na szczęśliwego. Panowie naradzili się i podjęli kolejną próbę ale ciągnik stanął dęba niczym wierzchowiec. Weszłam do domu, wolałam na to nie patrzeć. Panowie podzwonili, pogadali i po chwili przyjechała druga wielka ciężarówka. Przy okrzykach zachęty, zawzięła się i oswobodziła koleżankę. Z ulgą pojechałam do miasta pozałatwiać swoje sprawy a, gdy wróciłam teren był już równiutki i z pewną taką nieśmiałością wjechałam pierwszy raz do swojego garażu.

Nic jeszcze nie skończone

        Do przekazania starego domu zostało nam dwa tygodnie. Specjalnie nie piszę, że do przeprowadzki, bo ta już się zaczęła. W nowym domu mamy zapchany strych i garaż, pokoje jeszcze puste, bo czekają na ułożenie paneli. Choć w nowym domu przybywa kartonów, mam jednak wrażenie, że w starym niczego nie ubywa. Co wywiozę pełen samochód, to na to miejsce mam już kolejną partię. Skąd tego tyle? A jeszcze sukcesywnie część rzeczy oddaję. Nie chcę nawet myśleć o rozpakowywaniu. To potrwa przynajmniej do końca listopada jak nie dłużej.
        Kilka osób prosiło mnie o zdjęcia wnętrz ale te wstawię jak już będzie gotowe, albo przynajmniej jak będzie coś widać, bo teraz nic nie widać. Wszystko mamy zaczęte a nic nie skończone. Jestem zadowolona z pracy panów od wykończeniówki ale za nic nie mogę przyzwyczaić się do ich sposobu pracy. Tu zaczną, tam przejdą, gdzieś wrócą a jeszcze po drodze o coś zahaczą. Oczywiście ma to swoje uzasadnienie, bo jak trzeba poczekać aż coś przeschnie w łazience, to idą do przodu z inną robotą a potem wracają do łazienki, a w międzyczasie, robią jakieś drobne prace. Te mniejsze robótki zostawiają sobie na czas, gdy nie opłaca się zaczynać czegoś większego a za wcześnie by już jechać do domu. Gdy ich zapytać, to na wszystko mają odpowiedź i to bardzo logiczną, więc przyczepić nie ma się do czego, ale już by człowiek chciał, żeby coś było zrobione. Poprosiłam na przykład o ukończenie pralni, bo gdzieś część rzeczy musiałam składać. Panowie zrobili, pralnia zastawiona a teraz elektryk nie może się dostać do gniazdka, więc w sumie też nie jest skończona, bo coś jeszcze trzeba zrobić. I tak ze wszystkim. Mam nadzieję, że w te ostatnie dwa tygodnie będzie już więcej widać, że tylko będę odhaczać co mamy zrobione, ale wiem też, że jednocześnie będę zapisywać, drobnostki do skończenia za kilka tygodni, czyli po montażu drzwi, schodów, kuchni, kominka.
        Reasumując, pomalowane mamy prawie wszystko. W łazienkach został montaż. Ogrzewanie mamy na górze, dół dzisiaj kończą. Panele jutro układają na dole, góra zaczęta, ale na razie tylko dwa pokoje, reszta później. Kuchnię montują za tydzień. Pompa ciepła do wody już zamontowana, ale czekamy na wynik badania wody z sanepidu, więc stacja uzdatniania będzie za tydzień. Jest jeszcze kilka ważnych spraw do ogarnięcia, jak ogrzewanie, woda, a jednocześnie trzeba już wybierać lampy, karnisze i inne ozdobne duperelki, bez których dom to tylko cztery ściany. Teraz jest taki czas, że jednocześnie jeszcze muszę zajmować się sprawami budowlanymi, bo w przyszłym tygodniu kopiemy studnię chłonną i okazało się, że jedna rynna jest o 2 cm za krótka i muszę załatwić przedłużkę a za chwilę panowie pytają mnie, gdzie ma być półeczka pod prysznicem. A do tego w poniedziałek zmieniam nam wszystkim meldunek, bo mamy już nadany numer domu: 1 U. Gdzie ja znajdę „U”, chyba trzeba będzie zamawiać albo namalować na ścianie. Do tego czekają mnie jeszcze odbiory. I do tego wszystkiego szukam tapicera albo zręcznej krawcowej co uszyje pokrycie na nasze stare sofy. Są one w bardzo dobrym stanie, poza tym, że materiał jest paskudnie poplamiony. 6 lat użytkowania przez dwójkę chłopców, odcisnęło na nich bardzo widoczne piętno. Szkoda mi kupować nowego wypoczynku, bo wiem jak będzie wyglądał za kilka miesięcy. Chciałabym uszyć pokrowce na poduchy i stelaż. Obszycie poduszek to ponoć banał i jedna pani, to by się nawet tego podjęła, ale ze stelażem za dużo roboty, nie opłaca jej się. Bardzo dobra znajoma mojej mamy jest świetną krawcową ale mieszka kilkaset kilometrów stąd, a na odległość trochę ciężko szyć, zwłaszcza coś tak nietypowego.
        Pracy jest bardzo dużo, nie ma czasu na refleksję choć powoli dociera do nas, że za dwa tygodnie już nas tu nie będzie, że odwiedzając znajomych, będziemy mijać cudzy dom a nie nasz, że ten ogród już nie mój, choć patrząc przez okno stale sobie powtarzam, że przydałoby się jeszcze przyciąć trawę na miedzy za płotem, bo zagłusza borówki albo wyplewić chwasty z podjazdu, bo zimą łatwiej będzie odśnieżać. Tylko, że doba za krótka na to wszystko a przecież my już tu nie będziemy odśnieżać. Muszę zająć się tym, że w nowym domu nie mam jeszcze czego odśnieżać, bo nawet nie mam jeszcze podjazdu, ale bardzo chcę go mieć przed zimą. A czasu coraz mniej.

Minął rok

        Rok temu zadzwoniła do mnie agentka nieruchomości z pytaniem czy nadal chcemy sprzedać nasz dom. Dla przypomnienia, trzy lata temu mieliśmy trudną sytuację finansową i chcieliśmy zamienić dom na mniejszy, ale trafiliśmy na nieciekawy moment. Wówczas sprzedaż domu zupełnie nam się nie opłacała, więc zrezygnowaliśmy z tego. Potem nasza sytuacja finansowa ustabilizowała się, nadpłaciliśmy kredyt i ani w głowie było nam sprzedawanie domu. Mieszkało nam się świetnie, aż w dniu moich urodzin zadzwoniła agentka, że ma chętnych na nasz dom i czy może z nimi przyjechać. W pierwszym momencie powiedziałam, że nieaktualne, ale agentka naciskała a ja miałam pięknie wysprzątany dom, w końcu czekałam na gości i skoro dzwoniła w moje urodziny to chyba jakiś znak, pomyślałam.
        Koniec końców, sprzedaliśmy dom zupełnie innym ludziom, ale wszystko potoczyło się bardzo szybko a zaczęło w dniu moich urodzin. Nie przywiązuję wagi do dat ani do jakiś symboli ale słucham swojej intuicji a tego dnia wyjątkowo głośno mój wewnętrzny głos krzyczał, że to musi się udać, że los nam sprzyja i trzeba odważnie iść za ciosem. Mimo wszystko, bardzo się baliżmy, nie byliśmy pewni czy dobrze robimy sprzedając dom i ruszając w nieznane. Nie mieliśmy nic, ani działki, ani projektu, pozwolenia, ekipy, niczego, poza moim ogromnym zapałem i przekonaniem, że wszystko będzie dobrze.
        Bardzo szybko znaleźliśmy swoje nowe miejsce na ziemi. Los prowadził nas do celu i zakochaliśmy się w uroczych brzózkach. Poznaliśmy przesympatycznych ludzi, wiele nam pomogli i czuję, że w tym miejscu spotka nas dużo dobra, w końcu zamieszkamy w pobliżu rzeki Dobrej. Nowe miejsce do życia, wśród niektórych znajomych budzi obawy o nasz stan umysłu. Uważają, że robimy ogromny błąd wyprowadzając się z bardzo cywilizowane wsi, która jest już prawie miastem, w głuszę, bez przyszłości i perspektyw. Ale niech sobie mówią, niech sobie myślą, nam tam dobrze. Dzieci uwielbiają jeździć na budowę, nie chcą wracać do domu, pytają kiedy się przeprowadzamy. A na naszej ulicy nie jest już tak sielsko. Wprowadziło się dużo nowych osób. Na spacerze mijamy obce twarze, które nie mają w zwyczaju życzliwie się ukłonić. A to akurat mnie dziwi, bo ja na mojej nowej wsi od pierwszego dnia, kłaniam się napotkanym mieszkańcom. Już na początku budowy, mąż dziwił się, że wszystkich znam. A znam, bo to moi przyszli sąsiedzi. Zaczynając budowę, wiedziałam, że wkraczam w pewną wspólnotę, że mieszkańcy będą nas obserwować, to oczywiste. Poza tym kulturalnie jest się przywitać, gdy dołącza się do towarzystwa. A niestety na mojej obecnej, bardzo cywilizowanej wsi, nowi mieszkańcy nie mają tego w zwyczaju. Pobudowali się, powprowadzali i pozamykali w domach, jak w mieście. A to już nie moje klimaty, więc uciekamy stąd. Uciekamy też od porannych korków, bo napływ nowych mieszkańców wiąże się z wydłużoną drogą do przedszkola i szkoły. Z nowej wsi na pewno będziemy mieli dalej do przedszkola ale nie jestem już tak pewna czy będziemy jechać dużo dłużej niż obecnie.
        Niemniej jednak, jest mi bardzo szkoda tych zaprzyjaźnionych sąsiadów. To jest największy minus całej afery z budową i przeprowadzką. Obiecuję sobie, że będziemy się odwiedzać. Dzieci natomiast na nowej wsi poznali już rolnika i obserwują jego prace w polu ale zapowiadają, że będą przyjeżdżać i patrzeć jak Pan Kazio i Pani Ania obrabiają nasze pole, czyli to tuż za płotem. Nie żal im domu, sprawdzają tylko czy pakujemy wszystkie zabawki, ale uprzedzają, że będą odwiedzać ciocie Magde i wujka Łukasza i Panią Teresę i Pana Janusza i Piotrka i Bartka i Klaudie i Alusia i w ogóle wszystkich i będą patrzeć jak postępują prace w polu.
        Tak wiele wydarzyło się w ciągu minionych dwunastu miesięcy. Jestem o rok starsza, tyle się nauczyłam, nabrałam wiele doświadczenia, mam nowe plany. Z podniesioną głową zaczynam kolejny rok życia.

No to się pochwalę

Pole, pole, łyse pole, ale mam już plan…

DSC_8038

 

Zaczęłam wiosną, siedem miesięcy temu.

DSC_8716

Po pierwszych wykopach, z każdym kolejnym dniem, przyszły dom rósł w górę

DSC_8829

DSC_9270

 

Budowa trochę przyhamowała w okolicach dachu, miałam z tym sporo nerwów, ale ostatecznie z trzytygodniowym opóźnieniem dach się pojawił. Najpierw wyczekana więźba…

DSC_9651

…a potem również pokrycie, okna, brama i drzwi, przynajmniej techniczne, dzięki temu dom został zamknięty i zaczęliśmy etap instalacji. Te poszły gładko. Zgrzyt pojawił się  przy tynkach, ale nadal to dla mnie trudny temat i wolę tego nie wspominać, więc przejdę do dalszego etapu wykańczania z zewnątrz…

DSC_01602.jpg

Nasz biały domek został ocieplony grubą kołderką styropianu i przybrał smutne szaro-bure barwy. Wewnątrz szaleli nowi tynkarze. Potem użerałam się ze styropianem na posadzkach (do dzisiaj mam bliznę na ręce od nożyka do przycinania), aż w końcu wylali posadzki. Mąż sprawnie zrobił podłogę na strychu, potem w jeden dzień wylali piankę między krokwiami oraz z zakładką na nie, aby zlikwidować mostki termiczne. Piętnaście razy liczyłam współczynniki przenikania ciepła dla różnych warstw i ostatecznie pojawiły się u nas trzy grubości pianki w zależności od rodzaju pomieszczeń a ja uznałam, że z moją wiedzą mogę spokojnie rozpoczynać studia podyplomowe, na które spontanicznie się zapisałam.

DSC_0911

Potem znaleźliśmy miłych panów od wykończeniówki ale nie chcę ich jeszcze zbytnio chwalić, co by nie zapeszać. Pochwalę się za to elewacją, nad którą myślałam kilka nocy i którą wyklinali wykonawcy, bo za dużo im tych paseczków nawciskałam.

DSC_0916 DSC_0918 DSC_0920

I jak wam się podoba mój mały, biały domek :)

Nie mogę się już doczekać kiedy zaaranżujemy teren wokół domu i skończymy już z tym placem budowy, choć pewnie chłopcy będą rozczarowani, bo odpowiada im obecny stan.

W kilku zdaniach i zdjęciach ujęłam minione miesiące, bardzo pracowite miesiące. W rzeczywistości nie tak gładko przechodzi się od jednego etapu do drugiego, ale można to przeżyć. Osobiście, bardzo polubiłam budowanie. Cieszy mnie wykańczanie wewnątrz, urządzanie naszego domu i nie mogę się już doczekać przeprowadzki. Jednak, gdy dzisiaj rozliczałam się z panami od elewacji i zakańczałam etap prac budowlanych, to zamiast ulgi, poczułam niedosyt. Rozmawialiśmy o różnych budowach, ciekawych projektach, niebanalnych elewacjach i … chciałabym jeszcze postawić przynajmniej jeden dom. Pomysły mam na trzy, ale wątpię czy rodzina zniesie tyle przeprowadzek :)

.

 

 

Proszę pani a on mnie…

        Ostatnio na budowie pracuje po pięć ekip jednocześnie. Mąż się cieszy bo widać efekty, ale ja tego nie lubię. Jako zodiakalna waga, dążę do równowagi a gdy jest kilka ekip, to łatwo o spięcia i jej zachwianie. Na szczęście wszyscy panowie raczej się dogadują choć czasem patrzą na siebie z ukosa, to jednak do dramatycznych konfliktów nie dochodzi.
        Ale bywa nerwowo. Gdy na przykład wezwałam serwis do bramy garażowej, bo stale się zacinała, a pan stwierdził, że płytki są za nisko położone i przez to jest ta moja reklamacja. Akurat koło nas pracował pan co te płytki układał i myślałam, że wyjdzie z siebie, potrząśnie serwisantem i wróci, ale zdążyłam zaoponować, że położenie płytek nie ma nic do tego, raczej chodzi o jakieś naciągi i sprężyny bo taki czuły mechanizm wybraliśmy, że pewnie trzeba coś podregulować po montażu. Serwisant pojeździł bramą w górę, w dół i ostatecznie przyznał, że się zacina i to wina sprężyn, bo jak stwierdził, to jednak trudno tak od razu wyregulować dobrze sprężyny. Zazwyczaj miesiąc po montażu mają wezwanie do serwisu, aby ponaciągać, więc u nas to też standard. Oczywiście pan od płytek już miał powód do marudzenia, choć mam nadzieje, że zauważył jak go broniłam i szukałam innej przyczyny.
        Generalnie, jak jest kilka ekip na budowie, to panowie deklarują swoją dobrą wolę i oczywiście nikt nikomu nie chce robić na złość a jak trzeba będzie, to się nawet pomoże, ale jak przychodzi co do czego to konflikty i tak się pojawiają a inwestorowi od nich tylko przybywa siwych włosów. A bo to jeden chce coś pożyczyć, a inny nie chcę dać, bo już mu tyle razy nie oddali, albo oddali ale zniszczony. Albo jeden dopiero co skończył z gładzią a to mu nagle drugi bruzdę robi, bo sobie przypomniał, że kiedyś zapomniał. Albo słuchają innej muzyki. A to ten mówił, żeby nie chodzić bo mokre a tamten zapomniał i przeszedł. Zawsze się znajdzie jakiś powód, żeby spięcie było, choć muszę przyznać, że panowie i tak starają się wszystko łagodzić. Jednak nie odmawiają sobie skarżenia i zawsze doniosą co tamci zrobili i tylko patrzą co inwestor na to.
A ja muszę być jak ta mama co wszystkich pogodzi i sprawiedliwie potraktuje, bo ekipy patrzą z boku jak inwestor się zachowa. Mam tak w domu z synami. Jak odpuszczę jednemu to drugi zaraz też chce coś wywalczyć.