Bezrobotna mama

        Oj ciężki był pierwszy poranek po świąteczno – noworocznym leniuchowaniu. Od kilku dni starałam się kłaść i budzić dzieci coraz wcześniej, ale mimo to, dzisiaj zabrakło im przynajmniej godzinki snu. Krążyłam miedzy ich pokojami starając się przebić przez mocne objęcia Morfeusza. Jak udało nawiązać się kontakt ze starszym to chwilę potem zastawałam młodszego opatulonego kołderką. Jak przebiłam się do młodszego, to starszy zdążył już zasnąć ponownie twardym snem.
- Paweł, Paweł, Pawełku – szepczę choć, z każdym kolejnym Paweł już coraz głośniej
- Cooo o – słyszę spod kołdry – nie widzisz, że śpię!
- Widzę, ale już pora wstawać
- Nie! – krótko i stanowczo
- A ile dni zostało do twoich urodzin – próbuję niezawodnego sposobu z czasu adwentu, gdy syn odliczał dni do Wigilii i rankiem zrywał się na równe nogi bo na kalendarzu sprawdzał ile jeszcze zostało mu czekoladek do zjedzenia. Ale tym razem słyszę bez entuzjazmu:
- Nie wiem, sama policz, kalendarz jest na ścianie.
Hmm, czeka mnie mocne starcie – pomyślałam. U starszego też nie ciekawiej, bo miał porannego focha a trzeba wiedzieć, że jego foch nawet świętego pozbawiłby spokoju ducha. W końcu w desperacji, odsłaniając zasłony wydałam kilka okrzyków, że niby coś niesamowitego widzę. A że widziałam tylko pole i las, nawet saren nie było, to mocno wczułam się wyrażanie swojego zachwytu. Widocznie byłam bardzo wiarygodna, bo chłopcy zerwali się zaciekawieni, co takiego matka widzi, że tak pieje nad tym. A w tym momencie niebo zaczęło robić się purpurowo złote i pojawił się przepiękny wschód słońca. Na szczęście dzieci nie uznały, że matka zwariowała, bo widok faktycznie był piękny. Swój cel osiągnęłam, dzieciaki wygramoliły się z łóżek i dalej jakoś poszło.
Przypomniałam sobie też pierwszy poranek w naszym nowym domu. To też było po długim weekendzie, bo przeprowadzaliśmy się w Dzień Niepodległości i następnego ranka dzieci miały lenia i starały się ugrać pozostanie w domu.
- Mamo, ale ja dzisiaj nie muszę iść do przedszkola – zaczął swój wywód młodszy
- Jak to nie musisz? Dzisiaj już nie jest wolne, jest normalny dzień tygodnia i dorośli idą do pracy a dzieci do szkoły i przedszkola – wyjaśniałam
- Ale ty już jesteś bez pracy, więc będziesz siedziała w domu to ja też z tobą posiedzę – skwitował syn
- Jak to bez pracy? – zdziwiłam się
- No przecież pracowałaś na budowie, budowałaś dla nas domek. A teraz już tu mieszkamy, budowa skończona i jesteś bez pracy – całkiem logicznie zauważył syn
Wtedy co prawda budowa nie była jeszcze skończona, bo wprowadziliśmy się na plac budowy, ale teraz już wszystko jest skończone i faktycznie zostałam bez pacy. W związku z tym wertuję teraz ogłoszenia i produkuję swoje aplikacje. Zobaczymy jak to będzie.

8 myśli nt. „Bezrobotna mama

    1. ~agnieszka

      Witam. Ja tak jak każdy z was zaglądający na takie strony jak ta, również długi czas borykałem się z problemem bezrobocia, wizją nędznej przyszłości aż któregoś zwykłego dnia spotkałem osobę która odmieniła moje życie o 180 stopni. Choć na początku byłem sceptycznie do tego nastawiony i ciężko było mi uwierzyć w to co słyszałem. Chciałbym pokazać takim niedowiarkom jakim byłem na początku ja, jak również osobom które próbowały już wielu rzeczy w swoim życiu, również tym którzy mają już wiele ale chcą od życia czegoś więcej. Pokażę i nauczę was jak można zarabiać jak normalni cywilizowani ludzie na świecie. Musicie tylko dać szansę sobie pomóc, tak jak kiedyś mi ktoś pomógł. Pomogę każdemu. Oto mój email. modaitaly@wp.pl

      Odpowiedz
  1. ~Magda

    Masz dwoch synow, prowadzisz dom, sprzatasz, gotujesz, prasujesz, robisz zakupy. A wiosna zaczniesz urzadzac ogrod. Masz wiec mase pracy. Pamietam, jak po urlopie wychowawczym znow wpadlam w wir pracy zawodowej. Kurcze, mialam i nadal mam poczucie, ze nigdy nie bedzie juz tak, jak wtedy, gdy bylam w domu. Wszystko bylo wtedy na czas, pachnialo czystoscia i ciasteczkami. A teraz czasem plakac mi sie chce na mysl o prasowaniu. Poza tym ja uwielbialam moj czas z synkiem. To byl dla mnie cudowny okres. Mysle teraz, ze fajnym rozwiazaniem na poczatek jest praca na czesc etatu. Wplywy do domowego budzetu beda wieksze, ale tez nie wywrocicie od razu Waszego zycia do gory nogami. A co do stwierdzenia Twojego synka, to mysle, ze warto dzieciaczkom od najmlodszych lat uswiadamiac, ze praca w domu jest bardzo wazna. Gdybys poszla pracowac do korporacji,kiedy ukonczyli 6 miesiecy, wowczas znaliby Cie glownie ze zdjec. A domowe obiady robilaby im niania…Pozdrawiam serdecznie. P.S. Odwalilas kawal roboty z tym domem. Powinnas byc z siebie dumna.

    Odpowiedz
    1. ~socjoblożka

      Dzięki Magda za te miłe słowa.
      Wiesz, syn wtedy mówił, że jestem bez pracy bo kombinował jak się dało, żeby nie iść do przedszkola :) Wówczas też w domu często mówiliśmy, że mama jest kierownikiem budowy, więc tak mu się to wszystko logicznie poukładało. Teraz rozmawiamy na temat mojej przyszłości zawodowej i podziału obowiązków i starszy syn na przykład chciałby żeby mama pracowała w szkole, bo byłaby blisko dzieci, nie siedziałaby w pracy do późna i miałaby wolne wakacje. Za to mąż wczoraj przyznał, że wolałby żebym nie pracowała, bo jest dokładnie tak jak piszesz, dom jest domem a nie budynkiem w którym spotykamy się wieczorem po pracy. Przeglądam różne oferty, ale szukam czegoś blisko, najchętniej związanego z branżą budowlaną, bo w tym się odnalazłam. Najlepsza byłaby praca zadaniowa, żebym mogła samodzielnie rozkładać sobie godziny pracy i dostosowywać je do obowiązków domowych ale niestety na naszym rynku pracy nadal pokutuje przekonanie, że pracownik musi siedzieć od 8 do 16 przy biurku w biurze. Jak widzisz, mam swoje wymagania co do pracy, ale to dlatego, że priorytetem jest rodzina. Co oczywiście nie oznacza, że nie będę efektywnym pracownikiem. Przez ostatni rok wystarczająco jasno pokazałam, że potrafię zająć się dziećmi i domem oraz zrobić coś tak spektakularnego jak postawić dom w kilka miesięcy. Teraz muszę o tym przekonać potencjalnych pracodawców :)
      Pozdrawiam

      Odpowiedz
  2. ~Magda

    Kiedy wróciłam z wychowawczego do pracy, trafiłam na swoje stare stanowisko w Urzędzie Miasta, gdzie pracowałam od – do ( a często, wbrew obiegowej opinii, również w domu). I oczywiście o żadnej elastyczności nie mogło być mowy. Po pół roku zmieniłam pracę na inną. Od trzech lat mam naprawdę ciekawe zajęcie i pracuję właśnie zadaniowo. Problem w tym, że to, co teraz robię, jest bardzo absorbujace. Szczególnie w sensie psychicznym. Czasem zdarza się, że wracam do domu późno wieczorem. Jestem teraz bardzo rozdarta emocjonalnie. Z jednej strony mam ważną, mądrą pracę, w której się sprawdzam, z drugiej strony (chociaż miało być tak pięknie z tą zadaniowością), absorbuje mnie chyba bardziej niż praca na zwykły etat. Ostatnio bardzo somatyzuję, odreagowując stresy ciagłym przeziębieniem. A aktualnie mam zapalenie oskrzeli i jestem uziemiona w łóżku (dlatego mogę poczytać Twojego bloga o takiej godzinie ;) ) Potrzebuję pracy, ale przede wszystkim bardzo potrzebuję mojej rodziny. Zawsze chciałam mieć więcej dzieci, ale los tak chciał, że mam tylko jednego syna. Kocham go całym sercem i zawsze patrząc na niego, wiem, co jest w życiu najważniejsze. On jest moim „ustawiaczem priorytetów” ;) Czasem, w rozmowach ze mną, ludzie dziwią sie, że nie chcę robić takiej prawdziwej kariery zawodowej. Kiedyś usłyszałam „Masz taki potencjał, a zmarnowałaś go na pieluchy”. Ale ja mam poczucie, że nieczego nie zmarnowałam. Wygrałam los na loterii, bo mam zaszczyt być mamą cudownego chłopca, z którym mogłam być przez całe 3 lata urlopu wychowawczego. Czytając Twoje opisy, zwykłych normalnych czynności i takiego prostego, codziennego bycia razem, wiem, że czujesz podobnie. Dlatego życzę Ci z całego serca, żebyś znalazła sobie takie zajęcie, które pozwoli Ci nadal być pełnoetatową mamą i takim menagerem domu, jakim teraz jesteś. Zapewne, kiedy wrócisz do pracy, inni członkowie rodziny będę musieli wziąć na siebie więcej obowiązków, ale czuję, że Ty nadal będzie tym wszystkim kierować. Kobiecą, a jednocześnie silną ręką i mądrą, racjonalną głową.
    M.

    Odpowiedz
  3. ~Magda

    Przeczytałam. Na razie tylko Twój tekst, ale potem przeczytam resztę. To, co napisałaś, jest mi bardzo bliskie. Ja też zrezygnowałam z czegoś, co nazywamy karierą, po to, żeby odkryć to, co jest dla mnie najważniejsze na świecie. Nie oznacza to, że nie jest ambitna. Jestem. I pracowita jak koń. Ale jak patrzę na ten szalony świat, to mam ochotę krzyknąć na całe gardło „Ludzie, zatrzymajcie się. Za czym tak gonicie?” Mam w najbliższym otoczeniu kilka przykładów tego, jak bardzo można zapomnieć się w pracy i jaki ma to wpływ na rodzinę. Tyle tego jest, że mogłabym pisać bez końca, a to w końcu Twój blog, a nie miejsce na moje przydługawe przemyślenia ;) Mój mąż myśli podobnie. I pewnie dlatego, kiedy ostatnio pojawiła się okazja, żeby mężulek podjął pracę za 4 razy większe pieniądze, ale związaną z tym, że połowę życia spędzałby za granicą, a drugą połowę w biurze, nie zdecydowaliśmy się na taką zmianę. Zapewne nasze finanse byłyby bardzo satysfakcjonujące, a kredyt, który będziemy spłacać jeszcze 22 lata, moglibyśmy spłacić o wiele szybciej. Problem w tym, że nasz dom bez Pawła straciłby swój sens. Nie wyobrażm sobie, że nagle synek nie ma kiedy pograć z tatą w piłkę, że nie mogą już umówić się na zrobienie szałasu w lesie i że ja stracę partnera do wieczornego picia herbatki i rozmawiania o duperelach. Nie zamienię całego stada ładnych butów i torebek na to, co daje mi prawdziwe szczęście – obecność tych, których kocham. Mam w sercu takie poczucie, że te wybory są dobre dla mojej rodziny i dla mnie, choć niektórzy mówią mi, że nie pasuję do dzisieszych czasów. A może jestem zbyt mało elastyczna i nie dość nowoczesna, żeby wszystko pogodzić… Mam jednak taką refleksję. Moi rodzice oboje pracowali zawodowo. Przy okazji wychowali czwórkę dzieci. Mama po 40 latach pracy odeszła na emeryturę, tata nadal pracuje (choć jest już na emeryturze). W ich przypadku nie chodziło o kariery zawodowe tylko o godne przetrwanie i wykształcenie czwórki dzieciaków. W domu zawsze też był obiad, ciasto, ugotowane, posprzątane. Rodzice dzień zaczynali o świcie, a kończyli Bóg wie kiedy. Niestety przy tym wszystkim nie było już możliwości na spędzanie czasu z dziećmi. I teraz mama i tata mówią mi, że najbardziej na świecie żal im tych chwil, które im umknęły. Tego czasu, którego nie mogli dać nam. Tych dni, które zamazały się w ich pamięci jako jednakowe. Wiem, że w ich przypadku była to konieczność. I tak dali nam wszystko, co mogli. Ja jednak nie mam czwórki dzieci. Nie stoję przed dylematem, czy zdołam je nakarmić. W przypadku mojej rodziny chodzi bardziej o to, że zrezygnujemy z pewnych udogodnień. Bo czy naprawdę potrzebny nam kolejny gadżet? Czy uszczęśliwi nas nowe „coś”. Przedmiot, który za chwilę odłożymy na półkę? Staram się bardzo racjonalnie gospodarować budżetem i mam do tego smykałkę. Dzięki temu, zawsze uda się odłożyć jakieś pieniądze na wspólne wakacje. Poza tym celebrujemy codzienność i cieszymy się drobiazgami. Już wiem, że dziś mąż pochwali moją zapiekankę ze szpinakiem (ale też się wkurzy, że mimo choroby wstałam z łóżka, żeby ją przygotować ;) ), a synek znów ogra mnie w swoją ulubioną grę planszową. Takie chwile dają mi siłę do życia. Oby jak najdłużej mogło być … zwyczajne… Pozdrawiam :)

    Odpowiedz

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>