Dzienne archiwum: 2 czerwca 2013

Śniadaniowe slow life

Wracając ze spaceru z psem, spotkałam sąsiadkę, która była już zaniepokojona tym, że ostatnio mnie nie widuje. Zajrzała nawet na bloga, aby dowiedzieć się co u nas, a tam też głucha cisza. Ostatnio mniej się odzywałam dlatego, że miałam gości. Co prawda tacy goście to jak nie goście, bo wszyscy swoi jednak pracy kulinarnej miałam troszeczkę więcej. Przez cały tydzień była u nas Babcia i mój brat. Chłopcy byli zachwyceni takim towarzystwem. My z mężem również, przede wszystkim dlatego, że generalnie lubimy przyjmować gości ale w tym przypadku korzyścią było trochę odpoczynku od dzieci. Ponadto mama mi pomagała w domu, brat zabierał chłopców na wycieczki i wszyscy byli zadowoleni. Dzisiaj rodzina rozjechała się w swoje strony a od jutra powrót do rzeczywistości. Czyli pobudka o świcie i marsz do pracy i do przedszkola. Ostatnio mogliśmy z mężem pospać trochę dłużej, więc jutro będzie brutalny poranek. Chłopcy co prawda budzili się o zwykłej porze, ale słyszałam tylko tupot ich bosych stóp i pukanie do pokoju Babci. Zerkałam na zegarek i zazwyczaj było grubo przed siódmą, jednak Babcia witała ich radośnie. Słyszałam jak jeszcze schodzili na dół a my z mężem odwracaliśmy się na drugi bok. Taki nasz mały raj.
A na dole chłopcy z Babcią parzyli kawę. Młodszy uwielbia sypanie zmielonych ziaren do kubeczków, wie już kto jaką lubi. Czasem z poważną miną pyta: mocną czy słabą? A pod nosem sam sobie mruczy: tato lubi mocną a mama i babcia słabą. Starszy natomiast najchętniej je, gdy wszyscy siedzą przy suto nakrytym stole. Lubi pomagać przy nakrywaniu do stołu a potem głośno krzyczy: obiad. I nie ważne, że to pora śniadania, dla niego okrzyk obiad jest jak zapraszam do stołu. Chłopcy z Babcią zazwyczaj z samego rana coś tam przekąszali a my schodziliśmy na drugie śniadanie. Mój syn chyba ma to po mnie bo ja też lubię biesiadować. W ogóle lubię zapach domu o poranku, zwłaszcza leniwym. Gdy otwarte po przebudzeniu okna wpuszczaj świeże powietrze. Ucieka zapach nocy i piernat a wkracza rześkie i nieco chłodne powietrze mieszające się z zapachem mojego ulubionego balsamu do ciała i wody kolońskiej męża. A potem, gdy schodzimy na dół, wszędzie unosi się aromat świeżo parzonej kawy, pieczywa i pomidorów posypanych szczypiorkiem z własnej grządki. Szczerze mówiąc wystarczy mi z rana nawdychanie się tymi wszystkimi zapachami i mogę nie jeść do południa. Najchętniej sączyłabym kawę i cieszyła się obecnością bliskich. Jednak gdy tak ponastawiam na stole tyle dobra to aż żal nie skubnąć. Ostatnio hitem był wynalazek, który powstał w skutek mojej empatii. Wysiałam sałatę w donicy i powinnam poprzerywać siewki, aby zmniejszyć zagęszczenie i pozwolić roślinom zawiązać główki. Jednak, gdy mam usunąć niektóre rośliny, to mi ich żal. Tyle dały z siebie i wykiełkowały z takiego małego nasionka, a ja mam je teraz skazywać na kompostownik? Nie potrafiłam „poprzerywać” sałaty a za dużo było na robienie rozsady. Zrobił się straszny gąszcz i w końcu zaczęłam wyrywać poniektóre sadzonki. Stwierdziłam, że to już rewelacyjna sałata, nawet lepsza, bo młodziutka i codziennie robiłam sałatkę na bazie młodych liści. Jednego dnia z fetą, pomidorem i odrobiną oliwy, kolejnego z rzodkiewką, ogórkiem i sosem winegret, ale pyszna też była ze szczypiorkiem, jajkiem na twardo i sosem tatarskim. Pomysł z sałatą można zastosować nawet na balkonie, moja rośnie na tarasie, bo zabrakło dla niej miejsca w ogródku. Kiedyś wysiałam do donicy rukolę i była pyszna. Polecam to rozwiązanie dla mieszkających w blokach.
Na moim porannym stole zazwyczaj królują jajka, takie od kur z sąsiedztwa co znają radość grzebania w ziemi. Nie wiem jak to wytłumaczyć ale ja czuję różnicę w smaku między jajem ze wsi a tym fermowym. Może to jest jak placebo, może nie ma różnicy ale dla mnie jest kolosalna, w świadomości. Fakt, że kura ma normalne życie, wstaje o świcie i penetruje podwórko, a potem niesie się w kurniku a nie siedzi stale w drucianej klatce, jej tryb dnia ustala światło żarówki, a pasza zawiera barwniki aby żółtko ładnie się żółciło, ma dla mnie znaczenie. Odkąd mieszkam na wsi, mam dostęp do jaj szczęśliwych kur. Jednak wcześniej też kupowałam „zerówki” i „jedynki”. Mąż czasem marudził, że zwykłe jajka są po 40 groszy a ja kupuję te po złotówce. Jednak coś za coś. Teraz też kupując od gospodyni płacę 80 groszy i wiem, że to i tak cena po znajomości. Tak na prawdę utrzymanie kur, wykarmienie wartościowym ziarnem nie jest tanie. Rozumiem tą cenę jajka. Ferma się opłaca bo kury są faszerowane lekami, aby nie chorowały, paszą GMO i barwnikami, aby ładnie jajka wyglądały. A zamiast słońca widzą jarzeniówkę, która reguluje ich tryb życia i częściej mają dzień. Człowiek a nie natura decyduje jak często się niosą. To ja już wolę zapłacić więcej.
Na naszym śniadaniowym stole zazwyczaj goszczą jaja na twardo z sosem tatarskim, jaja faszerowane, jajecznica i omlet, a tu to już bogactwo możliwości. Ja najbardziej lubię z oscypkiem ale nie zawsze mam ten prawdziwy, mąż lubi z wędzonym łososiem, ale też ten soute jest dobry i wtedy dobieram sałatki oraz sosy do smaku. Na śniadanie serwuję też twarożek ze szczypiorkiem i rzodkiewką, oczywiście własnej roboty. Czasem pastę z wędzonej makreli z jajkiem, kiszonym ogórkiem i odrobiną majonezu. A do tego różne, wcześniej wspomniane sałatki, ewentualnie sery. Właśnie sobie uświadomiłam, że na naszym porannym stole nie ma wędlin. Jako wegetarianka wcale o nie nie zabiegam, ale mięsożerny mąż też nie jest nimi zainteresowany. Tak na prawdę, to nie pamiętam kiedy ostatni raz kupiłam jakąś szynkę czy polędwicę . Ostatnio Babcia przywiozła domową kiełbasę, którą dostała od znajomych rolników. Zniknęła w jeden dzień, ale musze przyznać że pachniała wyśmienicie. Nie jem mięsa ale gotuję po zapachu i czułam, że ta pachnie zdrowo. Sama nie jem mięsa bo nie lubię i nie chcę przyczyniać się do zabijania. Ale nie narzucam tego mojej rodzinie i innym. Choć jak oglądam materiały o kolejnych aferach mięsnych to czasem myślę: jak wy to możecie jeść? Gdy widzę jak odświeża się starą wędlinę, albo gdy zakłady mięsne przyjmują zwroty ze sklepów i je podrasowują lub wrzucają do nowych produkcji to mnie mdli. Karmię moich mięsożernych mężczyzn i czuję się odpowiedzialna za ich zdrowie. Dlatego wolę gotować na bazie surowego mięsa a wędlin nie uznaję. Jest tyle możliwości, że wszyscy mogą się najeść, a niestety nawet przejeść, nie jedząc ani grama wędliny.
Trochę zboczyłam z tematu, ale to wyniknęło w trakcie. W końcu blog nazywa się się: moje slow life i to jest element tego slow life. Będąc wegetarianką nie narzucam innym mojego wyboru ale dbam aby to jak żyjemy i to co jemy było zdrowe. Według mnie wędliny nie są zdrowe. Są pełne solanki i konserwantów, gdyż wędzenie to fikcja. Nawet kiełbasa wyglądająca na wędzoną może być barwiona i aromatyzowana. Sama czytam dokładnie etykiety i za głowę się łapię. Jedyna wędlina czy kiełbasa, którą uznaję to ta zrobiona przez rolnika na jego własny użytek. Niestety taka jest często bezcenna, bo oni to robią dla siebie i dla rodziny. Znam wiele osób żyjących z gospodarstw, którzy nie kupują wędlin w sklepach, bo uznają je za produkt mięsopodobny, pełen sztucznych dodatków. To co piszę, nie jest efektem rozhisteryzowanej wege ale to doświadczenie pani domu. Mam rodzinę na Podlasiu, która hoduje świnie a potem robi własne kiełbasy, szynki itp. Kolor, zapach i konsystencja są unikatowe. Moim zdaniem zakłady mięsne oszukują i wolę kupić kawał mięsa, zmielić i zrobić swój pasztet niż kupować podejrzaną szynkę. Polecam takie rozwiązanie dla tych co wolą wiedzieć co jedzą. Pewnie jeszcze poruszę ten temat.
Wracając do śniadania, to jestem przekonana, że to najwartościowszy posiłek. Znacie to? „Śniadanie zjedz sam, obiadem podziel sie z przyjacielem a kolację oddaj wrogowi.” Ja znam, tylko co mam zrobić jak największy apetyt czuję o dziewiątej wieczór? Jednak rozsądek wygrywa i z rana dużo nakrywam, głównie gdy mamy wolny dzień. Bo gdy wszyscy się śpieszą to podtykam gotowe kanapeczki i owsianki a biesiadowanie zostawiam na wieczór. Nasze śniadanie to efekt wieczornej pracy. Przed spaniem szykuję twarożek, dodając szczypior urwany podczas wieczornego wyprowadzania psa, albo szykuję pastę z makreli i wkrajam ogórek oraz jajo myśląc o porannym smaku, bo wiadomo, że jak się przegryzie przez noc to będzie smaczniejsze.
Podsumowując, mam kawałeczek ziemi i z niego korzystam. Zachęcam innych, aby też uprawiali swoje rośliny, bo to proste, tanie i zdrowe. Jednak wiele rzeczy można wyhodować też w donicy, na własnym balkonie. Wszystko to kwestia podejścia do życia.