Baby blues

         Koleżanka spodziewa się dziecka i ma tak samo termin jak ja miałam w pierwszej ciąży. Wiele ze sobą na ten temat rozmawiamy. Przypominam sobie jak to było 5 lat temu, gdy sama przerabiałam poszczególne etapy. Ostatnio poruszyłyśmy kwestię porodu ale to akurat nie było dla mnie jakimś wyjątkowym wydarzeniem, ani traumatycznym ani jakoś wyjątkowo wzruszającym. Juz 10 lat wcześniej dowiedziałam się, że z powodu poważnej choroby oczu w grę wchodzi tylko cesarka. Chodziłam co prawda na zajęcia do szkoły rodzenia ale ominęłam ćwiczenia oddechowe a skupiłam się na karmieniu piersią oraz opiece nad noworodkiem. Dodatkowo dużo na ten temat czytałam, rozmawiałam z koleżankami i uważałam, że mam sporą wiedzę teoretyczną. Ciąża przebiegała prawidłowo, nie bałam się zbytnio porodu bo wiedziałam jak będzie przebiegał zabieg. Słyszałam o depresji poporodowej ale nie sądziłam, że mnie spotka. Mama zaproponowała pomoc na początku, jednak grzecznie podziękowałam. Uważałam, że oboje z mężem jesteśmy dobrze przygotowani teoretycznie, praktycznie i emocjonalnie dlatego niczego się nie bałam, nie miałam uprzedzeń.
        Gdy wszystko się zaczęło, byłam opanowana. Wiedziałam, że zdarzają się fałszywe alarmy, więc spokojnie w drodze do pracy, bo jeszcze wtedy uważałam, że nie ma co panikować, odwiedziłam gabinet lekarza prowadzącego. Ten też z zupełnym spokojem podszedł do moich skurczy, jednak po badaniu zapytał: wezwać karetkę czy mąż panią szybko zawiezie. Zaczęło się i szybko postępowało. Byliśmy z mężem w drodze do wybranego szpitala, gdy czułam, że skurcze się nasilają. Lekarz mnie uprzedzał, że może szybko przebiegać cała akcja, więc skręciliśmy do pobliskiego szpitala, którego wcześniej nawet nie rozważałam jako miejsca do porodu. Słyszałam o nim wiele niepochlebnych opinii. Na izbie przyjęć spotkałam się z totalną niechęcią. Usłyszałam, że nie ma miejsc i karetka mnie przewiezie gdzie indziej. Jak zobaczyłam tą izbę to sama chciałam uciekać ale skurcze były coraz mocniejsze. Zgodnie z procedurami, przed odesłaniem lekarz musiał mnie zbadać i zaraz po tym zadzwonił na oddział, że będzie pilna cesarka. Rzutem na taśmę trafiłam na stół. Wcześniej krótką chwilę czekałam na bloku porodowym. Dostałam jakąś kroplówkę więc skurcze ustały i w sumie to się relaksowałam. Obok darła się dziewczyna, a jej krzyki nie robiły na nikim z personelu wrażenia. Pamiętam jak pytała lekarza ile to jeszcze potrwa. Ten ze spokojem odrzekł, że już blisko, ma teraz najsilniejsze skurcze ale za chwilę będzie z górki. Uspokoiło ją to na chwilę, bo spytała jeszcze czy to będzie już wszystko. A na to lekarz zupełnie beztrosko: no nie do końca, jeszcze będziesz musiała urodzić łożysko. Miejmy nadzieje, że całe bo inaczej trzeba będzie łyżeczkować a to nie jest miłe. Usłyszałam tylko jej wycie. No nie pomógł jej ten lekarz, oj nie pomógł. Współczułam jej, nie tyle bólu, ale tej znieczulicy i dołowania przez personel. Chwilę potem trafiłam na stół i wszystko przebiegło prawidłowo. Synek dostał 10 punktów, a ja trafiłam na salę wybudzeń. Byłam szczęśliwa i nawet nie przypuszczałam,  że zaczął się mój prywatny dramat.
        Leżałam na czteroosobowej sali, każda z pań była po cesarce i zaczynając od okna, pierwsza o godzinie 8mej a ostatnia, ja przy drzwiach o 15tej. Zajrzał do nas lekarz i powiedział pielęgniarce aby wieczorem, 12 godzin po zabiegu, zaczęła pionizację pierwszej pani, aby do rana wszystkie były na chodzie. Po sześciu godzinach od mojego cięcia pielęgniarka kazała nam wszystkim wstawać i spacerować wokół łóżka. Wstałam, a raczej odbyłam proces wstawania, bo najpierw przewrót na bok, potem nogi na podłogę, następnie reszta do pionu, podeprzeć się rękami i w górę. A brzuch pali jak ogień a w głowie dudni i się kręci. Dwie z nas nie dały rady wstać, nasłuchałyśmy się jakie słabe jesteśmy. W nocy prawie nie spałyśmy. Za ścianą neonatologia i słyszałyśmy co chwilę płacz dzieci. Każda od razu myślała, że to jej maluch płacze ale nic nie można było zrobić. Nad ranem druga próba pionizacji, tym razem zakończona sukcesem i spacer krokiem gejszy pod prysznic. Minęłam się z dziewczyną z porodówki, tym razem ona zrelaksowana a ja kuliłam się z bólu.
       Po powrocie na salę przywieźli nam wyczekane dzieciaczki, zamknęli drzwi i radź sobie człowieku sam. Synek grzecznie spał, więc też się ułożyłam. Ale po godzinie zaczął się wybudzać, więc odbyłam cały proces wstawania, wzięłam syna do łóżka i chciałam nakarmić piersią. Byłam do tego bardzo pozytywnie nastawiona, całą ciążę myślałam o tym jak będę karmić, byłam przekonana o samych pozytywnych stronach karmienia naturalnego. Jednak syn nie chciał współpracować. Na początku się nie zrażałam, w końcu oboje musimy sie nauczyć. Spędziliśmy przytuleni do siebie jakieś 6 godzin a mały nic nie zjadł. Zaczął być niespokojny, więc postanowiłam poprosić kogoś o pomoc. Przyszła położna, ułożyła dziecko, powiedziała jakie są pozycje przy karmieniu, pokazała jak podawać pierś, kazała próbować i poszła. Nawet nie zaczekała aż przy niej spróbuje, a  ja przecież to wszystko wiedziałam i próbowałam przez 6 godzin. Po kolejnych dwóch godzinach bezskutecznych prób, mały był już bardzo głodny ale nie chciał złapać piersi. Znowu poszłam po pomoc, przyszła znudzona położna, kazała pokazać jak robię. Nic nie pochwaliła, tylko ścisnęła mi pierś, sprawdziła, że nie ma pokarmu i powiedziała z totalną znieczulicą: „bo pokarm to leci z serca a nie piersi”. Jakbym dostała w twarz. Całą sobą chciałam nakarmić dziecko, mimo własnego bólu przez kilka godzin próbowałam, prosiłam o pomoc osoby doświadczone i usłyszałam, że widocznie nie chce karmić skoro mi nie wychodzi. Normalnie takie rzeczy mnie nie wzruszają i zazwyczaj stać mnie na ciętą ripostę ale wtedy szalały hormony, nie radziłam sobie w sytuacji, która była dla mnie bardzo ważna i w efekcie poryczałam się jak dziecko. Przyjechał mąż, chciał pocieszyć ale sam przecież nie nakarmi. Zaniósł syna na badanie na neonatologią a mnie namawiał, abym się przespała. Ale mi w głowie huczało od tych słów. Na noworodkach nakarmili synka butelką a ja nawet o tym nie wiedziałam. Pewnie dlatego nie chciał złapać piersi.
          Mam ogromny żal to położnych, że nic ze mną nie rozmawiały o niczym mnie nie informowały. Zwłaszcza, że prosiłam o pomoc, pytałam, dlaczego sobie nie radzę, co mogę zrobić. Wzruszały tylko ramionami albo komentowały tak, że w pięty szło. Pierwsza wspólna noc była straszna. Leżałam już wtedy na ośmioosobowej sali. Synka nad ranem obudził głód. Próbowałam go nakarmić ale znowu nie chciał złapać piersi. Po jakimś czasie zaczął już głośno płakać, obudził inne mamy, które patrzyły na mnie z wyrzutem. Poszliśmy na neonatologię i tam trafiłam na panią ordynator, czuwała przy ciężkim przypadku. Ona jedyna mi pomogła, w trosce o dziecko zaleciła dokarmianie ale też radziła abym nie rezygnowała z prób karmienia piersią. Mały nie był już głodny, ale dla mnie było już za późno, miałam już niezłą depresję.
        Gdy myślę o tym po czasie, to obiektywnie oceniam, że nie było aż tak strasznie, ale kobieta zaraz po porodzie świat postrzega zupełnie inaczej. Nie mogę zrozumieć dlaczego inne kobiety, fundowały mi takie komentarze, obrzucały spojrzeniem pełnym pretensji. Następnego dnia czułam się tak zaszczuta, że przy obchodzie poprosiłam lekarza o wypis, ale ten tylko się uśmiechnął i skomentował na głos: „a co my tu mamy, baby blues. Zostaje pani do poniedziałku”. A była dopiero sobota, nie wyobrażałam sobie pobytu w tym miejscu jeszcze przez dwa dni. Zaczęłam płakać w poduszkę ale nikogo to nie zainteresowało. Lekarze poszli do kolejnych dziewczyn. Dwie z nich wypisali, chociaż to były mamy dzieciaczków w inkubatorach. Nie dość, że dzieci miały komplikacje zdrowotne, to lekarze zabrali mamom łóżko, gdzie mogły choć na trochę rozprostować kości. One i tak warowały przy tych inkubatorach przez większość doby ale choć na kilka godzin mogły się położyć, przebrać, odciągnąć pokarm. Zaczęły płakać, że dzieci leżą na neonatologii, co mają zrobić, przecież nie pojadą do domu. Lekarz rzekł: „nie wiem, ja potrzebuję wolne łóżka przed weekendem”. Zapłakane spakowały się i przeniosły na krzesełka koło inkubatorów. Przyszła salowa aby zmienić po nich pościel a do mnie rzekła: „co tam, baby blues. Nie rycz tak, weź się w garść.” I wziełam się. Poszłam na neonatologię, dowiedziałam się, że z synem jest wszystko ok i za godzinę będzie gotowy wypis. Poszłam do lekarza i oznajmiłam, że wychodzę. Nie wzruszył się tylko, oznajmił, że to na własne żądanie, jakby coś się stało to żebym nie miała pretensji. Tego samego dnia byliśmy już w domu. Maż zajął się synem, ja odespałam i odżyłam. Kilka dni potrzebowałam aby dojść do siebie psychicznie ale miałam wsparcie. Mąż wziął kilka dni wolnego, potem dojechała mama. Karmić mi się już nie udało. Ale z perspektywy czasu uważam, że to i tak mały koszt całych tych przeżyć.
        Wszystko miało miejsce 5 lat temu. Potem jeszcze raz urodziłam ale w innym szpitalu i było zupełnie inaczej. Początki karmienia też były trudne ale przyszła do mnie położna, posiedziała, doradzała, skutecznie pomagała. Innym dziewczynom na sali też dawała praktyczne rady a nie krytykowała. Ale przede wszystkim cały czas ciepło namawiała, aby próbować, nie zrażać się niepowodzeniami. Zupełne przeciwieństwo tego co mnie spotkało za pierwszym razem.
        Zastanawiam się dlaczego lekarze i położne widząc, że mam depresję poporodową, nie starali się mi pomóc. Komentowali tylko z uśmieszkiem: „ach, to baby blues”. Przecież nie wiedzieli czy będę miała wsparcie w rodzinie. Maż przyjeżdżał i mi pomagał w szpitalu ale skąd mogli wiedzieć, że to nie tylko tak przy ludziach. Przecież są różne związki i różne relacje. Nikt nie zadał mi pytania jak sobie poradzę w domu. Nikogo nie zastanawiało, czy zdrowie dziecka nie jest zagrożone. Nikt nie dał mi namiarów na jakiegoś psychologa, nie dostałam nawet żadnej ulotki z poradami jak sobie radzić. Nikt nie rozmawiał z mężem, jak ma sie mną opiekować. Jedyne na co było ich stać to uśmieszki pod nosem. Faktycznie ja sobie poradziłam, miałam wsparcie w mężu i mamie. Po kilku dniach nie było śladu po moich problemach. Ale czy wszystkie mamy mogą liczyć na takie wsparcie?

37 myśli nt. „Baby blues

  1. ~Dorota z Maminkowa

    Leżąc na patologii ciąży byłam nieraz świadkiem podobnej znieczulicy i nietaktu personelu. Czasem odzywki do pacjentek były jak „z rynsztoka”. Rozumiem, że pracując na co dzień w takich warunkach, trudno się rozczulać, ale można przynajmniej darować sobie teksty, które mogą kogoś bardzo zranić czy odmienić, jak ten skierowany do ciebie o „mleku z serca”. Jak po traumie jaką przeżyłam na patologii szłam na porodówkę, to nie miałam wielkich oczekiwań i bardzo mocno wzięłam się w garść, aby nie dać się pogrążyć takim położnym i lekarzom. Podobnie jak Ty nie mogłam liczyć na pomoc przy nauce karmienia czy przewijaniu dziecka (tylko siostra która co rano kąpała dzieci była cudowna i salowa zmieniająca pościel). Nawet gdy za długo szłyśmy z paniami z sali do wózka z obiadem, to dostawałyśmy opieprz i porównania do mam, które dają radę szybciej. Parę razy odpyskowałam, a kilka zacisnęłam zęby, bo to były moje szczęśliwe dni, mimo wszystko i nie miałam zamiar ich przeryczeć. Tak to jest w naszej służbie zdrowia.
    Tu mówisz o hormonach po porodzie, a obok mnie kobieta poroniła ciążę, na zbiorowej sali i nie było nawet psychologa, który by jej pomógł, kiedy to trwało, a lekarze byli bardzo dosadni i zimni. Ten brak psychologicznego wsparcia to jest jakiś koszmar w polskich szpitalach, na patologii ciąży ginekolodzy bez wahania przepisywali matkom silne leki uspokajające, a nie było psychologa do zwykłej rozmowy o ich zmartwieniach.

    Odpowiedz
    1. ~socjoblozka

      Zastanawiam się dlaczego czasem można a innym razem mamy do czynienia z takimi sytuacjami jak piszesz. Mój drugi poród to były same pozytywne doświadczenia i jakoś personel stać było na uśmiech i dobre słowo.
      Też miałam przykre doświadczenie z patologii ciąży gdy leżałam w wysokiej ciaży i położyli ze mną na sali dziewczynę, która poroniła. A były wolne jeszcze trzy sale, nie wiem dlaczego położyli ją akurat ze mną abym ja kłuła w oczy widokiem brzucha. Wystarczyło odrobinę się wczuć w jej sytuację.

      Odpowiedz
  2. anna.a72

    Też miałam problem z karmieniem. Trafiłam jednak na taką pielęgniarkę herod-babę, która przyniosła mi elektryczną „wyciągarkę” i kazała wyciągać nią brodawki, bo były wklęsłe. Na cały oddział śmiała się: „Jak ten A. (tu padało nazwisko męża) zrobił to dziecko, jeżeli brodawki wklęsłe?!” Ale nie uraziło mnie, śmiałam się, bo ona tak rubasznie to wykrzykiwała. :) I jakoś potem poszło. :)

    Odpowiedz
    1. socjoblozka Autor wpisu

      Ty to wesoła kura jesteś :) Ale wszystko zależy jak coś się mówi. Domyślam się, że herod-baba mimo wszystko przychylna była. Sama też umiem się z siebie śmiać, ale wtedy to czułam się zaszczuta.

      Odpowiedz
      1. anna.a72

        A z tą wesołością też u mnie różnie bywa. Nie wiem, czy czytałaś mój tekst o tym, jak to „rodziłam po ludzku”?

        Odpowiedz
          1. ~Socjoblozka

            Przeczytałam. Brak mi słów. Ale dobrze, że to opisałaś. Blog to chyba takie miejsce gdzie można takie rzeczy wyrzucić. Pozdrawiam serdecznie.

  3. ~Młoda Polka

    Z każdym Twoim kolejnym wpisem widzę, że bardzo dużo nas łączy. Przy pierwszym porodzie znieczulenie utrzymywało się przez prawie 12godzin, sądzę, że to taka niepisana przysługa od anestezjologów… Na nogach stawiano mnie w niedzielę rano, nie miałam problemów. Potem rzucono dziecko bez instrukcji obsługi, trzeba było się prosić o mleko, żadnej pomocy, dużo dziewczyn miało baby blues, szpital był wielki – masówka, z pomocą przychodzili studenci rehabilitacji (!). Lepsze to niż nic. Za to przy drugim synu szpital malutki, z nie najlepszą opinią a opieka tak wspaniała, że serce mi rośnie na samą myśl o tamtych położnych, pielęgniarkach, lekarzach. Wszystko zależy od tego jakim się jest człowiekiem…

    Odpowiedz
    1. socjoblozka Autor wpisu

      Doczytałam, że Twój traumatyczny poród był na klinikach, mój na Dyrekcyjnej. Ale przy drugim to uciekłam do szpitala poza miasto. Przy pierwszej cesarce kazali wstawać po 6 godzinach a po 12 zostawili dziecko i poszli. Przy drugim musiałam leżeć 24 godziny po zabiegu, tylko przynosili na chwilę dziecko przystawić do piersi. A jak po tej dobie wstałam, to wszystko mogłam sama wokół siebie i dziecka zrobić. Dwa różne światy.

      Odpowiedz
      1. ~Justyna

        Wszystko jest względne: po pierwszej cesarce pod znieczuleniem ogólnym wstałam po 8 godzinach i biegałam jak fryga. Po drugiej, od pasa w dół, leżałam całą dobę i łaziłam potem parę tygodni, jakby mnie walec przejechał.

        Odpowiedz
  4. super5

    Ja urodziłam całą moją piątkę siłami natury i bez znieczulenia, więc zaraz po urodzeniu dostawałam dzieci na sali porodowej i wio :) zajmuj się matko tym coś urodziła :) U mnie stres poporodowy objawiał się zdenerwowaniem, kiedy któraś pielęgniarka dotykała dziecka, a najgorzej jak brały dzieci do kąpieli. Od razu w wyobraźni widziałam jak im to dziecko upada na podłogę…. ciągle mi się wydawało że uszkodzą noworodka, np. uderzą w coś jego główką.

    Odpowiedz
    1. socjoblozka Autor wpisu

      Przy drugim też tak miałam. Już nie było żadnej depresji tylko chciałam mieć stale dziecko przy sobie. Kobieta z takim doświadczeniem jak ty pewnie powinna być doulą albo doradcą laktacyjnym, myślałaś o tym?

      Odpowiedz
  5. socjoblozka Autor wpisu

    Tak w ogóle to mam spory dystans do siebie i szybko biorę się w garść. Zazwyczaj pomagam innym. I cały ten baby blues to jedyny moment w życiu, że się załamałam. Szybko się z tym uporałam. Dziecko było wyczekiwane, miałam wsparcie w mężu. Ale z perspektywy czasu coraz więcej myślę o postawie personelu. Wg mnie baby blues nadal jest tematem tabu. Dziewczyna z depresją czasem ma małe szanse, że ktoś jej w domu pomoże a w szpitalu też nie garną się z pomocą. Sama nie rozmawiam z nikim na ten temat w realu, bo mi wstyd. Łatwiej napisać na blogu gdzie jestem bardziej anonimowa. Mam nadzieję że komuś to pomoże jak poczyta, że innym też się przytrafia.

    Odpowiedz
    1. ~Dorota z Maminkowa

      Często tak jest, że kobiety nie mówią nikomu, a zaczynają nienawidzić swojej roli, nie lubią dziecka i myślą, że z nimi jest coś nie tak, więc się wstydzą przyznać i prosić o pomoc. Znam dziewczyny, dla których opieka nad pierwszym dzieckiem była strasznym przeżyciem, ale bały się o tym rozmawiać, żeby nie być ocenione jako złe matki. Faktycznie zaś ich objawy wskazywały na poporodową depresję i brak psychicznego przygotowanie do opieki nad dzieckiem. Ale higiena psychiczna w Polsce jest właściwie tabu, to najbardziej zaniedbana sfera zdrowia Polaków.

      Odpowiedz
  6. ~Magdalena F.

    Co prawda nie miałam depresji Poporodowej ale też nie dostałam żadnej pomocy przy dziecku. Moja N. Nie chciała ssać w efekcie nic nie jadła przez 2 doby. Ledwo doprosiłam się o 1/4 butelki glukozy, bo trzeba karmić piersią. Obok mnie leżała kobieta z 5kg dziewczynka i co mnie dziwiło do niej przychodziły co chwilą z nowa butelka pełną mleka choć dzieciak cały czas na piersi wisiał. Moja miała 3kg. Poród miałam lekki i szybki. Szczęściara ze mnie pod tym względem. Ale jako młoda mama nowicjuszka oczekiwałam, że ktoś Mi pokaże jak przewijać czy pomoże w racjonalny sposób z piersiami pełnymi mleka, a zostały tylko wygniecione i jeszcze bardziej obolale. O dostaniu ściągaczki mogłam Pomarzyć, bo co dziecku dam? Znieczulica panuje straszna. Szczególnie do młodych matek. Współczuję wszystkim tych ciężkich chwil szczególnie Po ciężkich porodach. Każdej życzę takiego porodu, po którym można skakać i biegać, a brzuszek od razu znika, jaki ja miałam. Facet by tego nie przeżył więc możemy być dumne z siebie. Dziecko wszystko wynagradza, wcześniej czy później. Pozdrawiam

    Odpowiedz
    1. socjoblozka Autor wpisu

      A najdziwniejsze w tym wszystkim, że na oddałach położniczych pracują kobiety i to one są takie znieczulone :) Trzeba mówić głośno o tym , to może „nasze córki” będą rodzić w innych warunkach i będą otaczane inną opieką. Pozdrawiam.

      Odpowiedz
  7. ~SF01

    Dlatego należy zjeść łożysko.
    Hormony i inne substancje w nim zawarte pomagają organizmowi dojść do normalności i między innymi właśnie wspomagają laktację.
    Każde normalne zwierze po porodzie zjada łożysko i jakoś nie zaobserwowano u nich żadnych depresji.wypadałoby pozwać za szkody moralne, itp.

    Inną kwestią jest natomiast personel,

    Odpowiedz
  8. ~wiki

    U mnie było tak samo z pokarmem, i ze znieczulicą personelu a takze z depresja poporodową – tylko cesarka byłą planowa a szpital byłrenomowany. Mniejsza o to, ze zainfekowali mi rane pooperacyjna gronkowcem złocistym, nie przyznali się do tego i w niczym nie pomogli. najgorsze, że przez tydzień nie nakarmili mojego dziecka NICZYM, a ja nie miałam pokarmu. Kilka razy wyprosiłam ściągane mleko, za trzecim razem odmówiono mi, „bo to dla wcześniaków” a z kolei „smoczek jest na receptę ordynatora”. I też si wypisałam na własne życzenie, tylko po wielkiej awanturze – darłam się i ja i ordynator. A wszystko w renomowanym szpitalu przy Żelaznej w Warszawie, który był wtedy pierwszy w rankingiu „rodzic po ludzku” W żadne rankingi nie wierzcie!

    Odpowiedz
  9. ~Gaja

    ciekawe czy te pielęgniarki miały krzyż w swoim pokoju, a pan lekarz był gorliwym katolikiem… bo jeżeli są, czego zazwyczaj można się spodziewać po tak nadąsanych osobach, gorliwymi wierzącymi to należy im się poprawka z tematu miłość bliźniego…

    Odpowiedz
  10. ~Basia

    Jakbym czytała o sobie. Też miałam cesarkę. Zostawili mi, leżącej, dziecko, które zaczęło wymiotować. Zaczęłam krzyczeć, że się dusi, położna z wielką łaską, z „fukaniem” przyszła do mnie. Później było jeszcze gorzej. Nie miałam pokarmu, nie chciały dokarmiać dziecka. A jak już przyszły – to dopiero mi „pomagały”. Słowa „co za matka – nie chce karmić”, „pani jest jakaś nienormalna, nic pani nie wie o dzieciach”, „znowu muszę przychodzić, bo komuś nie chce się karmić”, były na porządku dziennym. NIKT MI NIE POMÓGŁ. Wypisałam się na własne żądanie, po dwóch dniach. Najgorsze jest to, że nie można nic z tym zrobić. Że takie osoby, KOBIETY, nadal tam pracują i niszczą inne dziewczyny, młode matki. I dalej będą poprawiać sobie humor, gnojąc inne kobiety. Myślałam, że żyjemy w państwie cywilizowanym, w środku Europy. Dość boleśnie przekonałam się, że nie. Drugiego dziecka nie planuję, nie chcę znowu trafić pod „troskliwe” skrzydła pań położnych. Pozdrawiam i dzięki za tę notkę.

    Odpowiedz
  11. ~Ela

    witam ,ja rodziłam dwa lata temu w szpitalu w Brzozowie,i tam spotkał mnie też najgorszy koszmar jeśli chodzi o opiekę nad dzieckiem, o ile położne są ok,to opieka nad matką i dzieckiem horror,też miałam cesarkę ,wydzierające się na młode matki chamskie pielęgniarki ,nie każda po cesarce ma pokarm,z łaską przewijające dzieci,lezałam na sali z młodymi dziewczynami,którym zamiast któraś z pielęgniarek pomóc ,wytłumaczyć ,pomóc nakarmić dziecko to tylko okropne odzywki :co z ciebie za matka, puste cycki będziecie dawac dzieciom bo głodne płakały w nocy ,a pielęgniarki chciały pospać, wszystko z łaską ,trochę czasu tam spędziłam ,trochę zobaczyłam,i kazdemu będę odradzać

    Odpowiedz
  12. ~Ula

    Ja też miałam wsparcie, a baby blues, a może właśnie depresja trzymała mnie około dwóch miesięcy… Początków macierzyństwa nie wspominam dobrze, choć kochałam maleństwo od samego początku.

    Odpowiedz
  13. ~Ala

    Tez mialam cesarke, bo za male bylo rozwarcie. Znieczulenie tylko zewnatrzoponowe, maz caly czas przy mnie. Gdzy mnie czyscili i szyli, to on trzymal nasze dziecko caly czas na rekach. 12 godzin pozniej pierwsza pionizacja. Bol nieziemski, pare godzin pozniej druga proba i wreszcie lazienka! Dziecko caly czas przy mnie na lozeczku bez barierki przy moim, moglam je wziac bez wstawania-jedynie przysunac do siebie. Pokarmu nie mialam – normalne po cesarce. Dziecko wciaz beczy, ja mam baby-blues, pani psycholog przyslana przez pielegniarki, sutki poranione, mleka nie ma, ja wciaz rycze. Pielegniarki przychodza co chwile i sprawdzaja, czy dobrze dostawiam dziecko, pomagaja, sugeruja. Przynosza specjalna poduszke do karmienia. Karmilam 3 dni sztucznie ale nie butelka a strzykawka. I nie to, ze wstrzykiwalam dziecku mleko do buzi – ono sobie je wysysalo, ssac jednoczesnie moj maly palec. Od drugiego dnia co trzy godziny z zegarkiem w reku chodzilam na pompke (na obie piersi na raz), ktora pobudzala brodawki do produkcji mleka. Jak sie piersi nie pobudza, to mleko sie nie pojawi! Jak po dwoch dniach udalo mi sie odessac z obu piersi 5 ml, to plakalam z radosci. i to mleczko podawalam strzykawka mojemu dziecku dokarmiajac sztucznym. I tak co pare godzin bylo tego mleka coraz wiecej. Po tygodniu nawal mleka, moglabym wykarmic dwoje. Po powrocie do domu od gina dostalam recepte na wynajem (darmowo) pompki laktacyjnej z apteki. Mialam ja w domu 3 miesiace, musialam mleko sciagac i wylewac do zlewu.
    W szpitalu bylam tydzien, na wlasna prosbe, bo balam sie byc w domu z maluszkiem sama, gdy mleka jeszcze bylo niewiele. Sala 2-osobowa, przez 4 dni byla dziewczyna, 3 dni bylam sama – pelny relax, cisza, przydymione swiatlo w nocy i wieczorami. W lazience ubikacje, ktore po nacisnieciu guzika podmywaly ciepla woda a po nacisnieciu drugiego – osuszaly poranione miejsca (nie potrzebowalam korzystac, bo mialam cesarke, ale na poczatku owszem, dla wygody). Nigdy dzieci nie slyszalam, zeby plakaly u pielegniarek. zreszta zazwyczaj dzieci byly stale przy mamach, czasami w nocy jak sie chcialy wyspac to pielegniarki sie zajmowaly maluszkami. Jak ktores za duzo plakalo, to pielegniarki nosily je na zmiane w chustach i robily swoja robote. raz mi same zaproponowaly, ze sie moim dzieckiem zajma na kilka godzin, zebym mogla pospac – spalam wtedy na raz 6 godzin! Wow! Wiedzialy, ktore dzieci beda karmione piersia i nigdy nie dokarmialy butelka, jesli juz, to malenkim kubeczkiem albo strzykawka, zadne dziecko nie mialo smoczka jako uspokajacza. Szpital zapewnia na caly czas pobytu matki z dzieckiem: pieluchy (oryginalne pampers), husteczki pampersa, krem do pupy, ubranka (do oddania przed wyjsciem), kocyki, reczniki dla dzieci, podklady, podpaski dla matek. Bylam w szpitalu 3 dni dluzej, niz to przewiduja, na wlasna prosbe – nie bylo problemu, powiedzialam lekarce, ze nie czuje sie na silach i poprosilam o przedluzenie pobytu. Aha, nie placilam tam ani grosza za nic. wszystko pokrywa kasa chorych. Tak wlasnie wyobrazalam sobie oddzial polozniczy. 10 gwiazdek na 10. Szkoda, ze nie w Polsce a w Niemczech. Zycze wszystkim rodzacym takiej opieki, jaka ja mialam – nawet tym z baby-bluesem, komplikacjami itp. Niestety, w Polsce do takich standartow jeszcze daleko, dlatego, jak czytam wypowiedzi matek o realiach w polskich szpitalach, to wlosy mi staja deba.
    Pozdrawiam

    Odpowiedz
    1. socjoblozka Autor wpisu

      Tak czytałam i czytałam i im bliżej końca to podejrzewałam, że to nie u nas. Pozazdrościć. Ale cieszę się, że o tym napisałaś. Okazuje się, że można. Mam nadzieję że jak będzie się głośno mówić o warunkach na polskich oddziałach położniczych, to kiedyś się to zmieni. Choć połowa z tego co piszesz byłaby już świetna.

      Odpowiedz
  14. ~Aneta

    Szpital szpitalowi nierówny.Dużo zależy od personelu.Pierwsze dziecko rodziłam w innym,drugie w innym.
    Niestety,mogę tylko potwierdzić rozczarowanie względem drugiego.
    Jak najszybciej chciałam być stamtąd wypisana.
    W pierwszym po porodzie pielęgniarki z uśmiechem przynosiły mi dziecko,pokazywały jak karmić,jednak i tak córka nie chwyciła piersi.
    Karmiłam ja butelką,ale nie narzekam na ten czas,pobyt w tym szpitalu,chociaż przed porodem leżałam na korytarzu.
    Nie traktowano ludzi przedmiotowo,chociaż wiem,że było ciężko,ze względu na panujące warunki.Brak łóżek,funduszy itp.
    Personel był jednak pomocny,wymagający ale empatyczny.
    Pocieszające pielęgniarki ale nie litujace się,ze względu na dużą ilość obowiązków,nie byłam tam jedyną pacjentką.
    Drugi szpital pominę,pielęgniarki złośliwe,czepiające się,komentujące niektóre sytuacje niczym żule spod budki z piwem.
    Gdybym była dyrektorką(uważam że organizacja i dobór personelu jest ważny i wiele od niego zależy)na pewno wymieniłabym jego sporą część.
    Uważam,że o ile można się nauczyć wbijać igły i zakładać wenflon,o tyle kultury osobistej już nie.
    To tyle w temacie.

    Odpowiedz
    1. socjoblozka Autor wpisu

      Dokładnie tak, warunki lokalowe mogą być trudne ale personel może to zrekompensować. Wszystko zależy od ludzi.

      Odpowiedz
  15. ~Aneta

    Aha,a na stwierdzenie,że do karmienia piersią potrzebne jest serce odpowiedziałabym,że jedne dzieci pochodzą od ojca,który nie nakarmi,a drugie od matki.

    Odpowiedz
  16. ~Magda

    Rodziłam, ale prawie 14 lat temu. Po przeczytaniu komentarzy, niewiele się zmieniło. Chciałam opowiedzieć swoją historie, bo mimo, ze dobrze się wszystko skończyło, przeżywam to podczas każdych urodzin mego syna. Przenosiłam ciąże o jakieś 12 dni od terminu. Siedziałam w szpitalu na wywołaniu. Okazało się, że dziecko będzie ważyć ponad 4500 g a ja mogłabym sobie nie dać rady, przy moim wzroście w okolicach 160 cm. Po 5 godzinach akcji porodowej, kiedy moja macica, miednica i wszystko w około było w strzępach a serce dziecka biło coraz słabiej i słabiej podjęto decyzję o cesarce. To były czasy mody na „naturalne porody mimo wszystko”. Zanim przygotowano mnie do zabiegu, nasze serca się zatrzymały. Dalej nie pamiętam. Obudziłam się bez brzucha na sali pooperacyjnej. Byłam przerażona, nie mogłam się ruszyć. Wtedy środkiem znieczulającym była morfina, wiec świat wirował. Przeżyliśmy. Po 4 godzinach kazali mi wstać, morfina jeszcze nie zeszła mi z nóg, więc miłosierna pielęgniarka umyła mi zęby, przeczesała włosy. Dostałam swojego syna po 2 dobach. Podczas operacji wystąpiły u mnie komplikacje, więc musiałam zaczekać. Płakał, był głodny, a ja zupełnie zielona. Nie jadłam od 3 dni, później kleik i nic więcej. Pokarmu nie było. On płakał. Oczywiście panowała moda na „naturalne karmienie mimo wszystko”, i brak pokarmu był moją winą. Niedobra matka. Higieną dziecka zajmowałam się sama, myłam, lulałam, „karmiłam” itd. Pielęgniarki biegały po korytarzach, ale nie po to by pomóc młodym, przerażonym matkom. Leżałam tam 3 tygodnie, szycie mojego brzucha rozleciało się, dostałam infekcji, krwotoku i znowu wylądowałam na stole. Tydzień w izolatce, bez dziecka. Powiedzieli, że mogą go wypisać, ale ja muszę zostać!!! Głupota. Syn spadł z wagą o 800 g (4650 g – waga urodzeniowa). Zaczęli go dokarmiać mlekiem, które potajemnie przyniósł mój mąż. W izolatce mnie dopadło. Depresja to mało powiedziane, chciałam wygryźć sobie żyły, wszyscy mnie totalnie olali. Świat spadł mi na głowę. Teraz myślę, że jeśli w szpitalu nie byłabym tak źle traktowana, wspominałabym początki macierzyństwa jak bajkę, nie jak horror i moje dziecko czułoby się od początku bardzo kochane. Leczyłam się z depresji około 3 lat. Tyle straciłam, ale teraz wiem czym jest macierzyństwo. To nie reklama.

    Odpowiedz
  17. ~Ewa

    czytając ten tekst to jakbym o sobie czytała.w skrócie telegraficznym: miałam podobnie że nikt się nie interesował moim stanem ducha nie mówiąc o tym że jak nakarmili dzidziusia to jeszcze zdziwieni o co mi chodzi jak przecież ja i tak nie mam pokarmu (byłam po cięciu). byłam w szpitalu który miał opinię najlepszego w okolicy. powiem szczerze że więcej bym tam nie poszła rodzić a przy następnym porodzie będę mądrzejsza o wiele przeżyć i doświadczeń.do pomocy miałam męża i bratową która jest położną więc miałam trochę lepiej ale co do pobytu na tym oddziale mam traumę i ile razy pomyślę to nadal mam niemiłe odczucia. synuś ma cztery lata i jak patrzę na niego to jestem najszczęśliwsza na świecie

    Odpowiedz
  18. ~PsychologBMW

    Pomoc w depresji poporodowej to pomoc kobiety kobiecie. Wiele jest sytuacji, gdy młoda mama chce spełnić oczekiwania innych ważnych kobiet uważając przy tym, że musi być idealną mamą za wszelką cenę. Jednak nawet przy najlepszym wsparciu bliskich, gdy mamy do czynienia z depresją, potrzeba profesjonalnej pomocy.
    Barbara Michno-Wiecheć, psycholog psychoterapeuta

    Odpowiedz

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>