Miesięczne archiwum: Kwiecień 2013

Magia magii

        Wyskoczyłam dzisiaj do wielkiego miasta załatwić kilka spraw. Myśl o konieczności parkowania w centrum osłabiała mnie już od rana i psuła smak porannej kawy. Jednak na miejscu spotkało mnie miłe zaskoczenie. Zapewne to zasługa długiego weekendu bo miejsce znalazłam bardzo ładne i dość szybko. Stałam tuż przy parkomacie co ma swój plus bo nigdy nie pamiętam numeru rejestracyjnego a z moją krótkowzrocznością kończy się to zazwyczaj bieganiem od automatu do samochodu i z powrotem. Jakbym nie mogła spisać z dowodu ale on zawsze gdzieś się schowa w czeluściach torebki.  Wrzuciłam dwa zeta do automatu i wyskoczyło, że mam pół godziny. Ale uznałam, że to może być trochę mało na załatwienie wszystkich spraw, więc zaczęłam szukać moniaków. Nazbierałam garść 10 i 20 groszówek i wrzuciłam wszystko jak leciało. Zatwierdziłam i zamarłam. W rękach miałam bilet parkingowy ważny do godziny 11:11.
        Niby nic takiego, godzina jak godzina. Ale ona mnie prześladuje od pewnego czasu. Dlaczego tych moniaków wystarczyło akurat na tyle? Nie mogło być do 11:10 albo 11:12? Musiało akurat 11:11?  To już robi się dziwne, aż mi ciarki przeleciały po plecach. Poszłam załatwiać sprawy ale wyjątkowo uważałam na przejściach, bo kto wie co to znaczy.
W zeszłym tygodniu mąż był w delegacji. Nie lubię jak wyjeżdża, bo teraz tyle tych piratów drogowych. Zawsze melduje się tuż po przyjeździe na miejsce. Tym razem też zadzwonił i była to równo 11:11. Wszystko było dobrze, czekał go napięty dzień więc umówiliśmy się na wieczorny telefon. Zadzwonił równo o 22:22. Nawet spytałam czy mi tego nie robi specjalnie ale nie rozumiał o co mi chodzi. Następnego dnia dostałam smsa, że będzie późnym wieczorem a poza tym wszystko ok. Smsa odebrałam o 11:11. Nie muszę chyba dodawać, że mąż wieczorem wszedł do domu o 22:22. Identyczna sytuacja miała miejsce kilka miesięcy temu, tylko wtedy prześladowały mnie tak zwane urodziny godziny. Mąż wówczas wrócił z delegacji o 19:19.
        Nie wiem co o tym myśleć. Może moje ciało ma jakiś magiczny magnetyzm, że przyciąga elektroniczne zegarki do określonej godziny. Ale nie myślę o tym, nie planuję tego. Faktycznie, gdy mąż wyjeżdża, to martwię się o niego, możliwe, że wtedy jakoś to ściągam. Ale parkomat to był czysty przypadek. I chyba tak muszę o tym myśleć, bo inaczej zacznę podejrzewać u siebie jakieś magiczne zdolności.
Jeszcze przyjdzie mi do głowy zainwestowanie w szklaną kulę i dorabianie jako wróżka. Ponoć to intratny biznes, ale wolę pozostać przy przekonaniu, że to czysty przypadek.

Nie śmieć kolego…

 

        Wczoraj wybrałam się z dziećmi i Babcią na piknik. Co prawda pogoda nie była idealna ale pomysł okazał się strzałem w dziesiątkę. Zapakowaliśmy trochę smakołyków do koszyka, zabraliśmy koc i dobry humor. Aby urozmaicić wyjazd, odstawiłam Babcię z wnukami na nasz dworzec. Wsiedli do podmiejskiego pociągu a ja jechałam autem na umówioną, małą stacyjkę. Udało mi się być tuż przed nimi, choć jechałam okrężną drogą, ale mały ruch mi sprzyjał. Chłopcy byli zachwyceni przejażdżką, bo konduktor otworzył im drzwi do „kokpitu” i mogli zobaczyć maszynistów. Podróż koleją tak im się spodobała, że młodszy wysiadał z płaczem. Koniecznie musimy powtórzyć taką wycieczkę. Potem wybraliśmy się na zwiedzanie okolicy  i szukanie ładnego miejsca na piknik. Specjalnie zboczyłam z głównej drogi i jeździliśmy po uroczych wsiach, gdzie chłopcy podziwiali traktory i inne maszyny. Trochę pobłądziliśmy i dodało to smaczku naszej wycieczce. Bak na szczęście był pełen, ale momentami gubiliśmy zasięg więc emocje rosły. Okazało się że moi synowie preferują całkowicie odmienny styl podróżowania. Starszy gdy usłyszał, że nie wiem gdzie jechać, był bardzo przejęty, rozglądał się, mówił, że jeszcze nigdy tu nie był i żebyśmy już wracali. Młodszy za to chciał jechać dalej w nieznane i jeść na trawie, na co starszy poprosił aby jednak poszukać restauracji. W końcu znalazłam właściwą drogę i chłopcy zaczęli wybierać miejsca do postoju, jednak my wszystkie odrzucałyśmy, gdyż wszędzie roiło się od śmieci. Nóż się w kieszeni otwiera na taki widok. W końcu udało nam się znaleźć w miarę względne miejsce. Rozłożyliśmy koc i chłopcy zaczęli przekąskę. Otworzyli soczki, batoniki i wyciągnęli dzień wcześniej upieczone muffinki. A po jedzeniu wszystkie papierki wrzucali do koszyka i byłam z nich bardzo dumna. Jednak po chwili stwierdzili, że wcześniej były tutaj niegrzeczne dzieci i naśmieciły, wobec czego oni posprzątają. Znalazłam w bagażniku jakiś worek i pozbierali śmieci z najbliższej okolicy. Ku naszemu zaskoczeniu chwilę później przejechał patrol policyjny. Byłam w szoku widząc radiowóz w lesie a chłopcy ze zdziwienie aż zaniemówili i zdobyli się jedynie na pomachanie policjantom. Potem, gdy ochłonęli z wrażenia uznali, że policjanci szukali tych łobuzów co naśmiecili. Sama też chcę wierzyć, że tak było. Wszyscy świetnie się bawiliśmy na pikniku. Urządziłyśmy chłopcom zawody w skokach przez rów i przez gałąź. Wybiegali się i dotlenili a w domu szybko i smaczne zasnęli.
 Przypomniałam sobie, że kilka tygodni temu wzięłam udział w konkursie dla rodziców przedszkolaków na bajkę. Temat bajki akurat idealnie pasuje do naszych wczorajszych przygód dlatego pozwolę sobie ją tu zamieścić. Nie wiem jeszcze jak jury ocenia moją pracę ale mimo wszystko podzielę się nią z innymi.
NIE  ŚMIEĆ KOLEGO BO MOŻE BYĆ BÓL GŁOWY OD TEGO
Pewnego słonecznego dnia, dwaj bracia, Adaś i Janek, wybrali się na wycieczkę rowerową. Słońce coraz mocniej grzało, ale gdy szybko jechali, czuli na twarzach miły powiew wiatru. Odwiedzili swoje ulubione miejsca, byli nad rzeczką i na wzgórzach. Postanowili wracać drogą przez las, gdzie panował przyjemny chłód i pachniało kwitnącymi konwaliami. Jednak w pewnym momencie ujrzeli stertę śmieci. Już nie było tak pięknie, wszędzie unosił się brzydki zapach a walające się śmieci wyglądały okropnie.
- Fuj,  kto to mógł zrobić, ale tu śmierdzi – skrzywił się Adaś
- Co ci ludzie sobie myślą? Że jak wyrzucą śmieci do lasu czy rowu to one przestaną istnieć? Zepsuli takie piękne miejsce – denerwował się Jaś.
- Wracamy do domu, trzeba to będzie komuś zgłosić. Może namierzą tego sknerusa co nam tu tak brudzi – doradził Adaś Chłopcy już z mniej wesołymi minami skierowali się w stronę domu. Pocieszała ich tylko myśl o czekającym na nich w domu pysznym deserze. Nagle usłyszeli przerażający krzyk. Zatrzymali się i zaczęli nasłuchiwać skąd dobiegał. Gdy się powtórzył, szybko pobiegli w jego stronę. Ten krzyk był tak rozpaczliwy, że nie liczyły się dla nich poranione o gałęzie nogi. Po chwili ujrzeli szamoczącego się w folii bażanta i już prawie dopadającego go lisa. Zdążyli w ostatniej chwili, gdyż lis szykował się do skoku na bażanta. Chłopcy narobili hałasu i przegonili lisa. Powoli podeszli do przerażonego ptaka. Był cały oplątany w foliowych, jednorazowych torebkach, nie mógł się ruszyć. Gdyby nie oni, lis by go zjadł.
- Nie bój się, pomożemy ci,  nie wyrywaj się tak, zaraz będziesz wolny – uspokajali ptaka chłopcy.
Po chwili bażant był oswobodzony i odskoczył kilka metrów. Nagle powiał silny wiatr, wokół ptaka uniosła się złota łuna i zmienił się on w czarodzieja w złotej szacie. Chłopcy oniemieli z wrażenia, przecierali z niedowierzaniem oczy.
- Dziękuję wam, chłopcy za uratowanie mi życia. Nie sądziłem, że kiedyś mnie spotka coś takiego. W moich czasach nie było takiego foliowego paskudztwa – rzekł czarodziej.
Chłopcy otrząsnęli się nieco z wrażenia i zapytali kim jest ich rozmówca.
- Jestem młodym czarodziejem. Uczę się podróżowania w czasie i zmieniania w różne postacie. Ale coś słabo mi to jeszcze wychodzi, stąd moja postać bażanta zamiast sierżanta – zaśmiał się czarodziej. – Ale gdyby nie wy, nie byłoby mi tak do śmiechu – dodał -  Ale chwileczkę. Mam wobec was dług wdzięczności. Powiedzcie o czym marzycie, a spełnię to.
Chłopcy nie mogli jeszcze trzeźwo myśleć i nic nie przychodziło im do głowy. Nagle Adaś wpadł na świetny pomysł.
- Chcemy, aby spotkała kara tych co bałaganią  i wyrzucają śmieci do lasu, rowu czy prosto na chodnik. Śmieci trzeba segregować i wyrzucać do kosza a jak go nie ma to należy trzymać je w kieszeni i wyrzucić, gdy już będzie kosz. Bo takie walające się śmieci nie tylko brzydko wyglądają ale zagrażają zwierzętom. Czarodzieju, najlepiej będzie jak śmieci będą wracały jak bumerang do tych bałaganiarzy co wyrzucają je byle gdzie. – roześmiał się Adaś.
Ledwo to powiedział a wszystkie pobliskie śmieci uniosły się w górę i zniknęły za użyciem czarodziejskiej różdżki. Zapewne wylądowały na podwórku swego właściciela. Ucieszeni chłopcy pożegnali się z czarodziejem i w dobrym humorze udali się do domu. Gdy jechali już ulicą, ujrzeli coś zabawnego.  W przejeżdżającym obok samochodzie otworzyło się okno i pasażer wyrzucił torbę z resztkami z McDonalda wprost do rowu. Jednak torba nie wylądowała na trawie ale zawróciła i wpadła centralnie na głowę bałaganiarza. Rozbawieni chłopcy pojechali na ulubiony deser.
P.S. Serdecznie pozdrawiam wszytkich wypoczywających w trakcie tego dłuuuugiego weekendu i przypominam: nie śmieć kolego, bo może być ból głowy od tego  ;-)

Osiołkowi w żłoby dano…

Ale miałam dzisiaj pecha. Niby nic wielkiego ale konsekwencje męczące.

Wzięłam się dzisiaj za mycie okna tarasowego, które chłopcy, pies i kot potrafią ufajdać w ciągu kilku dni. Nie mogę patrzeć na te plamy więc co tydzień przecieram szyby. Dzisiaj była śliczna pogoda, wskoczyłam w kusą spódniczę, żeby przy okazji opalać nogi. A w tej spódniczce kieszonki płyciutkie i przy pierwszym skłonie telefon siup do miski z wodą. Nastąpiła szybka akcja reanimacyjna ale dupa blada, po telefonie.

Pierwszy problem, to było zorganizowanie czegoś zastępczego na czas załatwienia nowego. Znalazłam jakieś stare coś, przez co mogę rozmawiać, ale obsługa sprawia mi ogromne problemy. Wkurzam się, że to takie toporne, nie intuicyjne funkcje. A pamietam, jak wymieniałam ten sprzęt na nowszy model to wkurzałam się, że ten nowy taki wymyślny, że ma za dużo opcji a mi wystarczy tylko dzwonienie i pisanie smsów. Ale człowiek szybko się do luksusów przyzwyczaja i teraz malutki, czarno-biały wyświetlacz jest mało czytelny. Ale wytrzymam te kilka dni. Najzabawniejsze jest to, że moje dzieciaki momentalnie opanowały jego obsługę a ja potrzebuję chwili aby się przestawić.

Potem był szybki telefon do Biura Obsługi i wieczorkiem zaczęłam analizować maila z propozycjami nowych telefonów, smartfonów, iPhonów i tabletów. Dostałam listę kilkudziesięciu telefonów i teraz bądź tu człowieku mądry. Zaczęłam zatem czytać opinie o poszczególnych modelach. Bo skoro mam coś wybrac na dwa lata to niech to będzie takie super eksta najlepsze. Przy ilości telefonów i ich opcji, trudno czasem ocenić, który lepszy więc może warto poczytać jak się sprawują w życiu codziennym. Ale tu też dupa blada, bo tyle ile przeczytałam pozytywnych opinii i już myślałam, że mam swojego faworyta, to za chwilę tyle samo było wad i czytałam, że gubi zasięg i psuje się głośnik. No to moze jednak inny model. Znowu rewelacje, jaki to fajny i ile ma opcji, z których i tak pewnie nie będę korzystać, a za chwilę, że gubi zasięg i mu się wyświetlacz psuje.

Spędziłam właśnie dwie godzinki na studiowaniu różnych forów z opiniami i doszłam do wniosku, że wybieram najładniejszy. Każdy z modeli ma tyle samo zalet co wad i zawsze istnieje ryzyko, że trafi mi się wadliwy egzemplarz. Ale od tego jest gwarancja i jakoś damy radę. Szkoda mi trochę tych dwóch godzin, bo od razu mogłam wybrać najładniejszy i zamiast narzekać, że ma za małą pamięć ram to cieszyć się jego widokiem.

Wiem, wiem, ignorantka ze mnie, ale wolę już mieć ładny niż żadnego jak ten osiołek co nie mógł się zdecydować i pościł.

Nie ma tytułu bo szlag mnie trafił

        Dzisiaj będzie krótki lecz nerwowy wpis, bo szlag mnie trafił. Mąż odebrał właśnie od księgowego wypełniony PIT. I bynajmniej moich nerwów nie spowodowała wysokość podatku. Pominę już nawet fakt, że czekałam na tego PITa dwa miesiące, bo księgowy ciągle nie miał czasu. Ale to co zrobił ten uroczy księgowy przyprawiło mnie o zagotowanie się krwi i ostrą wiązankę pod jego adresem. A z czasem gdy odkrywałam kolejne fakty, bluzgi leciały już na niezłą grupkę osób.
        Ale do rzeczy. Gdy sprawdzałam poprawność danych w formularzu, zwróciłam uwagę, że numer KRS raczej nie przypomina tego co podawałam. Mam pamięć do cyfr a wybrany KRS znam już od kilku lat. Sprawdziłam co wpisał księgowy i okazuje się, że to zupełnie inna fundacja. Ale jeszcze byłam spokojna, uznaliśmy z mężem, że pewnie się pomylił. Księgowy się pomylił, zabawne. Mieliśmy PITa w wersji elektronicznej ale nie można było tej pozycji edytować. Księgowy skorzystał z darmowej płyty, gdzie numer KRS organizacji pożytku publicznego jest już wypełniony. Zaczęłam więc sprawdzać co to za organizacja, bo może warto na nich przekazać swój 1%. Ale gdy zerknęłam na sprawozdanie za 2011 rok to już krew we mnie kipiała. A należę do spokojnych osób i nie tak łatwo mnie wzburzyć.    
        Nie będę ujawniała co to za fundacja, bo nie chce aby mnie ktoś do sądu podał, ale zacytuję informacje z ogólnodostępnego sprawozdania. Przychody z 1% za 2011 rok wyniosły 5 000 000. Piękny wynik. Wybrana przeze mnie fundacja o takich kwotach pewnie boi się nawet marzyć. Natomiast koszty z tytułu prowadzenia działalności wydatkowane z jednego procenta to 3 900 000. WOW, blisko 80% wartości darowizn przeznaczono na prowadzenie fundacji. Zaczęłam szukać dlaczego ona taka droga. No i jest powód a jakże, zarząd fundacji to raptem 16 osób, ale liczba osób świadczących usługi na podstawie umowy cywilnoprawnej to już 53 osoby. A do tego jak zerkniemy na zarobki to wszystko układa się w całość. Przeciętne wynagrodzenie brutto to 8000, ale już najwyższe wypłacone wynagrodzenie na podstawie umowy o pracę to 42 000 a na podstawie umowy cywilnoprawnej to 62 000. Wybrana przeze mnie fundacje nawet takiej kwoty nie jest w stanie uzbierać z 1%.
        Rozumiecie już moje zbulwersowanie? Nie dość, że coś się robi za moimi plecami to jeszcze wspiera coś co ja nie wspieram. Ostatnio znajoma prosiła mnie o przekazanie jednego procenta na jej siostrzeńca z porażeniem mózgowym. Rodzice walczą o jego godne życie, organizują mu wyjazdy rehabilitacyjne, hipoterapię. Na ich rzecz agituje rodzina i znajomi. Z ciekawości zapytałam ile udało im się ostatnio uzbierać. 1800 złotych. Wystarczyło na jeden turnus rehabilitacyjny.
        Ale żeby nie było, że się tylko czepiam. Sprawdziłam na co ta wielka fundacja wydaje to co im zostanie jak już opłaci zarząd i pracowników. Otóż jest to działalność charytatywna na rzecz ogółu społeczności oraz udzielanie pomocy na rzecz ochrony zdrowia. Brzmi szumnie i ogólnie a w szczegółach to współdziałanie z zainteresowanymi organami administracji państwowej i samorządowej, prowadzenie działalności informacyjno-wydawniczo-szkoleniowej ze szczególnym uwzględnieniem środowiska medycznego, a także pomoc społeczna w tym pomoc rodzinom i osobom w trudnej sytuacji społecznej. W praktyce wygląda to tak, że fundacja ma podopiecznych, którym otwierane jest subkonto i zbierają na swoje potrzeby. Nie będę się na ten temat więcej wypowiadała, bo trochę słyszałam o tych subkontach, ale nie mam tego potwierdzonego. Doszperam to.   
        Najistotniejsze jest to, że księgowy błędnie wypełnił PIT i jestem bardzo ciekawa co na to jutro powie. Ale coś co mnie najbardziej zbulwersowało, to fakt, że państwo daje mi prawo samemu wybrać komu chcę pomóc i z tego prawa chcę korzystać. Nie chcę wpierać kolejnej wielkiej fundacji, której organizacja pożera większość darowizn, tylko wolę skierować środki z mojego podatku dla konkretnej osoby a nie na pensje prezesów. W tej ogromnej machinie, ci „malutcy” niestety mają marne szanse na przebicie.
        Dla tych co się jeszcze nie rozliczyli podaję adres strony gdzie można sprawdzić sprawozdanie fundacji za ubiegłe lata:

Zielono mi

        Wiosna już szaleje w ogrodzie. Rośliny nadrabiają stracony czas. Uwielbiam ten moment przebudzenia, gdy wszystko tryska energią. Pąki pęcznieją, zaraz będą gotowe zachwycać różnobarwnymi kwiatami. Iglaki soczyście się zielenią, porzucając już zielono-brązowy odcień igieł. Jabłonki, wisienki i śliwy już już prawie kwitną. Róże mają  piękne, maleńkie listki. Rzodkiewka wykiełkowała, na nią zawsze można liczyć, urośnie nawet w najmniej sprzyjających warunkach. Czeka teraz na przerywanie siewek, ale strasznie nie lubię tego robić. Chyba poproszę o to jakąś znajomą, bo sama mam dylemat które wyrywać. Szkoda mi tych roślinek, które tak pracowicie wykiełkowały. Chyba mam w sobie zbyt dużo empatii, gdyż nie przemawia do mnie prawo silniejszego i działanie w imię ogółu. Szkoda mi tych, które mają iść na straty.
        Kiedyś moimi faworytami, gdy jeszcze mieszkałam w bloku, były jednoroczne kwiaty ozdobne. Wiosną odwiedzałam centrum ogrodnicze i szukałam ciekawych odmian, nowinek rynkowych. Potem mój balkon tonął w zieleni i kwiecie. Uwielbiałam przyjmować gości na tym moim malutkim ale pachnącym balkoniku. Teraz, odkąd mieszkam w domku z ogródkiem, odeszłam trochę od obsadzania donic. Przy ilości pracy w ogrodzie, brakuje mi jeszcze czasu na codzienne podlewanie. Jednak słyszałam ostatnio o jakimś hydrożelu, który kumuluje wodę w donicy i dzięki temu można rzadziej podlewać. Jednak coś podlewać trzeba.
        Na początku mojego wiejskiego życia byłam zielona w temacie roślin ogrodowych. Bałam się trochę samej zagospodarować ten skrawek własnej ziemi, nie miałam pomysłu na wytyczenie rabat i dobór roślin. Poza tym wówczas pracowałam prawie do nocy a ogród trzeba poznać o różnych porach dnia zanim coś się posadzi. Z tego względu powierzyłam to zadanie ogrodnikowi a teraz ciągle na niego pomstuję. Gość wyjechał na Wyspy, więc nie dopadnie go moja żądza zemsty. Po 5 latach nie jestem już tak zielona w temacie ogrodu a nawet niektórzy pytają mnie o wskazówki i rady. Teraz widzę, że wiele roślin miałam źle posadzonych, w złych miejscach, zbyt słonecznych albo cienistych. Inne rośliny są zbyt zagęszczone a inne źle się czują w swoim towarzystwie. Każdej wczesnej wiosny ruszam do ogrodu i rozsadzam, przesadzam, robię rewolucję w rabatach. Mąż stuka się w czoło a ja się upieram, że ogród to żywy organizm a nie obraz na ścianie. Żyje, zmienia sie i trzeba dbać o dobre warunki dla roślin. Mam nadzieję, że tego roku zakończył się już etap poprawek po ogrodniku.
        Jednak jest coś co jeszcze bardziej mnie wkurza po pracy tego niefrasobliwego architekta zieleni. Ponoć wiele osób sobie to chwali ale mnie doprowadza do szału. A mianowicie wykładanie rabat włókniną, co niby ma chronić przed chwastami. Tyle, że z sąsiedniego pola wiatr nawiewa ziemię i chwasty rosną na włókninie i pielić i tak trzeba. A gdy jesienią mocniej powieje, to wiatr zdmuchuje większość kory pod płot odsłaniając w ten sposób błyszczącą, czarną włókninę. Nie dość, że musze pielić to jeszcze ganiam z grabkami i na nowo przysypuję korą ta włókninę. Ponadto widok kory pomiędzy krzewami wcale nie jest taki ładny jak panująca wszędzie zieleń. Dwa lata temu odkryłam byliny. Nawet nie wiedziałam, że jest ich tak dużo. Można znaleźć coś na słoneczne albo cieniste rabaty, kwitnące, płożące, do wyboru do koloru. Zamiast tej szaro-brązowej kory o wiele lepiej wyglądają na przykład fiołki czy tawułki. Tylko byliny rozrastają się przez korzenie a włóknina to hamuje. Teraz chodzę z nożyczkami i wycinam coraz większe koła we włókninie wokół zieleniących się roślin. Zerwanie jednorazowo całej tej „folii” jest niemożliwe, bo powbijała się już większym roślinom w korzenie. Mogę tylko wycinać coraz większe placki i obsadzać je bylinami. Uwielbiam rozchodniki za ich grube i mięsiste liście oraz urocze kwiaty a także tawułki, w szczególności te krwisto czerwone, które w większej rabacie wyglądają jakby płonęły.
        Zamieszczam dzisiaj kilka zdjęć budzących się w moim ogrodzie bylin, a w całej okazałości będzie można je zobaczyć już za kilka tygodni.

Wybieram i zamawiam

        Znalazłam parę dni temu super sposób na podniesienie poziomu endorfin i dotlenienie się. A to wszystko za darmo i jeszcze dzieciaki miały świetną zabawę. Odbierając chłopców z przedszkola, wzięłam też ze świetlicy ich starszego kolegę. Czasem jak jego mama musi zostać dłużej w pracy, to odbieram go aby nie siedział w świetlicy do późna. Chłopcy wybawili się u nas a o umówionej porze odwieźliśmy go do domu. Jednak mama chłopca chwilę się spóźniła i musieliśmy poczekać na podwórku. Miałam do opieki trzech chłopców w wieku 3, 4,5 i 6 lat. Żadnych zabawek, tylko nas czworo i kawałek podwórka. Zaczęliśmy bawić się w chowanego. W domu często tak się bawimy ale co innego na obcym terenie. Pełno nowych kryjówek. Szukanie momentami sprawiało im kłopot ale ile mieli frajdy jak i ich nie można było znaleźć. Raz tak się schowałam, że wspólnie mnie szukali i darli się nawet „pobite gary”. A gdy mnie w końcu znaleźli to aż piszczeli z radości. Potem była zabawa w „raz, dwa, trzy baba jaga patrzy” i „gąski, gąski do domu”. Gdy przyjechała mama kolegi, przywitał ją tylko jęk zawodu. Sama też świetnie się bawiłam i żal było się rozstawać.
        Wcześniej w domu, chłopcy też zadbali o moje dobre samopoczucie. Ich wspólne teksty były rozbrajające. Kolega jest na etapie konfabulowania i opowiada jakie rewelacyjne zabawki ma na strychu. Mój straszy słucha tego z wypiekami na twarzy, bo kolega idealnie trafia w jego gusta. Oglądali razem ulotkę z hipermarketu i przekrzykiwali się wzajemnie:
- Moje, moje, ja to wybieram.
- Zamawiam, to będzie moje.
- A ja już takie mam.
- Taaaak? wow, a jak przyjdziemy do ciebie to będziemy mogli się razem pobawić?
- No ale ja to mam na strychu.
- To powiedz mamie, żeby zdjęła ze strychu.
- yyy, ale nie mogę, bo mama nie pozwala na strych wchodzić bo tam jest kurz
- aaa, szkoda.
Przypomniało mi się jak sama prawie 30 lat temu siedziałam z koleżankami nad katalogiem OTTO albo Quelle i oglądałyśmy strony z zabawkami. Też wszystko zamawiałyśmy, ale żadna nie twierdziła, że gdzieś to już ma czy będzie miała, bo znałyśmy już realia systemu. Pamiętam co czułam, gdy miałam 7 lat i pierwszy raz pojechałam z tatą do babci do RFN. Babcia zabrała mnie do hipermarketu aby mi coś sprezentować, ale gdy zobaczyła moje wielkie oczy, to od razu szybko dodała, że mogę wybrać tylko jedną zabawkę. Babcia jest strasznym dusi groszem i bała się, że ją puszczę z torbami. Ale nie wiedziała, że mi wystarczyłoby pooglądanie tych wszystkich cudów. Chodziłam pomiędzy regałami i nie mogłam uwierzyć, że to co widziałam na papierze w katalogu, faktycznie istnieje. Gdy się już napatrzyłam i przyszło do wybierania tej jednej zabawki, to były to dla mnie katusze. Spotkało mnie takie wielkie szczęście, mogę mieć coś wymarzonego, ale wybrać coś przy takiej ilości zbawek było prawie niewykonalne. Kilkuletnie dziecko, wychowane w PRLu miało na wyciągnięcie ręki wszystko o czym marzyło z koleżankami ale konieczność wyboru tej jednej było niewyobrażalną torturą. Pamiętam ten dzień jakby był wczoraj, pamiętam co czułam, gdy chodziłam między regałami. Każda zabawka do mnie mówiła ” weź mnie, to ja jestem wymarzona, mnie weź” a ja byłam coraz bardziej bezradna. Babcia powoli się niecierpliwiła i ostatecznie nieświadomie zrobiła coś co mnie wybawiło. Wzięła pierwszego lepszego pluszowego psiaka i zaproponowała mi go. Chwyciłam mięciutkiego beagla i pokochałam go całym sercem. U nas wtedy nie było takiego pluszu, tak miękkiego i puszystego. Pies miał piękne oczy i nos, wyglądał jak prawdziwy. Pamiętam jeszcze jak wróciłam do Polski. Mama zeszła pomóc nam się rozpakować i zobaczyła moją szczęśliwą minę i psiaka na kolanach. Zrobiło jej się słabo, bo pomyślała, że to prawdziwy szczeniak.
        Tamtego pluszaka mam do dzisiaj. Był już kilkanaście razy prany ale trzyma się świetnie. Co prawda plusz nie jest już tak miękki jak wówczas, ale kolory nie wyblakły i oczy nie straciły na blasku. Moi synowie mają wszystkie zabawki na wyciągnięcie ręki. Nie muszą o nich marzyć, bo one są, można iść do sklepu i je dotknąć, czasem nawet wypróbować.  Ale okazuje się, że też marzą. Tylko to jakby już inny wymiar tych pragnień. Nie kupuję moim chłopakom wszystkich zabawek o jakie poproszą, bo poszłabym z torbami. Poza tym to byłoby totalnie niewychowawcze. Ale jeśli czegoś bardzo pragną, to ustalamy w jaki sposób mogą „zapracować” na taką zabawkę. Natomiast dzieci z mojego pokolenia pragnęły czegoś wówczas nieosiągalnego. Dlatego cieszę się, że teraz żyjemy w innych czasach. Wolę mieć świadomość, że nie na wszystko mnie stać niż marzyć o czymś niemożliwym do zrealizowania.

Odrobina goryczki dla smaczku

        Czuję się w obowiązku wyjaśnić dlaczego tak bardzo ucieszyliśmy sie z mężem z włączonych latarni. Jednocześnie dodam trochę goryczki do tego mojego słodkiego życia, gdyż nadmiar cukru bywa mdły.
        Kilka miesięcy temu, gdy była jeszcze ciemna i szara zima, spotkało mnie coś bardzo dziwnego. To było kilka dni przed Bożym Narodzeniem. Młodszy syn znowu miał nocne manewry i obudził mnie nad ranem. Mały jeszcze zasnął ale ja już tak czujnie drzemałam. Nagle usłyszałam dziwne odgłosy, jakie wydawała nasza suczka. Jakby kaszlała czy się dusiła, postanowiłam sprawdzić co się z nią dzieje. Dodam, że to przygarnięty pies, niesamowicie łagodny a do tego okropny cykor, boi się nawet własnego cienia. Schodzę po schodach i widzę, że nic jej nie jest a dziwny kaszel to było szczekanie pomieszane z warczeniem. Usłyszałam trzaśnięcie drzwi samochodowych i pomyślałam, że sąsiad znowu gdzieś nad ranem wyjeżdża i dlatego pies tak dziwnie „burczał”. Ale usłyszałam jeszcze hałas w garażu. A zamknęłam tam na tą noc nasze koty, bo ostatnio za bardzo wariowały w domu i nas budziły. Pomyślałam, że koty robią demolkę i sunia ich upomina. Otworzyłam drzwi do przedsionka, w tym momencie usłyszałam szuranie kocią miską, która stoi tuż przy drzwiach do garażu. Pomyślałam, że koty już się dobijają do domu, więc powiedziałam głośno: no i co łobuzy, chcecie wejść do domu. Otworzyłam drzwi do garażu a tam nie ma kotów tylko otwarta na oścież brama garażowa. Zamarłam. To nie koty hałasowały miską, tylko złodziej szedł prosto do domu. To nie sąsiad trzaskał drzwiami, tylko złodziej przeszukiwał nasze samochody. To był ułamek sekundy, gdy to wszystko do mnie dotarło. Biegłam po schodach, mało nie tracąc przytomności z przerażenia. Dopadłam do męża i nie mogłam wydusić z siebie co się stało. W końcu wykrzyczałam, że złodziej, że brama otwarta, że samochód. Mąż pobiegł sprawdzić a mi ciśnienie tak skoczyło, że mało nie rozsadziło mi głowy. Myślałam tylko, co by było gdybym otworzyła drzwi i spotkała się oko w oko ze złodziejem. Mój tekst do kotów musiał go wypłoszyć.
        Gdy opadły emocje, okazało się, że faktycznie zdążyłam przegonić włamywacza, zanim ukradł nam samochód. Wszystko wskazywało na to, że szedł do domu po kluczyki, które wisiały na haczyku w przedsionku. Pojechałam na policję zgłosić próbę włamania. Okazało się, że tej nocy w naszej miejscowości złodzieje zaatakowali sześć razy. Ukradli samochód i obrobili kilka domów. Policjant z politowaniem pokiwał nade mną głową, że tak beztrosko szłam na spotkanie z bandziorem. Stwierdził też, że mieliśmy więcej szczęścia niż rozumu, bo samochody na podjeździe stały otwarte, brama garażowa również nie była zamknięta na klucz. Do tej pory była to bardzo spokojna okolica i w życiu nie spodziewałam się takiej historii. Ale okazało się, że wówczas wyszło kilu recydywistów i widocznie chcieli „zarobić” na świąteczne prezenty.
        Faktycznie mieliśmy bardzo dużo szczęścia. Okazało się później, że zginął nam tylko pilot do bramy, prawdopodobnie łobuzy planowały powtórkę z rozrywki. Była to dla nas duża nauczka, gdyż wcześniej bardzo beztrosko podchodziliśmy do zasad bezpieczeństwa. Uważaliśmy, że jeśli mają nas okraść, to i tak to zrobią, niezależnie od zabezpieczeń. Słyszeliśmy o różnych historiach, włącznie z rozpylaniem usypiającego gazu i podczas gdy rodzina smacznie spała na górze, to złodzieje na dole wszystko plądrowali. Ale zapomnieliśmy o starej prawdzie, że okazja czyni złodzieja. Wymieniliśmy pilota do bramy, pilnujemy aby wszystko było pozamykane. Ostrzegłam również sąsiadów. Jednak całą zimę czułam się wieczorami nieswojo, bo na ulicy panowały straszne ciemności. Co prawda mówi się, że pod latarnią najciemniej, jednak fakt, że teraz ulica jest już oświetlona działa na mnie nieco uspokajająco. Zwłaszcza, że za kilka dni mąż jedzie w delegację a ja, cykor  z natury, muszę zostać na noc sama z dzieciakami. Bardzo tego nie lubię.
        Dla rozweselenia podam jeszcze przykłady naszej beztroski, po której na szczęście nie ma już śladu. Kiedyś syn dorwał pilota do samochodu i bez naszej wiedzy pstrykał nim sobie, otwierając i zamykając klapę bagażnika. Zakończył na otwierając i w ten sposób całą noc samochód stał z podniesioną klapą, jakby wołał zapraszam wszystkich serdecznie. Innym razem, gdy jeszcze nie znaliśmy się z sąsiadami, wyjechaliśmy na weekend. Do opieki nad zwierzakami poprosiłam znajomych z wielkiego miasta. Gdy wróciliśmy po wojażach, w samochodzie darł się już zniecierpliwiony kilkumiesięczny syn, okazało sie, że nie mamy jak wejść do domu. Znajomi byli ostrożniejsi niż my i zamknęli drzwi na wszystkie trzy zamki, jednak mąż przy swoim komplecie miał tylko dwa klucze. Wizja jazdy do miasta z marudzącym dzieckiem mnie osłabiła, ale jeszcze bardziej osłabiło mnie to co zobaczyłam. Mąż złapał za bramę garażową i była otwarta a to oznaczało, że przez cały weekend dom stał pusty i nie zabezpieczony. Nie licząc psa cykora. No faktycznie do tej pory mieliśmy więcej szczęścia niż rozumu.

Mała ojczyzna

        Hurra, hurra, hurra! Spotkało nas dzisiaj wielkie szczęście, aż sobie zatańczyliśmy z mężusiem. Czekaliśmy na to blisko rok. Całą długą i ciemną zimę aż na wiosnę włączyli nam światło w latarniach. Drogę zrobili nam piękną, asfaltową z chodnikiem już ponad rok temu. Zamontowali latarnie i dupa. Papierologia utknęła w państwie zwanym zakład energetyczny i tyle. Gmina twierdziła, że się ze wszystkiego wywiązali, lampy stoją, papiery złożyli ale odpowiedzi ani widu ani słychu. A tu dzisiaj taka niespodzianka, aż musieliśmy potańczyć na tą cześć. Chłopcy zrobili wielkie oczy, bo nie rozumieli tego naszego szczęścia.
        Naszła mnie też taka refleksja, że my chyba do niedawna tez nie docenialiśmy szczęścia jakie nas spotkało, że tu zamieszkaliśmy. Co prawda stale sen z powiek spędza nam ten nieszczęsny kredyt jednak miejsce do życia wybraliśmy genialne. Coraz bardziej się w tym utwierdzam. Co prawda nie zawsze byłam o tym przekonana. Gdy się wprowadziliśmy, pracowałam jeszcze w wielkim mieście. Do jego granic mamy zaledwie 5 km, ale moja praca była po drugiej jego stronie. Kiedyś udało mi się dojechać do biura w 40 minut. Tylko w niedzielę rano spotykało mnie takie szczęście, bo w tygodniu minimalny czas dojazdu to była godzina, ale bywało, że jechałam dwie. W końcu postanowiłam zmienić godziny pracy, szczęśliwie miałam taką możliwość i jeździliśmy z mężem jednym samochodem. Ja w drodze odpalałam laptopa, ściągałam pocztę, czytałam raporty. W samochodzie piliśmy też pierwszą poranną kawę. Gdy wpadałam do biura, to już byłam gotowa z biegu do pracy. Zawsze trzeba widzieć jakieś plusy sytuacji. A gdy po kilku miesiącach oddawali remontowany most, brakowało mi czasu w korkach na poranny przegląd maili. A teraz, kiedy już nie pracuję, gdy zrobili wszystkie drogi i mosty, mąż dzwoni wychodząc z biura a ja w tym momencie zaczynam gotować ziemniaki bo wiem, że zaraz będzie.
        Pamiętam też, że w pierwszym roku ze wszystkim jeździłam do wielkiego miasta. Zapewne dlatego, że i tak codziennie tam byłam, ale nawet nie wiedziałam jakie sklepy mam w okolicy domu. Do miasta jeździłam na zakupy, do lekarza, fryzjera, kosmetyczki, apteki, kina, teatru itp. Potem gdy urodził się syn, coraz bardziej osiadałam w mojej małej ojczyźnie. Najpierw zmieniłam lekarza, bo z dzieckiem łatwiej na miejscu, stomatologa, bo okazał się dobry i tańszy tutaj. Fryzjera, bo miła pani ma dar w rękach itp itd. Ostatnio mąż stwierdził, że jedziemy do wielkiego miasta na zakupy, bo potrzebuje całej serii różnych nawozów. Zaprotestowałam, ani mi się śniło stać w korku, walczyć o miejsce parkingowe a potem stać w kolejce do kasy, a ostatecznie kupić to samo co w naszym ogrodniczym. Tyle, że robiąc zakupy w sieciówce nabijam kabzę prezesom a gdy kupuję w lokalnym sklepie to daję zarobić pani, która mieszka kilka przecznic ode mnie. Poza tym zna mnie już, doradzi, coś nowego poleci.
        Lubię sobotnie przedpołudnie, gdy wyskakuję po sprawunki do centrum naszej wsi i spotykam znane twarze. To takie miłe, czuję się jak u siebie. Lubię gdy pani w warzywniaku wie jakie jabłka smakują moim chłopakom, albo pani w aptece doradza najlepszy syrop. Odkąd poznałam możliwości moje wsi, staram się korzystać ze wszystkich dobrodziejstw. A przy okazji wspieram lokalnych przedsiębiorców, według mnie to lepsze niż kupowanie w bezpłciowych centrach handlowych. Kolejny raz powiem, że tak wygląda to moje slow life.
        Jednak jest coś czego mi brakuje. Gdy spędzałam urlop w krajach śródziemnomorskich zauważyłam, że tam w każdej, nawet zapyziałej wsi jest jakaś knajpka, tawerna. Jest takiej miejsce gdzie spotykają się mieszkańcy wsi, ale nie po to aby opić się piwska jak to zwykle bywa u nas w wiejskich barach, ale po to aby spotkać się ze znajomymi a przy okazji coś niedrogo zjeść. Pamiętam również jak jeździliśmy na narty, do naszych południowych sąsiadów, tam również częste były takie małe wiejskie gospody, gdzie dobrze i niedrogo karmili. Na mojej wsi brakuje mi takiego miejsca. Owszem są trzy przydrożne restauracje, ale tam zatrzymują się podróżni. Jest jeden bar, w którym bywalcami są panowie i stale unoszą się opary chmielu. Tam się tylko pije, do jedzenia mogą zaoferować tylko słone paluszki i orzeszki. Kiedyś otworzyli bar gdzie karmili, ale tylko gyrosem i hot dogami więc dla mnie też odpada. Ale nawet długo się ten bar nie utrzymał. W jego miejsce takie miłe małżeństwo otworzyło kawiarnię z domowymi ciastami i lodami. Ale klientów mieli tylko w weekendy a w szczególności w niedzielę po kościele, gdy rodziny zaglądały po coś na wynos do kawy. Niestety kawiarnia też już zamknięta. Zastanawiam się, co jest z nami, że wolimy stać przy płocie  i gadać w nieskończoność, albo na rozstaju dróg gdy nie potrafimy się rozejść do domów i do późna toczą się sąsiedzkie rozmowy. Kolejne osoby się przyłączają i robi się małe spotkanie towarzyskie na środku drogi. Czy nie lepiej byłoby nam w jakiejś małej knajpce? U mnie tak to wygląda, ludzie są mili i otwarci, ale preferuję spotkania przy okazji i w mało komfortowych warunkach. Czy to dlatego, że odmawiamy sobie odrobinę luksusu rozmowy przy stoliku, przy kawie czy przy jakiejś przekąsce? Czy może dlatego, że ceny są odstraszające? Pamiętam jak kiedyś na Teneryfie, w takiej właśnie małej knajpce na uboczu, wieczorem zrobiło się tłoczno, bo wszyscy okoliczni mieszkańcy przyszli coś zjeść. I to nie był weekend, tylko normalny dzień i normalna sprawa, że obiad je się ze znajomymi w barze. U nas chyba jednak te ceny są odstraszające. Choć wydaje mi się, że nie tylko. Nawet gdyby w okolicy powstała knajpka, gdzie dobrze karmią, nie zdzierają z klientów, to potrzebowałaby trochę czasu aby przebić sie z tym do mentalności ludzi. A może się mylę, a może to jakaś nisza rynkowa w mojej okolicy?

Nocne manewry

        Jestem ostatnio bardzo zapracowana. Wiadomo, wiosna w ogrodzie. A tam zawsze znajdzie się coś do zrobienia. Nie potrafię przysiąść czy poleżeć bo zaraz wpatruję jakiś chwast, albo coś do podwiązania, przycięcia itp. Po chwili nici z relaksu tylko zasuwam już na kolanach. To też są uroki ogrodu. Jak ktoś ma problemy z totalnym zrelaksowaniem się, to zawsze znajdzie sobie jakąś robótkę. Przypominam sobie jak dwa sezony temu, mąż mnie namawiał na odpoczynek. Był tak przekonujący, rozłożył mi leżaczek, zrobił drineczka, przyniósł jakieś czytadło. Nie wypadało nie skorzystać. Dzieci grzecznie się bawiły, mąż też czymś się zajął a ja sobie odpoczywałam. Ale bokiem wyszedł mi ten relaks, gdy zobaczyłam czym zajął się mężuś. Tak pięknie mi wyplewił jedną rabatkę, że wolna była od jakiejkolwiek zieleniny. Ukochany czuł się w obowiązku powyrywać chwasty bo parę tygodni wcześniej nieopatrznie sypnął mi tam trawą, którą dosiewał na „swoim” trawniku. Wkurzyło mnie wtedy to, że już nigdy tej trawy się nie pozbędę. Męża widocznie męczyło poczucie winy, bo na kolanach grzebał w ziemi i wyrwał wszystko jak leciało. Tylko nie miał pojęcia, że większość tej zieleniny to były wschodzące jednoroczne kwiatuszki, które wysiałam sobie kilka tygodni wcześniej. Gdy to zobaczyłam, to nawet nie potrafiłam się zdenerwować. Tak mnie rozbawił tą troską o mój relaks i dobre samopoczucie, że nie mogłam się gniewać, tylko wybuchłam śmiechem, że widocznie nie jest mi pisana kwiecista rabata. Następnego roku w tym samym miejscu moi chłopcy urządzili sobie zastępczą piaskownicę, bo ze swojej wywalili juz cały piach. Zanim uzupełniliśmy im go w piaskownicy, tak już pokochali moją rabatę, że cały sezon nie mogłam ich wygonić. Co cudem jakimś wyrosło, to przekopali, zaorali i po sprawie. W tym roku mają już gotową piaskownicę i tacy bardziej kumaci są, więc dokładnie im wyjaśniłam, że w tym miejscu niczym nie kopiemy. Gdy byli w przedszkolu, przekopałam i zagrabiłam rabatkę, już była gotowa do obsiania. Jednak gdy zabrałam się za obiad moi synkowie postanowili ją zaorać, bo nieopodal pracował traktor i oni chcieli tak samo. Wyglądam przez okno a oni chodzą na przemian z grabiami z tyłu. Gdy ich upomniałam, odpowiedzieli, że nie zabroniłam orania. Tyle dobrego, że jeszcze nic nie wysiałam. Ale może jednak trzeba coś innego przewidzieć dla tego miejsca, bo kwiatuszki widocznie są dość ryzykowne.
        Jednak żeby nie było, że tak tylko narzekam na męża, to muszę go bardzo pochwalić. Ostatnio po lekturze bloga Doroty z maminkowa, postanowiłam oduczyć młodszego nocnego wstawania i spacerów do łózka mamusi. Ostatnio mieliśmy takie chodzone noce, raz ja do niego, mówię, żeby spał, za chwilę on do mnie, że nie chce spać sam i tak kilka razy w nocy. Tydzień temu zagryzłam zęby i powiedziałam sobie, że nie wpuszczę smarkacza do łóżka, tylko będę odprowadzać, a sama też się z nim nie położę tylko, uspokoję i zostawię aby zasnął. Tyle teorii. Gdy mały zaczynał beczeć, było po wszystkim. Przyszedł weekend i uprosiłam męża, żeby przejął pałeczkę. Starszego też oduczał nocnego picia kaszy i spania z „mociem”. Ja wtedy miałam już drugiego dzidziusia i opieka nad starszym spadła na męża. Tym razem trochę protestował, bo zapowiadało się, że ja będę smacznie spała a on będzie krążył między dwoma łózkami. Ale, skoro weekend, no to zgodził się na dwie noce. Musze oddać mężowi honor, że konsekwentny to on jest. Jak się okazuje w przeciwieństwie do mnie. Młody nauczył się, że płaczem wszystko może z mamą ugrać, zwłaszcza w nocy gdy cały dom śpi i chcę zachować taki stan rzeczy. Ale z tatą nie było już tak lekko. Synek o tym wiedział i jak tylko zobaczył w drzwiach tatę to zaczął dyskusję. Jednak nic nie mógł ugrać, więc sięgnął po ostateczny argument
- To będę beczał
- No to becz.
Chwilę płaczu a potem jeszcze trochę męskiej i stanowczej rozmowy a potem synek spał do rana. Następnego wieczora powiedział tylko do taty, że go nie chce w nocy. Na to mąż, że jak się nie będzie budził to nie będzie taty. Mały obudził się raz, już prawie o świcie, gdy zobaczył tatę, powiedział zrezygnowany „idź sobie, już będę spał”.
        Czasem kłócimy się z mężem zażarcie bo oboje mamy silny temperament ale okazuje się, że jednocześnie świetnie się uzupełniamy. I chyba tak powinno pozostać. Ja się zajmę tymi swoimi rabatkami, mąż trawnikiem i nie będziemy sobie wchodzić w paradę. Mam tylko nadzieję, że w tym roku jakieś kwiatki w końcu mi wyrosną.

Szybki wpis

        Dzisiaj będzie szybki, krótki wpis a to dlatego, że w końcu przybyła wiosna a wraz z nią cała masa prac w ogrodzie. Czeka mnie przekopywanie, nawożenie i sianie. Warzywnik co prawda niewielki jednak na potrzeby naszej rodziny wystarczy. A czasem nawet dzielimy się zbiorami z bliskimi. W poprzednim sezonie zdecydowałam się pierwszy raz na pomidory. Dostałam rozsadę, porobiłam sadzonki ale pieruńsko bałam się jak mi ta uprawa pomidora się uda, bo słyszałam, że to wymagająca roślina. A miejsca było trochę mało w przydomowym ogródki i żal było niszczyć wypielęgnowany trawniczek pod niepewną uprawę. Zwłaszcza, że ta trawka to oczko w głowie pana domu. Nie wiem dlaczego, ale panowie zawsze dbają o trawniki a panie o krzewy i ewentualne warzywniki. Kiedyś pan ze szkółki krzewów wyjaśnił mi, że na trawniku najszybciej widać efekty pracy, dlatego panowie tak je sobie upodobali. Krzewy w sezonie się zmieniają, raz kwitną, raz się zielenią trudno laikowi ocenić czy są w dobrej kondycji a trawnik zawsze powinien być zielony i jak jest to znaczy, że pan domu czuwa. U nas mąż jest biegły w areowaniu, wertykuowaniu i nawożeniu trawnika a rabaty to już niech się baba martwi. Ale wracając do pomidorów to od słowa do słowa, dogadałam się z sąsiadką i zrobiłyśmy spółkę pomidorową. Ja jako kapitał wniosłam sadzonki a sąsiadka udostępniła swoją nieruchomość. I choć jaskółki nas ostrzegały przed takimi spółkami ale zaryzykowałyśmy i … udało się, pełen sukces, wyhodowałyśmy pyszne malinówki. Zbiory były bogate, liczone w skrzynkach. Nie do przerobienia, więc dzieliłam się z bliskimi a przy okazji chwaliłam się, bo to jednak był sukces ogrodniczy. Zachęcona zeszłorocznymi zbiorami, w tym roku zaplanowałam powiększenie warzywnika i przez to mam więcej pracy.
        Jak kupiliśmy dom na wsi, to zarzekałam się, że tylko iglaki, bo nie mam czasu na pielęgnację ogrodu. Na pewno nie będę siała marchewki skoro kilogram kosztuje kilka złotych. Po dwóch latach zmieniłam zdanie. Nie spodziewałam się, że iglaki wymagają tyle nakładu pracy i że są tak niewdzięczne w obsłudze. Gdy zachoruje choinka, to dowiesz się o tym, gdy już jest na wszystko za późno i pozostaje tylko wykopanie delikwenta. Ale teraz nauczyłam się już odbierać pośrednie sygnały i reagować w porę, ale nigdy już nie powiem, że ogród pełen iglaków nie wymaga  dużo pracy. Czasem nawet więcej tej pracy trzeba włożyć niż w rodzime krzewy, pasujące do klimatu. Ogród zakładał mi ogrodnik i zrobił to tak jak sobie życzyłam, czyli dużo zimozielonych krzewów i pomiędzy nimi coś pięknie kwitnącego. Wtedy dużo pracowałam i nie miałam czasu na zgłębianie wiedzy o roślinach. Ale okazało się, że wiele roślin padło, bo sądziłam, że wystarczy je podlewać. Co prawda teraz nie pracuję ale mam co robić w domu, więc nadal szukam czegoś mało wymagającego. Postawiłam na rośliny, które spotykam na spacerach. Znajomi mówią, że uprawiam chwasty. Faktycznie sumak przez wiele osób jest uznawany za uciążliwy chwast, ale ja uwielbiam jego czerwone, jesienne liście. Albo kalina, brzoza, wierzba, bez. Wszystko to spotykam na spacerach, rośliny same sobie radzą w naturze, to w moim ogrodzie będzie im jak w raju. A ja się wcześniej uparłam na jakieś rododendrony czy azalie. Owszem te drugie przetrwały ale muszę je na zimę okrywać, ile przy tym roboty, fiu, fiu, to już wolę nagietki posiać.
        Mogę mnożyć przykłady i jeśli kogoś interesuje temat to służę praktycznymi radami, jednak wiem już, że czasem najprostsze rozwiązania są najlepsze. A co do warzywnika to broniłam się przed nim rękami i nogami. Przecież warzywa są tak tanie, szkoda tej pracy. Ale odkąd mam dzieci, patrzę na to inaczej. Sama uwielbiałam u babci młodą marchewkę prosto z ziemi, taką ledwo opłukaną, absolutnie nie obieraną. Taka była najpyszniejsza. Moje chłopaki też tylko taką zjedzą. Ugotowana w zupie jest bleee, nie ruszą. Nie naciskam, bo ja też jej nie lubiłam. Ale latem chodzą z wystającą z buzi nacią. Sami sobie wyrywają, płuczą pod kranem i do buzi. Tak samo zjedzą prosto z krzaka poziomki, truskawki i borówki. Nawet kwasiory porzeczki i agrest zerwane z krzaka są atrakcyjne, bo te ze sklepu to już podejrzane. W ten sposób mój ogród z sezonu na sezon ewoluuje w kierunku wiejskiego ogródka.
Zamarzył mi się plener w stylu angielskim a rzeczywistość sprowadza mnie do babcinego ogrodu, pachnącego kwiatami i ziołami, dającego obfite zbiory. Ostatnio zaczęłam myśleć o wykopaniu przydomowej piwniczki, aby te bogate zbiory przechować. Och, jak ja kocham wiosnę. Ten pracowity czas planów. Sieję cukinię i myślę o pysznym leczo i marynacie, które podam gdy zaproszę gości na moje jesienne urodziny.
        Jeśli ktoś nie dysponuje kawałkiem ziemi, to polecam uprawę balkonową. Rzodkiewka i szczypior wszędzie urosną. Prawie nie mają wymagań. Trzeba być totalnym laikiem, aby je zaniedbać, a są wyjątkowo wdzięczne. Jajecznica z wiejskich jaj, ze „swoim” szczypiorkiem smakuje… no nie da się tego opisać. Uwielbiam wiosnę, gdy budzi nas śpiew ptaków. W sobotę schodzę na dół i już na schodach czuję aromat kawy mieszający się z zapachem duszonej na maśle dymki. Mąż w samych bokserkach wyskoczył do ogródka po szczypior i przy okazji wyprowadził psa. Żyć nie umierać, dla takich chwil człowiek to wszystko tworzy, dla tych leniwych weekendowych poranków. Och, nie mogę pisać dalej, rozmarzyłam się już o lecie, ale jeśli kogoś zachęciłam to proponuję choć bazylię, oregano i majeranek  wysiać w donicy na parapecie.
 
 
P.s. Zapraszam również do mojego drugiego bloga, który jest formą rozmowy między mną, mamą przedszkolaków i bliską koleżanką, przyszłą matką. Rozmawiamy czasem poważnie, czasem na totalnym luzie o tym co ważne dla kobiet.