Trzeba tylko chcieć.

To opowiadanie bierze udział w konkursie pt. „Jak uratować związek?” organizowanym przez Blog.pl i Wydawnictwo Znak Literanova – www.jak-uratowac-zwiazek.blog.pl

 

Jak uratować związek? Trzeba tego po prostu chcieć, to znaczy obie strony muszą chcieć. Gdy jest odpowiednia motywacja, to dalej pójdzie z górki. W sumie proste, ale jak zrobić, żeby dwoje w związku w tym samym czasie zechciało zawalczyć. Według mnie to jest klucz do zagadki, jednak każda para musi znaleźć własne rozwiązanie. Napiszę jak było u nas, może to kiedyś komuś pomoże.

    Poznaliśmy się w pracy. Szybko poczuliśmy, że łączy nas dobra nić porozumienia. Układała nam się współpraca, mieliśmy tematy do rozmów, podobne poczucie humoru. Oboje byliśmy świeżo po nieudanych związkach i każde z nas szukało normalności. I ten nasz związek taki był, normalny. Nie było szaleństwa, romantycznej zwariowanej miłości. Był związek dwojga dojrzałych ludzi, którzy się pokochali i wzajemnie szanowali. Oczywiście pojawiły się nieprzespane noce, motyle w brzuchu, niecierpliwe wyczekiwanie spotkania. Byliśmy zakochani ale od początku nasz związek był stabilny. Szybko razem zamieszkaliśmy, ustaliliśmy kwestie finansów i podziału obowiązków. Już na starcie zadałam najważniejsze pytanie, czy mój wybranek będzie chciał mieć w przyszłości dzieci. Miał już dziesięcioletniego syna z pierwszego małżeństwa i nie byłam pewna jego planów. Sama wówczas nie myślałam jeszcze o dzieciach ale wiedziałam, że kiedyś będę chciała zostać mamą. Jak wiadomo, latka lecą i nie chciałam się angażować w związek, który nie byłby zgodny w tak fundamentalnej kwestii. Może to się wydawać mało romantyczne, ale oboje uważamy, że skoro ludzie opanowali sztukę mowy, to trzeba z tego daru korzystać i wyjaśniać sobie różne sprawy. Dzięki temu nasz związek był udany. Pamiętam jak kiedyś podczas jakiegoś wyjazdu służbowego, koleżanka z biura poznała nas od prywatnej strony. Powiedziała mi wówczas najmilszy komplement, że oboje jesteśmy tacy prawdziwi, że nasz związek jest normalny, bez jakiegoś szarpania się, pretensji, popisywania się, że niczego nie udajemy. Nie powiem, że się nie kłócimy, bo potrafimy czasem bardzo żarliwie bronić swoich racji. Ale nie obrażamy się na siebie, tylko wszystko wyjaśniamy na bieżąco.  I tak sobie żyliśmy kilka lat, a w międzyczasie rozwijaliśmy się w pracy, wybudowaliśmy dom, trochę podróżowaliśmy. Przyszedł moment na powiększenie rodziny i też wszystko na początku było dobrze. Jednak po kilku tygodniach odezwało się zmęczenie. Dziecko czasem płakało, trzeba było często do niego wstawać. W dzień też syn był bardzo absorbujący. Nie zawsze miałam czas na ugotowanie obiadu, posprzątanie. Czytałam, że po urodzeniu dziecka może nastąpić kryzys w związku, dlatego trzeba o siebie dbać. Bycie mamą nie zwalnia z obowiązku pielęgnowania małżeństwa. „Zrób ładny makijaż, wyjdź do fryzjera, kup nowy ciuch. Bądź atrakcyjna dla partnera” czytałam w gazetach. Głupia nie jestem, zawsze o siebie dbałam, lubię patrzeć na swoje zdrowe ciało i uśmiechniętą ładną buzię. Makijaż i jakieś ładne szmatki nie zaszkodzą ale nie rozwiążą wszystkich problemów. Zaczęliśmy na siebie „powarkiwać”. Mąż wracał zmęczony z pracy, chciał odespać zarwaną noc, bo też budził go płacz dziecka. Ja natomiast chciałam nadrobić prace domowe, wyskoczyć do sklepu bez ciężkiego nosidełka z dzieckiem, wyjść z psem i odetchnąć świeżym powietrzem, ale sama, bez kogoś do opieki. Korzystaliśmy z naszego daru mowy i w mniej lub bardziej krzyczący sposób dochodziliśmy do jakiegoś porozumienia. Dziecko rosło, przesypiało prawie całą noc, w dzień trochę się bawiło, a my jakoś odnaleźliśmy się w całej tej sytuacji i stwierdziliśmy, że kryzys zażegnany. Pogodziliśmy się tak owocnie, że po kilku miesiącach ponownie zostaliśmy rodzicami. Tym razem już nie straszne nam były dodatkowe obowiązki. Drugie dziecko, zwłaszcza przy niewielkiej różnicy wieku, chowało się niejako z biegu. Nie zdążyliśmy pożegnać pieluszek, butelek i kaszek a już drugiego syna trzeba było przewijać. Nie było czasu na jakieś przemyślenia, biadolenie nad swoim losem. Wszystko się kręciło i tak dotrwaliśmy do pierwszych urodzin młodszego syna. Nabraliśmy trochę oddechu i wtedy każde z nas chciało jak najwięcej tej swobody dla siebie. Znowu zaczęły się pretensje i wzajemne oskarżanie. Wówczas jak z nieba spadła nam nagroda jaką mąż otrzymał w pracy. Za tak zwane zasługi otrzymał tygodniowy wyjazd do luksusowego spa dla dwóch osób. Zwerbowałam babcię do opieki nad chłopcami i kilka tygodni później lecieliśmy wypocząć na greckiej wyspie. Koleżanka jeszcze tylko mnie uprzedziła, abym się tak nie ekscytowała, bo najwięcej par decyzję o rozstaniu podejmuje właśnie podczas urlopu. Wtedy, z dala od domowych  i zawodowych obowiązków, okazuje się, że małżonków nic już nie łączy, że się ze sobą nudzą itp. Spragniona wypoczynku, stwierdziłam, że będzie co będzie, ale muszę odespać i wygrzać się na plaży. Na miejscu okazało się, że spa jest faktycznie bardzo luksusowe, nie było do czego się przyczepić. Oddaliśmy się błogiemu lenistwu i faktycznie trochę się ze sobą nudziliśmy, nawet nie bardzo nam się chciało rozmawiać. Nie było przy nas dzieci, nie było na czym skupić uwagi i trochę brakowało dyżurnego tematu do rozmowy. Trzeciego wieczoru usiedliśmy w barze przy basenie i sączyliśmy kolorowe drinki. Od słowa do słowa i dzięki tym drinkom, co tak skutecznie rozplątują język, zaczęły się wzajemne pretensje. A to o to, że mąż po pracy chce odpocząć a nie od razu siedzieć z dziećmi, że mam tyle czasu w ciągu dnia na zrobienie wszystkiego, dlaczego on ma po pracy jeszcze się dziećmi zajmować. Przecież zarabia na dom i to całkiem nieźle i chciałby mieć chwilę spokoju.
- Od czego spokoju? Od rodziny? Przecież to też twoje dzieci, kochają cię, chcą z tobą spędzać czas – ripostowałam. Przez cały dzień sprzątam, gotuję, robię zakupy, pielę ogród i przede wszystkim wychowuję dzieci. Też jestem skonana. Robię to po to aby popołudnie było dla nas, dla rodziny. A ty zamiast posiedzieć z nami wolisz spać czy gapić się w telewizor – atakowałam.
- Popołudnie dla rodziny? To czemu tak uciekasz pogadać do sąsiadki albo na zakupy? – denerwował się mąż
- Bo chcę, żebyś aktywnie spędził trochę czasu z synami. Gdy ja jestem, to cię wyręczam. Dzieci powinny spędzać trochę czasu tylko z jednym rodzicem, chcę żebyś się zaangażował.
- To jedź na pół godziny, ale nie, ty jak wyjdziesz to już jak pies co się zerwał z łańcucha, nie masz umiaru.
- Bo jestem jak ten pies! Przykułeś mnie łańcuchem do kaloryfera a ja też mam swoje potrzeby. Ty w pracy przynajmniej do kogoś zagadasz i ja też chcę parę słów z jakimś dorosłym zamienić.
- A ty myślisz, że ja do tej pracy to na imprezę chodzę! Wiesz ile muszę się naużerać z tymi pracownikami! W nocy też się budzę jak wstajesz do dzieci, chcę mieć trochę odpoczynku.
- Biedaczek, budzi się jak ja wstaję. Mnie jakoś nikt nie pyta czy się zmęczyłam tylko muszę tyrać. A gdzie moje potrzeby, samorealizacja?
- Przecież sama chciałaś zostać na wychowawczym! Kto ci broni, jak chcesz to idź do pracy.
I te pe i te de i te pe cytując klasykę.
Poszłam obrażona do pokoju i szybko zasnęłam, nawet nie słyszałam kiedy wrócił mąż. Rano obudziło mnie pragnienie, a na wspomnienie wczorajszej rozmowy pomyślałam, że lepiej jak napiję się czegoś na plaży. Nie będę musiała go oglądać. Jednak nie minęło pół godziny a przy leżaku zobaczyłam męża. Widocznie nie potrafi beze mnie żyć, pomyślałam. Stał tak nieporadnie, w ręku trzymał whisky z lodem i zapytał zachęcająco:
- Przechodziłem tutaj nieopodal i widzę taka laska sama siedzi to poczęstuję drinkiem.
- „Z tragarzami?” – zakpiłam
- „Tak tak, z tragarzami” – dokończył mąż -  Obejrzałbym sobie z tobą tego „Misia”, nudzi mnie już ta hotelowa kablówka. Następnym razem weźmiemy ze sobą dvd i kilka dobrych komedii.
- Skąd wiesz, że będzie następny raz – wysyczałam
- Oj daj spokój. Co pijesz? Kawkę? – łagodził mąż
- Mrożona, z wkładką. Dziewczyny przy barze poznały, że jestem wczorajsza to mi dolały rumu.
- Słusznie, klin klinem. Popatrz tam, jaka fajna rodzinka. Ci to dopiero mają przechlapane, jeszcze trzecie im się trafiło. Ale stęskniłem się już za tymi naszymi łobuzami. Następny wyjazd to już chłopakami – mąż próbował wszystko łagodzić.
- Nie wiem czy chcę kolejnego wspólnego wyjazdu. Wiecznie się kłócimy, mamy tyle pretensji. Mam tego dość. Nie tak powinno wyglądać nasze życie. Może nie pasujemy jednak do siebie – mówię w złości ale to co mówię zaczyna mieć dla mnie sens. Od kilku lat, dokładnie po urodzeniu dzieci, nasze życie to wzajemne pretensje i mniej lub bardziej ostre kłótnie. Nie takiego życia chciałam dla siebie i swojej rodziny. Nie mam już ochoty godzić się, aby za kilka dni wszystko wróciło na nowo. Zmęczyłam się już tym.
Milczymy.
- Hmm, no to co… rozwód? – po chwili zapytał mąż.
- Odwiedzę adwokata po powrocie – ucięłam rozmowę i jakby mi ulżyło. Klamka zapadła. Zerkam na męża. Spokojnie się opala, nawet go to nie wzruszyło. Widocznie jemu już nie zależy, też jest zmęczony i mu to pasuje.
Dłuższe milczenie.
Po chwili mąż powoli i spokojnie zaczął – rozwieść się to jest najprościej. Już to przerabiałem. Jesteś pewna, że tego chcesz?
Znowu cisza, ale tym razem mimo bólu głowy, kotłowało mi się w niej mnóstwo myśli. No tak, ma rację. Rozwieść się to jest najprościej. Wystarczy powiedzieć, że do siebie nie pasujemy, tak zwana niezgodność charakterów. Ale z drugiej strony, w imię czego mamy się ze sobą męczyć. Lepiej to zakończyć i na nowo ułożyć sobie życie. Po co dzieci mają patrzeć na kłótnie rodziców. No tak, ale skąd mam pewność, że znajdę kogoś, kto lepiej do mnie pasuje. A jeśli po kilku latach historia zacznie się powtarzać. A do tego mamy dzieci. Kto mocniej je pokocha niż rodzice? Ostatnio dużo się mówi o rodzinach pachworkowych, że można poukładać relacje i żyć w takiej „pozszywanej” rodzinie. Tylko ile to wymaga energii i pracy nad relacjami? Może lepiej tą energię przeznaczyć na posklejanie własnej rodziny. Przecież nie jest z nami tak beznadziejnie. Lubimy się, potrafimy rozmawiać ze sobą, nawet na żarty nas jeszcze stać. Gdzieś urwała nam się ta nić porozumienia, ale jeszcze jest szansa, aby wszystko naprawić. Podczas dalszej wspólnej rozmowy zrozumieliśmy, jak bardzo jesteśmy dla siebie cenni. Może to niewiele, ale dla nas to był krok milowy, potem poszło już gładko. Gdy już mieliśmy odpowiednią motywację, wymyślanie sposobów było bardzo przyjemne i dało nam wiele radości. Zaczęliśmy jeszcze podczas urlopu i wycisnęliśmy z tych kilku dni ile się dało. Wieczorne biesiadowanie przy dobrej kolacji i winie, spacer brzegiem morza i czułość na plaży. Banalne ale dla nas to było ważne, pękł balon wzajemnych pretensji i nic już nie było istotne. Byliśmy tylko my. Dzieci zostały pod dobrą opieką i nie rozpraszały nas swoją obecnością. Zaczęliśmy widzieć w sobie człowieka, nie było motyli w brzuchu jak na początku związku, ale wspólny śmiech, przyjemność ze swojego towarzystwa. Po powrocie nadal dbaliśmy o dobre porozumienie. Raz jest lepiej a raz gorzej ale wiemy, że warto o nas walczyć.
    Jak uratować związek? Nam wystarczyło uświadomienie sobie, ile ten związek dla nas znaczy. Według mnie, gdy partnerzy mają silną motywację, to prędzej czy później znajdą swój własny sposób. Trzeba tylko chcieć ten związek ratować.

 

26 myśli nt. „Trzeba tylko chcieć.

  1. ~dzierzba1604

    Moja historia jest podobna lecz bez happy endu. Ja chciałam ratować, ocknęłam się i zrozumiałam jaki był i nadal jest dla mnie ważny, on niestety powiedział, że nie ma już siły i odszedł. Zostałam ja, zostało dziecko, które ciągle pyta kiedy on wróci… Nie potrafię odpowiedzieć na to pytanie, choć znam odpowiedź. Brzmi ona NIGDY.

    Odpowiedz
    1. socjoblozka Autor wpisu

      Współczuję, bo dla mnie faktycznie motorem było dobro dzieci. Ale u nas były wola walki z dwóch stron. Gdy chce tylko jedna to może lepiej aby dziecko nie patrzyło na kłótnie. Życzę Ci, abyś trafiła na swoją połówkę.

      Odpowiedz
  2. ~Adam

    Masz więcej szczęścia niż rozumu, że masz takiego faceta. Po latach związku mamy podobnie, ale jeszcze nikt się nie odważył napomknąć o rozwodzie. Gdybym usłyszał od niej „po prowrocie odwiedzę adwokata” to oznaczało by to definitywny koniec, choćby potem były łzy i przeprosiny.

    Odpowiedz
  3. ~M

    Kurcze. Cieszę się, że się Wam udało i życzę powowdzenia. Ja ze swoim partnerem jestem rok. średnio co dwa dni słyszę żarcik w stylu „co, jesteś w ciąży?”, a zaraz za nim szeroki uśmiech. Wiem, że to tylko żarty, ale wiem też, że za tym żartem kryje się potrzeba. Mój mężczyzna jest starszy ode mnie 7 lat. Cudowna różnica wieku. Dojrzałość i mądrość mojego partnera, a czasem jego przemądrzałość ;-) są dla mnie niezwykle cenne. Jednak, zapewne ze względu też na swój wiek, boję się, że jak tylko urodzę dziecko to mój świat się skonczy i będzie tak jak u Ciebie. Nagle zrobię się mało atrakycjna, samotna, z dziećmi, a on znajdzie sobie kogoś innego. Dzieci = koniec związku ? Nie chcę tak o tym myśleć, a jednocześnie nie mogę się pozbyć myśli, że to jest to o czym mój partner marzy w związku z moją osobą. Czy to źle? Można wszystko poskładać tylko trzeba chcieć. Jesteśmy razem rok. Ja Go kocham całym moim sercem i duszą i wiem, że z nikimi innym nie chciałabym być, ale nigdy tak do końca nie mogę być pewna jego uczuć. Brak pewności i wiary we własną osobę nie ułatwia mi niczego. Kocham z Nim być, ale nie wiem jaka ta przyszłość będzie.

    Odpowiedz
    1. socjoblozka Autor wpisu

      Mąż jest ode mnie straszy o 10 lat i też uważam, że to dla nas dobre. Jego doświadczenie i pokora wobec życia a moja szczerość i entuzjazm tworzą udany układ. To nie tak, że dzieci oznaczają koniec związku. Tylko ten związek nabiera innego znaczenia, inaczej wygląda. Człowiek już nie myśli tylko o sobie i partnerze ale też o tych małych istotach, które są całkowicie od nas zależne. Czasem się zastanawiam jakby wyglądał nasz związek gdybyśmy nie mieli dzieci i nie jestem pewna czy bylibyśmy razem. Przed narodzeniem dzieci też się kłócilićmy i nie jestem pewna czy gdyby nie dzieci to wystarczyłoby nam woli walki o związek. Z drugiej strony kłótnie nasiliły się po urodzeniu dzieci, więc w sumie to trudno powiedzieć co by było. Ale jedno wiem, żadne z nas nie cofnęłoby czasu, dzieci są dla nas najważniejsze.

      Odpowiedz
  4. ~Jan

    Zamiast wymyślać pseudofilozoficzne opowiastki lepiej posiedzieć nad słownikiem ortograficznym. Nie „rozwieźć się”, ale „rozwieść”.

    Odpowiedz
    1. socjoblozka Autor wpisu

      Moje życie widocznie takie pseudofilozoficzne jest, ale chyba dlatego, że to życie. Dziękuję za uwagę, skorzystam.

      Odpowiedz
    2. ~marcin

      Janie,to nie jest miejsce dla tego typu „nauczycieli” jak Ty.
      Swoje frustracje życiowe zacznij może upubliczniać na spotkaniach dla grup terapeutycznych. Z góry przepraszam za ewentualne błędy. A pro po ,posiedzieć można przy ognisku, a słowni to się czyta. Tak ku Twojej informacji.

      Odpowiedz
  5. ~marcin

    Dość fajne i szczere wyznanie. Szkoda tylko że nikomu do tej pory nie przyszła chęć na napisanie krótkiego komentarza. To niestety obrazuje czym interesuje sie nasze społeczeństwo,to same które ma tworzyć udane bądź mniej udane związki. Niestety to ma potem przełożenie w ilości rozwodów,których ilość diametralnie rośnie z roku na rok. Ludzie wolą czytać ile kg przytyła Kardiashanka, żeby potem ulżyć swoim kompleksom na forum,a kwestie normalnego życia takiego jak opisano powyżej są nudne więc szkoda „prądu” aby to czytać a nie wspomnę już skomentować. Wracając do artykułu,to również uważam że każdy związek można uratować,każdy można ponownie rozpalić, jednak jest jeden podstawowy warunek-obydwoje muszą tego chcieć. Pozdrawiam wszystkich walczących i chcących ratować swe związki. Niestety mnie się nie udało/walczyłem z wiatrakami.

    Odpowiedz
  6. ~Jacek

    A mnie się podobało teraz sobie myślę że strach jechać bez dzieci. Mamy jedno niepełnosprawne , żona ciągle z nim jeżdźi zabiegi, szpital , operacje itd dzień w dzień też nie ma siły na dalsze życie także sobie myślę że jak dzieci zdrowe to dużo łatwiej przetrwać ale to wiedzą tylko Ci co mają chore dzieci. Pozdrawiam

    Odpowiedz
    1. socjoblozka Autor wpisu

      Podziwiam i życzę dużo wytrwałości. Faktycznie czasem nie doceniamy tego co mamy, dziękuje za cenny komentarz.

      Odpowiedz
  7. ~daffodilek

    a podobno dzieci niczego nie zmieniają w związku.
    Też właśnie przechodzę przez etap kłótni a słowo „rozwód” wisi na włosku. Tylko dzieci szkoda …

    Odpowiedz
    1. socjoblozka Autor wpisu

      Gdy są już dzieci to warto bardzo dokładnie przemyśleć co jest ważniejsze. Ale nie za wszelką cenę, ważna jest motywacja obu stron. Życzę powodzenia.

      Odpowiedz
  8. ~Kasia

    Gratuluję, że znaleźliście w końcu to co najważniejsze dla Was. Jesteśmy z mężem 9 lat po ślubie. Mamy dwójkę dzieci. Wiele za nami… motyle… awantury… trzaskające drzwi.. krzyki o rozwód… dopiero teraz potrafimy ze sobą spokojnie rozmawiać. Dzieci są dla nas najważniejsze i ich dobro. Wszyscy dookoła pytają skąd macie taki kontakt z dziećmi? Opłaciło się. Jestem z mężczyzną, który jest dla mnie największym wsparciem. Przy nim czuję się bezpieczna i spokojna o siebie i dzieci. Nie jest łatwo na co dzień, ale warto o to walczyć…

    Odpowiedz
  9. ~Magda

    Hej, a mi się podoba. Takie życiowe i nie ubarwione. Pewnie dlatego niektórych nudzi. Gratuluję udanego, partnerskiego związku. Do wyjazdów bez dzieci, kiedyś przekonał mnie mąż i to działa. Warto choć raz na jakiś czas wyrwać się tylko we dwoje. He, he też się kłócimy, obrażamy, potem godzimy i śmiejemy. Ostatnio to nawet chciałam go na jakimś lotnisku w cho..rę zostawić, na zawsze już oczywiście – samo życie :-))

    Odpowiedz
    1. socjoblozka Autor wpisu

      Życie czasem bywa nudne, cóż zrobić. Nie ubarwiałam, bo chciałam aby było prawdziwe. Dziękuję za ciepłe słowa i życzę wszystkiego dobrego :)

      Odpowiedz
    1. socjoblozka Autor wpisu

      Uczciwie, na podstawie swoich doświadczeń i znajomych, muszę przyznać, że dużo związków po urodzeniu dzieci przeżywa mniejszy lub większy kryzys. Ale nie jest to dramat. Skupiłam się na opisie gorszych doświadczeń po porodzie, gdyż na tym skupiała cię cała historia. Ale poza tym jest pięknie, dzieciaki dają wiele radości. Piszę o tym w innych wpisach. Dzieciaki są kochane i jesteśmy szczęśliwi, że je mamy.

      Odpowiedz
  10. ~gosia

    Jestem z partnerem 10 lat,przeszliśmy razem wzloty i upadki,ale ogólnie kochamy się :) i niedługo planujemy dzieci bez nich w pewnym momencie jest pusto i jakby po nic…i też można się zagubić i kłócić i zastanawiać się czy warto i po co w ogóle być razem?Myślę,że taka kolej rzeczy,że wszystko w życiu trzeba przeżyć i zawsze warto walczyć o siebie nawzajem i nie odpuszczać rozwodem…zbyt wiele cierpienia dla wszystkich- bo dla dzieci jak i również dla nas samych.Gratuluję wytrwałości i mądrości życiowej w podejmowaniu decyzji,podziwiam taka postawę.

    Odpowiedz
  11. ~Stancyk

    infaltylne i prostackie…rozwiesc sie i liczyc ze poznamy kogos kto lepiej pasuje do mnie…by dzieci nie patrzyly na nasze klotnie…a jak w przyszlosci naucza sie ze to glupota tak myslec?!~

    Odpowiedz
  12. ~Ewa

    Bardzo fajnie opowiadanie, pewnie dlatego, że takie zwyczajne (czyt. PRAWDZIWE). Święte słowa: „trzeba tylko chcieć”. Nie ma rzeczy niemożliwych, jeśli partner i partnerka chcą skleić związek. Często związek po kłótniach, awanturach i kryzysach jest znacznie mocniejszy. Jednakże spokój i harmonia, to jest to czego ja obecnie szukam :) Już wystarczy tych kłótni i awantur. Często człowiek nie docenia tego jakiego wspaniałego ma partnera, często wystarczy przypomnieć sobie za co się pokochało drugą osobę i szczerze porozmawia na temat naszych oczekiwań, tego, co nas boli, rozczarowuje i jak chcemy aby nasz związek wyglądał.
    Mnie tam styl pisania bardzo się podoba, nie wiem dlaczego niektórzy czepiają się ortografii, czy innych rzeczy. Niektóre wpisy są dla mnie dużą inspiracją!
    Ev

    Odpowiedz
    1. socjoblozka Autor wpisu

      Dziękuję za miłe słowa. Zostałąm laureatką w konkursie.
      Czasem odnoszę wrażenie, że bardziej się przejmujemy tym co powiedzą znajomi a nie partnerem. Niekiedy słuchamy krytycznych uwag z boku zamiast wsłuchać się we własne serce i spojrzeć na sytuację okiem partnera. To bardzo inspirujące. Wszędzie wokół nam wmawiają, że nasza osoba jest najważniejsza, że mamy się cenić itp. A czasem wystarczy szczera rozmowa z samym sobą i partnerem oraz bilans zysków i strat.

      Odpowiedz

Odpowiedz na „~MAnuluj pisanie odpowiedzi

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>