Dzienne archiwum: 22 marca 2013

Mamo, jestem duży chłopak

Koleżanka przeczytała moje wpisy i ze śmiechem spytała czy nie pamiętam jak jeszcze parę tygodni temu trzęsłam się ze strachu, gdy chłopcy mieli jechać z przedszkolem do teatru, i o zgrozo, autobusem. Faktycznie tak było, o mały włos a zrobiłabym niezłą głupotę. Ale człowiek na szczęście uczy się na własnych błędach. Całe przedszkole huczało już na temat tego wyjazdu do teatru, dzieci piszczały z radości i to głównie na myśl o tym autobusie. Moje chłopaki nie mogły zasnąć i w łóżkach rozmawiali jak to będzie fajnie w tym autobusie. A mi włos się jeżył na głowie. Jak to tak, takie maluszki, kruszynki moje w takim autobusie, bez pasów, jak oni wsiądą, na takie wysokie stopnie? A ten teatr? Przecież tam będzie kilkaset dzieci z innych przedszkoli, a jak się zgubią, a jak będą chciały siku podczas przedstawienia, to kto z nimi wyjdzie? Nie mogłam w nocy spać i byłam gotowa zostawić ich tego dnia w domu. Ale chłopcy zerwali się z samego rana gotowi na nowe wyzwania. Nie było mowy, aby nie poszli. Nie dawałam po sobie poznać swoich strachów, ale gdy odprowadziłam ich do przedszkola cała dygotałam. Aby nie wsiąść w samochód i nie jechać za nimi, co byłoby niezłą głupotą, wzięłam się za porządki. Przeżyłam jakoś ten dzień, odebrałam o czasie chłopców, byli cali i zdrowi. A przede wszystkim byli roześmiani od ucha do ucha. A wieczorem, gdy wspominali wyjazd, mój trzylatek oznajmił mi z przejęciem: mamo, a wiesz, że autobus to się trzęsie! I musiałem się mocno trzymać. Strasznie mocno, ale dałem radę. I musiałem skakać z autobusu i to było bardzo wysoko, ale się nie bałem, bo jestem duży chłopak. Tak tak, moje dzieciaki to już są duże chłopaki, rosną prędzej niż mi się wydaje i chyba prędzej niż bym chciała i może dlatego czasem tak bardzo się o nich boje. Ale muszę wierzyć w nich i dać im żyć.

smak wspomnień

Kilka dni temu znajomy przesłał mi fajną prezentację, takie wspomnienie naszego dzieciństwa (rocznik 79). Oglądając zdjęcia tak mi się ciepło na sercu zrobiło, roześmiane dzieciaki na trzepaku, gra w klasy i gumę, łażenie po okolicy i zdobywanie nowych siniaków, gotowanie ciasta z błota, jedzenie kwaśnych, niedojrzałych jabłek, były pyszne. Każdy ma jakieś wspomnienia i coś tam dla siebie znajdzie. Rozesłałam prezentację do kolejnych znajomych i wszyscy jednakowo komentowali: to były czasy, aż łza się w oku kręci, szkoda, że nasze dzieci nie żyją już w takich czasach, że nie doświadczą tego co my. No tak, nie doświadczają, ale dlaczego, przecież to my ich wychowujemy. Pamiętam doskonale, gdy byłam kilkulatkiem i spędzałam wakacje u Babci. Rano, boso po rosie biegłam do kuchni letniej gdzie Babcia codziennie na śniadanie robiła mi placki ziemniaczane. Nikt takich nie robił, popłakałam się właśnie na wspomnienie Babci z troską ucierającą mi te ziemniaki. Pytała czasem, oj dziecko, może byś coś innego dzisiaj zjadła. Już słyszę te komentarze: smażone placki na śniadanie dla sześciolatki, szok, przecież to niezdrowe. Albo gdy w biegu z kuzynką wpadałyśmy do kuchni i same robiłyśmy sobie kanapkę, tak tak same, a miałyśmy po sześć lat. Ale co to była za kanapka. Gruba pajda chleba, bo tylko taką umiałyśmy ukroić, umoczona w wodzie ze studni (przerażające?) i posypaną białym cukrem. Pychota, zwłaszcza jak się cały dzień ganiało i przegapiło obiad. Dodam, że jestem teraz po trzydziestce, nadal żyję. i jestem zdrowa Dlatego moje dzieci latem prosto po śniadaniu same idą boso po rosie do ogródka i raczą się poziomkami prosto z krzaczka. Myte im nie smakują i wcale mnie to nie dziwi, bo ja też wolę te z krzaka. Dlaczego mamy odbierać naszym dzieciom to co było dla nas cenne i budzi tyle ciepłych wspomnień. Ja rozumiem, że jest coś takiego jak zbilansowana dieta i regularne posiłki, ale pozwólmy naszym dzieciom czasem zgłodnieć i zjeść to co im smakuje. Niech zdobywają doświadczenia. Pozwólmy naszym dzieciom poznać dotyk trawy, piasku a nawet kamieni pod stopami. Pozwólmy im się wybrudzić i zasnąć na siedząco przy kolacji. Ale pozwólmy im też poczuć smak obowiązków i emocji. Niech wiedzą jak się przeżywa złość i frustrację, sukces i porażkę, radość i smutek. Pozwólmy żyć naszym dzieciom i zmagać się z tym życiem. Nie ochronimy ich przed wszystkim, muszą same nauczyć się żyć tak jak i my się tego nauczyliśmy.

Pokolenie sprzeczności

Przyszło mi wychowywać dzieci w czasach pełnych sprzeczności. Oboje z mężem decydując się na dzieci, nakreśliliśmy wzajemnie pewną wizję sposobu ich wychowywania i musimy co pewien czas robić w głowie reset, aby wykasować wszystkie bombardujące nas informacje o tym jak być najlepszym rodzicem, wychować najlepsze dziecko itp. A niestety w naszych czasach to trudne aby nie dać się zwariować. Oglądam tv, czytam gazety i dowiaduję się, aby ułatwić mojemu dziecku start powinnam już z niemowlakiem chodzić na basen, uczyć języka obcego zanim opanuje swój ojczysty, uczyć bobomigów bo inaczej nie zrozumiem że chce pić itp, itd. Im dalej w las tym coraz szersza oferta zajęć, dochodzi piłka nożna, gimnastyka, balet, teatr, przeróżne zajęcia plastyczne. Mieszkam na przedmieściach dużego miasta i wszystko mam na wyciągnięcie ręki. Kilka razy dałam się skusić, ale nie chodzimy regularnie na żadne z zajęć. Dzieci zaspokoiły swoją ciekawość, ja uciszyłam wyrzuty sumienia, że ograniczam dziecku start i wystarczyło.

Osobiście jestem zdania, że zamiast tracić czas na dojazd, jestem w stanie dwójce moich dzieci zorganizować ciekawe zajęcia w domu. Uwielbiają zagniatanie ciasta i robienie własnych wypieków, a czas który spędziłabym w samochodzie, poświęcam na sprzątanie po tej zabawie. Rozumiem, że są osoby które wolą wyjść z domu z dzieckiem i uczestniczyć w grupowych zajęciach, bo to faktycznie może być fajne. Ale nie rozumiem pewnej tendencji, którą obserwuję w swoim otoczeniu a potwierdzenie widzę w mediach. Rodzice zapisują dzieci w wieku przedszkolnym na dużą ilość zajęć dodatkowych. Albo oczekują od przedszkola jak najszerszej oferty takich zajęć. Popularnością cieszą się prywatne przedszkola, których ulotki aż kipią od oferty zajęć edukacyjnych. Koleżanka pracuje w prywatnym przedszkolu i opowiada mi jak właścicielka, aby zachęcić rodziców wymyśla dodatkowe zajęcia, czasem absurdalne. Druga koleżanka, mama czterolatka, przyznaje, że dała się zwariować, zapisała dziecko do przedszkola, które miało ciekawą ofertę edukacyjną, a teraz widzi, że syn w ogóle nie jest nimi zainteresowany. Kilka miesięcy temu z dwiema innymi mamami, przygotowywałyśmy dla dzieci z przedszkola paczki mikołajkowe. Zapytałyśmy rodziców czy mają jakieś sugestie, wszyscy chcieli aby to nie była jakaś kolejna zabawka tylko coś edukacyjnego. To bardzo fajnie, że rodzice stawiają na rozwój intelektualny swojego dziecka. Wówczas są przekonani, że dziecko poradzi sobie ze wszystkimi zajęciami. Dlaczego więc na myśl, że to samo dziecko nie poradzi sobie w szkole z nauką. Dla mnie to absurd. I nie przekonają mnie argumenty, że zajęcia dodatkowe są przyjazne, dostosowane do dziecka, bo poznaję temat od podszewki i wiele z takich zajęć jest nastawionych na ilość uczestników a ich program ma zaspokoić oczekiwania rodziców a nie potrzeby dzieci. I jeszcze coś co mnie dziwi już wyjątkowo, a co zaobserwowałam właśnie na jakiś zajęciach edukacyjnych. Rodzice stawiają przed dziećmi wysokie wymagania intelektualne a jednocześnie traktują je jak dzidziusie, karmiąc z butelkami, nosząc, przebierając, chuchając i dmuchając. Byłam kiedyś z synami na angielskim a tam była z babcią czterolatka, przyjechała wózkiem, a w koszu wózka nocnik. Sama woziłam ze sobą nocnik, gdy mój półtoraroczny syn przechodził trening czystości. Czasem nie było dostępu do toalety a dopiero ćwiczył utrzymywanie siusiu. Ale woziłam ten nocnik przez dwa tygodnie, bo teraz siusia na komendę przed wyjściem z domu, a jak w sklepie czy gdziekolwiek ma potrzebę to idziemy do publicznej toalety. Czy coś w tym dziwnego, ja też chodzę do publicznej toalety jeśli mnie przypili, przecież nie wożę ze sobą toi toia. Nieźle się ubawiłam czytając na stronie Ratujmy Maluchy jako argument przeciwko szkole, że sześciolatki będą musiały siusiać na komendę w szkolnej toalecie. No jeśli kogoś to przeraża to proponuję założyć dziecku pampersa. Obaj moi synowi w publicznym przedszkolu codziennie siusiają na komendę przed wyjściem na dwór czy przed leżakowaniem. Powszechna praktyka w każdym przedszkolu. To sześciolatek nagle cofa się w rozwoju i siusianie na komendę spowoduje u niego problemy zdrowotne? Albo straszenie rodziców brudnymi toaletami. Czy siedmioletnie czy dwunastoletnie dziecko powinno korzystać z brudnej toalety, wg mnie nie. Może zamiast narzekać to lepiej spotkać się z dyrektorem i poszukać jakiegoś rozwiązania. Temat faktycznie istotny bo nasze dzieci nie spędzą w tej szkole tylko roku ale kilkanaście lat. Czy w późniejszych latach będę się mniej brzydzić. A może warto nauczyć dziecko jak korzystać z brudnej toalety, bo w całym swoim życiu niestety z takowymi będą się spotykać. A może zacznijmy uczyć dzieci jak nie brudzić toalet, bo przecież nie piesek czy kotek tam nasiusiał tylko też inne dziecko.

Czytając stronę Ratujmy Maluchy cały czas nasuwa mi się wniosek, że rodzice walczą o ratowanie dziecka przed całym złem tego świata. A wg mnie wychowanie nie na tym polega, bo dziecko musi się z tym światem zmierzyć. Moi synowie od września chodzą do przedszkola w zespole szkolno-przedszkolnym, gdzie w jednym budynku uczą się dzieci od 2,5 roku do 19 lat. Mój młodszy syn zaczął swoją edukację mając 2 lata i 7 miesięcy. Minęło ponad pół roku i żyje, ma się dobrze i nie wykazuje oznak traumy. Taki maluszek spotyka się z wieloma sytuacjami, które przerażają rodziców sześciolatka. Nie dajmy się zwariować, każdy musi chodzić do szkoły i walczenie o odroczenie obowiązku szkolnego nie zmieni szkoły. Szkołę tworzą nauczyciele, dzieci i rodzice. Wraz z narodzeniem dziecka tworzymy mu w domu komfortowe warunki. W szkole nasze dzieci spędzą większość swego dzieciństwa, gdyż nie kończy się ono z pójściem do szkoły, tylko trwa nadal. Może lepiej starać się, aby miało tam jak najlepsze warunki a nie uciekać przed nieuniknionym.

Pamiętam pierwsze zebranie rodziców w przedszkolu, gdy dobrowolnie zgłosiłam się do trójki klasowej i pamiętam tą ulgę reszty rodziców, że oto znalazła się frajerka co swój własny i prywatny czas poświęci na jakieś dyrdymały. Może jestem frajerką ale wolę poświęcić czas na tworzenie przyjaznego miejsca moim dzieciom, w którym spędzą kilka lat, niż stać w korku w drodze na kolejne zajęcia edukacyjne. I to jest właśnie to moje slow life. Buduję dla siebie i rodziny przyjazne otoczenie do życia a nie daję się zwariować i nie uciekam przed tym życiem.