Dzienne archiwum: 21 marca 2013

„Ratujmy maluchy”…przed życiem

Czytam właśnie stronę fundacji „Ratujmy Maluchy” i chyba nie pozostało mi nic innego niż uczyć syna w domu. Urodził się we wrześniu 2008 roku i jako pierwszy rocznik ma obowiązek iść do szkoły w wieku 6 lat. Ale jako mama usłyszałam, że mam go ratować, więc czytam co mu zagraża. Zapoznałam się z wszystkimi artykułami i nasuwa się jeden wniosek, należy go ratować przed szkołą. Ale z drugiej strony nie żyjemy na żadnej wyspie, ani bezludniej czy zielonej, tylko w społeczeństwie. Mamy ustawowy obowiązek szkolny i wiem, że moje dzieci będą musiały iść do szkoły. Jest to normalna i oczywista kolej rzeczy, dzieci idą do szkoły a potem dorośli idą do pracy. Więc przed czym mam go ratować… przed życiem?
Bardzo kocham moje dzieci i wiem, że dając im życie mam też obowiązek je do tego życia przygotować. Robię to od momentu poczęcia, poprzez zdrowe odżywianie w czasie ciąży, potem w wieku niemowlęcym dbałam o ich higienę i żywienie oraz rozwój intelektualny i fizyczny. I tak kolejno stawiam im nowe wyzwania, a to samodzielne jedzenie, ubieranie się, mycie itd. W ten sam sposób postępuje większość rodziców i jest to uznawane za właściwe. Uczę moje dziecko samodzielności i pokazuję, że nauka i szkoła to fajna sprawa. Przeraża mnie ta batalistyczna retoryka płynąca ze strony „Ratujmy Maluchy”. Nasze dzieci żyją obok nas, słyszą i rozumieją więcej niż nam się wydaje. Być może czterolatek nie rozumie jeszcze znaczenia wszystkich słów ale doskonale wyczuwa emocje wystraszonej matki. Przekaz płynący od rodziców jest dla niego jasny, „jestem za mały aby iść do tego strasznego miejsca jakim jest szkoła. Będę musiał siedzieć w ławce i uczyć się, och jakie to straszne. Na korytarzu mogę spotkać starsze dzieci, przerażające. Nikt mnie nie nakarmi ani nie zaprowadzi do toalety, na pewno zginę. Jak bardzo kochają mnie rodzice, że walczą o rok mojego dzieciństwa, jakie mam szczęście, że nie muszę iść do tej strasznej szkoły”. Jednak czas płynie, mija rok i do szkoły trzeba już iść. Nie ma zmiłuj. Co powiecie wówczas dziecku? No teraz to ty jesteś już taki duży, „że wszystkie stresy związane z edukacją szkolną” (cytat ze strony Ratujmy Maluchy) nie zagrażają ci. Ale dziecko nie czuje się wcale duże, minął raptem rok, nauczył się paru rzeczy ale rodzice wcześniej zbudowali ogromne przekonanie, że tam wszystko jest złe i powoduje stres. No takiej traumy to ja nie zafunduję swojemu dziecku.
Wieczorem rozmawiamy z mężem, oboje poszliśmy do zerówki w wieku 6 lat. Ja nie chodziłam wcześniej do przedszkola gdyż byłam na diecie bezglutenowej a wtedy nie było takich diet w przedszkolach. Wychuchana trafiłam do zerówki w szkole oddalonej o 1,5 kilometra od domu. Salę mieliśmy w przyziemiu, na samym końcu korytarza. Nikt mnie tam nie stratował a wówczas uczyło się więcej roczników w w jednym budynku. Gdy słuchaliśmy muzyki, patrzyłam na buty przechodniów i mile to wspominam. Wyobrażałam sobie kim jest reszta człowieka, to była taka moja zabawa. Pobyt w zerówce nie był dla mnie żadną traumą, to była świetna zabawa, cieszyłam się nauką i tym, że jestem coraz bardziej „dorosła”. Ale wszystko byłoby traumą gdyby mama mi wcześniej przekazała jakieś strachy i obawy. Mąż w ogóle jest zaskoczony jakąś dyskusją. Dla niego to oczywiste, że dziecko ma iść do szkoły a rodzic ma go do tego przygotować, koniec kropka.
Rodzice często chuchają i dmuchają na swoje dziecko, to oczywiste, ale wg mnie źle pojętą troską jest nadmierne chronienie dziecka przed światem. Dziecka nie trzeba ratować tylko trzeba je do życia przygotować i wspierać je.