Dzienne archiwum: 15 marca 2013

Moda na niedźwiedzia

Kilka dni temu, wracając z chłopcami z przedszkola, wstąpiliśmy do pobliskiego sklepu. Zajęłam się robieniem zakupów a chłopcy poszli wybrać sobie jakiś słodycz. Są bardzo grzeczni w sklepach i zazwyczaj pozwalam im na jakiś drobny zakup. Nadle słyszę ich krzyk: łłłłłaaaaaaa, niedźwiedź,uciekamy, niedźwiedź. Zaskoczona rozglądam się po sklepie i widzę przy kasie kobietę w futrze z norek. Uspokoiłam ich i mimo, że sama dusiłam w sobie śmiech, powiedziałam, że nie wolno tak śmiać się z innych osób. A oni na to, że to przecież prawdziwy niedźwiedź i musimy uciekać. Przyjrzałam się tej Pani i faktycznie z tyłu wyglądała dość podobnie do tego futrzastego zwierzaka. Na głowie miała brązową czapkę i tego samego koloru kozaki i w ten sposób całość przypominała niedźwiedzia. Nie sądzę jednak aby takie podobieństwo było przez nią zamierzone.
Cała sytuacja bardzo mnie rozbawiła i zaczęłam się zastanawiać po co w ogóle ludzie noszą futra. Przejrzałam komentarze na forach internetowych i nie uzyskałam jednoznacznej odpowiedzi. Zorientowałam się natomiast, że futra naturalne mają tyle samo zwolenników co i przeciwników. Można mnożyć argumenty za i przeciew, więc przytoczę te najczęściej pojawiające się. Zwolennicy futer naturalnych twierdzą, że człowiek od zawsze nosi futra i że są one najcieplejszym okryciem. Ponadto są bardziej ekologczne niż sztuczne, przy produkcji których zatruwa się środowisko. Oprócz futer ludzie w różnych dziedzinach używają skór naturalnych i to hipokryzja nosić skórzane buty a sprzeciwiać się zabijaniu zwierząt. I ostatni nie podlegający dyskusji argument jest taki, że są piękne. Druga strona ripostuje, że kiedyś owszem noszenie futer było koniecznością, jednak w obecnych czasach, przy dostępności różnorodnych materiałów, można się ubrać ciepło i modnie bez skazywania na śmierć zwierząt. Produkowane współcześnie futra sztuczne wyglądają identycznie jak naturalne i mają szerszą gamę kolorystyczną. Ich zwolennicy twierdzą, że to właśnie produkcja futra naturalnego jest bardziej szkodliwa dla środowiska, ponieważ hodowla zwierzat futerkowych w większym stopniu zatruwa środowisko niż proces produkcyjny futra sztucznego. Na średniej wielkości futro zabijane jest około 60-80 szt zwierząt. Ich hodowla trwa blisko rok, w tym czasie jedzą i wydalają w wyniku czego do atmosfery trafia duża ilość szkodliwych gazów. Ponadto samo futro zanim trafi do kuśnierzy wymaga czyszczenia i garbowania przy których zużywana jest spora ilość chemikaliów. Kolejny argument, że ludzie używają skór naturalnych, dlaczego więc nie nosić naturalnych futer, ich przeciwnicy obalają tym, że skóra jest produktem ubocznym przy uboju zwierzat mięsnych, natomiast mięso zwierząt futerkowych musi być osobno utylizowane co również wpływa negatywnie na środowisko.
Pozostaje jeszcze ostatni argument, o tym że naturalne futra są piękne. Wiadomo, o gustach się nie dyskutuje, jednak przypominając sobie minę pani ze sklepu, nie sądzę aby jej zamiarem było upodobnienie się do niedźwiedzia. Nie zamierzam nikogo do niczego przekonywać, jednak proponuję czasem przemyśleć, czy wystrojeni w futro, naturalne lub sztuczne, nie wystraszymy przypadkiem jakiegoś przedszkolaka.

 

Poranne show

Wczoraj rano mąż zadbał o mój dobry humor. Był już gotowy do wyjścia do pracy, wystrojony w garnitur, białą koszulę i krawat, gdy nagle złapał się za głowę. Zapomniał wystawić śmieci a tego dnia odbierają. W nocy nieźle sypnęło, więc zdjął swoje eleganckie buty, założył robocze walonki a na głowę czapkę uszatkę i tak pomaszerował przez śnieg po kosz. Wyglądał zabawnie, w dobrym humorze usiadłam z kawą do porannej prasówki, ale przypomniało mi się jak kilka dni temu sama dałam poranne show. Był sobotni poranek i liczyłam na dłuższe spanko, zwłaszcza, że dzieciaki jeszcze smacznie chrapały. Jednak pies nie zna dni tygodnia i zaczął popiskiwać. Zeszłam na dół, otworzyłam drzwi a ta siedzi dalej. No tak, sama wyszkoliłam psa, żeby za potrzebą chodził na pobliski nieużytek zarośnięty krzakami. A do tego ta moja przygarnięta bida boi się sama wychodzić na ulicę. Rzuciłam jej tylko przez ramię, że dzisiaj nie musiała być aż taka karna. Byłam w samej satynowej koszulce nocnej, ale tego dnia jakoś tak się wiosennie zrobiło, więc wciągnęłam tylko kozaki i zarzuciłam na siebie jakąś kurtkę. Rozejrzałam się jeszcze przezornie czy nikogo nie ma, ale na ulicy pusto, okna pozasłaniane roletami, no tak, wszyscy jeszcze śpią. Wyszłam przed bramę, czekam na psa gdy nagle słyszę „o la la la”. Okazało się, że na nowej budowie tuż obok, panowie właśnie pili poranną kawkę i szykowali się do pracy. Uśmiechnęłam się i pomachałam, bo co innego miałam zrobić i dostojnym krokiem poszłam do domu. Warknęłam tylko do psa, że mogła mnie uprzedzić.

Moja droga do slow life

Ostatnio tak sobie pomyślałam, że w szkole oprócz żywo komentowanej edukacji seksualnej powinna być wprowadzona również edukacja ekonomiczna. Ale taka z dużym naciskiem na praktykę. Może w formie jakiejś gry strategicznej, aby nauczyć dzieci gospodarowania finansami w długim i krótkim okresie. A może to rodzice powinni skupić się bardziej na wprowadzeniu swoich pociech w tajniki finansów? Tylko czy my sami posiadamy taką wiedzę?
Oboje z mężem bardzo poważnie traktujemy swoje zobowiązania, planujemy domowy budżet, analizujemy decyzje finansowe, korzystamy z porad doradców finansowych a mimo to kilka razy pomyślałam, że wolałabym cofnąć czas. Co bym wtedy zrobiła? Na pewno wzięłabym mniejszy kredyt mieszkaniowy. Pan w banku uprzedzał o zmienności stopy procentowej, o zmieniającej się sytuacji życiowej a kredyt bierze się na 30 lat. Owszem, słuchałam, przeczytałam kilka razy umowę, przeanalizowaliśmy wszystko z mężem. Ostatecznie stwierdziliśmy, że nigdy nie odłożymy takiej sumy a na ratę kredytu zawsze znajdziemy, prędzej odmówimy sobie pewnych przyjemności, a rata to rata, trzeba spłacać. Wzięliśmy kredyt na całość zakupu domu a pieniądze ze sprzedaży mieszkania przeznaczyliśmy na wykończenie. Myśleliśmy, aby część z nich wykorzystać jednak jako wkład własny jednak w banku usłyszeliśmy, że „spokojnie, macie zdolność kredytową” a znajomi podpowiadali, że nawet nie wiemy ile nas będzie kosztowało to wykańczanie i ile pojawi się dodatkowych wydatków. Lepiej mieć więcej niż potem biedować i brać droższe kredyty konsumenckie, a jak nam zostanie to zawsze możemy nadpłacić kredyt. Nie szaleliśmy z wystrojem, więc zostało nam około 50 tyś, ale w banku odradzili nadpłacanie z powodu prowizji za wcześniejszą spłatę w ciągu dwóch pierwszych lat. Na początku wszystko było dobrze, oboje na kierowniczych stanowiskach, z dobrymi pensjami, wystarczało na ratę i na życie na dobrym poziomie. Potem zgodnie z planem zaszłam w ciążę, pracowałam do samego końca. Ale w tym czasie stale rosły stopy procentowe a wraz z nimi nasza rata robiła się niepokojąco wysoka. W dodatku w momencie powiększenia rodziny, gdy pojawiają się dodatkowe wydatki. Udaliśmy się do doradcy finansowego z prośbą o radę, co zrobić aby zmniejszyć ratę. Nie wchodziło w grę wydłużenie okresu kredytowania ale zaproponował przewalutowanie na franka. Byliśmy w trakcie całej procedury gdy coś mnie tknęło i zrezygnowaliśmy z tej operacji. Może to kobieca intuicja, byłam wtedy już wysokiej ciąży i bardzo dużo myślałam o przyszłości. Okazało się to dobrą decyzją, bo wkrótce po narodzinach syna, frank zaczął rosnąć i rosnąć i końca nie było widać. Mieliśmy jeszcze oszczędności ale usłyszeliśmy, że lepiej mieć coś odłożone na czarną godzinę niż nadpłacać, dzięki czemu rata spadnie raptem o 100-150 złotych. Uznaliśmy, że taką kwotę zawsze wyskrobiemy w domowym budżecie a jak nam się noga podwinie to nawet nie będziemy mieli oszczędności na przetrwanie. W sumie słusznie, zabezpieczaliśmy się. Ale potem zaczęło się pogarszać. Okazało się, że po macierzyńskim nie ma dla mnie miejsca w dotychczasowej pracy. Zaczęłam szukać nowej ale z małym dzieckiem byłam już inaczej traktowana, mniej dyspozycyjna. Musiałam zaczynać z niższego poziomu, od nowa budować swoją pozycję, a w efekcie mogłam mniej zarobić za to nieźle się narobić. Po przeliczeniu wyszło na to, że zarobię na nianię i dojazdy. Uznaliśmy, że lepiej postarać się o drugie dziecko, odchować oboje i wtedy na nowo wrócić do pracy zawodowej. Zwłaszcza, że zawsze planowaliśmy dwoje dzieci a ponadto całą sobą wolałam zostać przy synku niż rzucić się w wir życia biurowego i tego całego pośpiechu, korków itp. W ten o to sposób na kilka lat pozbawiliśmy się drugiej pensji i nasze oszczędności zostały siłą rzeczy „przejedzone”. Nie żałuję czasu spędzonego z dziećmi, to moje najszczęśliwsze lata, mąż twierdzi, że jego też. Odpowiada nam takie slow life. Ale coś za coś. Musiałam nauczyć się taniej żyć. Dopiero wtedy dotarło do mnie co oznacza te 30 lat i jak bardzo może zmienić się życie. Z ambitnej szefowej biura stałam się ambitnym home managerem. Okazało się, że równie dobrze czuję się w zarządzaniu domem, opiece i wychowywaniu dzieci oraz pielęgnowaniu ogrodu co w zarządzaniu personelem, tylko za to pierwsze nikt mi nie płaci. Z czasem poczułam, że jestem szczęśliwsza. Rysą na szkle jest tylko ten nieszczęsny kredyt. Zaczęłam wszystko dokładnie analizować i okazało się, że mimo wysokiej raty w ciągu 5 lat spłaciliśmy tylko 5% kapitału a reszta to odsetki. Spotkałam się z innym doradcą finansowym i przedstawił mi wykres, z którego wynikało, że dzięki comiesięcznym oszczędnościom w wysokości 0,1% wartości kredytu, nadpłacanym co jakiś czas, można skrócić okres kredytowania nawet o kilkanaście lat. Dla przykładu, mając 300 000 kredytu na 30 lat, wystarczy odkładać 300 zł miesięcznie, aby cały kredyt spłacić po 15 latach i sporo zaoszczędzić na odsetkach. Łatwo się mówi, odkładać 300 zł, gdy do domknięcia budżetu brakuje 500. Ale na to tez jest rada. Nam też brakowało i to głównie dlatego zależało nam na zmniejszeniu raty. Zaczęłam szukać oszczędności. Przeanalizowałam wszystkie nasze wydatki i wyceniłam posiadany kapitał. Duży, wygodny samochód zamieniliśmy na mniejszy. Na zamianie zaoszczędziliśmy 10 tyś plus mniejsze wydatki na paliwo. Mniejszy okazał się równie wygodny, gdyż chłopcy już podrośli i na wszelkie wyjazdy zabieraliśmy mniej rzeczy, a przy przedszkolu jest zawsze ciasno i teraz łatwiej znaleźć mi miejsce parkingowe. Zrezygnowałam z jednego z funduszy emerytalnych, bo okazało się, że mam dwa, kiedyś się skusiłam na jakąś promocję i tak wyszło. Owszem muszę myśleć o emeryturze ale w tej chwili nie stać mnie na taki podwójny wydatek. Poza tym dwa fundusze to dwa razy więcej prowizji. Znalazłam korzystniejszą polisę ubezpieczeniową, dla całej rodziny a nie dla każdego z osobna i już składka mniejsza o 100 zł. W ten i inne sposoby udało się uzbierać niezłą sumkę i okazało się, że w ciągu roku nadpłaciliśmy tyle kredytu ile przez 5 lat. Rata kredytu znacząco spadła, ale to również ze względu na spadek stóp procentowych. Jesteśmy teraz w stanie spokojnie spłacać kredyt, wystarcza na wszystkie opłaty, które zawsze były priorytetem i nigdy nie zalegaliśmy, mamy również na normalne życie. Ale nauczyłam się inaczej podchodzić do tego życia, nie musimy sobie odmawiać ale wprowadziłam pewne oszczędności, które okazały się trafione. W sumie nawet nie czuć, że to jest oszczędzanie, tylko zmieniliśmy nasz sposób myślenia.  Ale to już kolejny temat, to jest moja droga do slow life.