DSC_2179

Coś być musi za zakrętem

        Długi weekend czerwcowy spędzaliśmy u mojej szwagierki Elwiry, na jej sielskim ranczo w świętokrzyskich lasach. Wyjazd był bardzo spontaniczny, a bo to najpierw młodszy zagorączkował a potem starszy, ale ostatecznie dzieciaki nie dały się chorobom. Silne i zahartowane organizmy przepędziły wirusy i mogliśmy wyruszyć w podróż.
        Na ranczo jest cudownie. Elwira ma kawał ziemi nad rzeką Czarną. Jest pastwisko dla koni, kawałek lasu, DSC_2011przepiękne widoki, cisza i spokój. Dzieciaki oczywiście pół dnia spędzały w rzece. Mają takie ulubione miejsce, gdzie wody jest po kostki, a dno piaszczyste. Chłopcy bawili się statkami a ja stałam na straży, żeby im co któryś nie uciekł z nurtem rzeki. A przede wszystkim pilnowałam ich, bo rzeka choć płytka, może też być zdradliwa. Jak to rzeka, stale pracuje, żłobi dno. Tam gdzie rok temu była płycizna teraz jest po pas wody, a w innym miejscu zrobiła się piaszczysta plaża. Sama doświadczyłam zdradliwości rzeki, gdy szłam po piaszczystym równym dnie i nagle jedna noga zapadła mi się po udo. Niestety tak często dochodzi do zatonięć, gdy nagle pod kimś zapada się grunt.
        Dlatego cały czas czuwałam przy dzieciach,DSC_2087 które grzecznie bawiły się tylko w wyznaczonym miejscu. Potem dołączyły do nas psy. Elwira ma hodowlę bullterrierów a my przyjechaliśmy z naszymi dwiema przygarniętymi suczkami. W efekcie doliczyliśmy się siedmiu psów i ośmiu osób, a oprócz tego jeszcze dwie kobyłki pasły się nieopodal. Wesoło było ale i spokojnie, bo psy świetnie się dogadywały. Bullterriery to zrównoważone zwierzęta, nie należą do grupy ras agresywnych. Są silne, odważne i uparte ale też mądre. Psy Elwiry są bardzo dobrze wychowane. Bawiły się z dziećmi w wodzie. Bullterrierki Tośka i Alisa stale wyławiały z rzeki patyki, czasem wielkie gałęzie wynosiły na brzeg a potem układały  jeprzy stercie drewna do ogniska.
        Tak sobie siedziałam z chłopcami w rzece, upał lał się z nieba a my w chłodnej wodzie. Sama przyjemność, było sielsko. Aż przyszedł mąż i zaczął mnie namawiać na wyjazd do miasteczka po kilka drobiazgów. Myśl o zamianie chłodnej rzeki na rozgrzane auto a potem chodzenie po sklepach, zupełnie mi nie odpowiadała. Przekonywałam męża jak mogłam, żeby jechał sam, ale widziałam, że jemu też strasznie się nie chce i szuka kompana. W końcu dałam się namówić. Chłopcom połamała się łopata i trochę marudzili, że nie mają czym kopać, to mnie zmotywowało. Dzieci zostały z kuzynkami a my ruszyliśmy drogą przez las. Na skrzyżowaniu mąż skręcił w lewo choć według mnie powinien jechać prosto. Mówię, że źle jedzie a on, że tędy też dojedziemy. Ja na to, że okrężną drogą, szkoda czasu. A ten z niezadowoloną miną ale zawrócił. Ledwo wróciliśmy na prawidłową trasę, przejechaliśmy kilkaset metrów i widzimy, że coś biegnie poboczem.
 - A co to, mała sarenka – zdziwił się mąż
 - Wygląda jak charcik włoski, ale skąd tu charcik. Zatrzymaj się!
 - Zwariowałaś! Nie ruszaj żadnego psa. Pewnie poszedł sobie na spacer. Na pewno żaden bezdomny, nie zabieraj komuś psa.
 - Komu zabiorę? Tu nie ma żadnych domów, sam las.
Wyskoczyłam z samochodu i wtedy zobaczyłam, że to żaden charcik włoski a okropnie chudy szczeniak. Obraz nędzy i rozpaczy. Wyglądał jak myły, zagłodzony wilczek. Długie chude nogi a na nich szkielecik.
Z daleka zobaczyłam, że to sunia. Merdała delikatnie ogonkiem i czołgała się w moją stronę. Chciała podejść, ale bała się. Może ktoś ją wcześniej skrzywdził. Przykucnęłam i cierpliwie zaczekałam. Zaraz była w moich ramionach. Wtuliła głowę w szyję i tak pozostała. Mąż zamknął się od środka w samochodzie i tylko uchylił mi szybę.
- Nie wsiądziesz z tym psem do auta.
- No przecież jej tu nie zostawię, umiera z głodu.
- Nie chcę żadnego kolejnego przygarniętego kundla. Elwira też cię pogoni z tym psem.
- Znasz mnie. Nie zostawię jej tu na pewną śmierć. Odzyskała nadzieję i mam ją teraz wyrzucić?
- No dobrze, to zawieziemy ją do Dymin (schronisko pod Kielcami o bardzo złej sławie)
Mąż otworzył drzwi ale ostatecznie pojechaliśmy do miasteczka, znalazłam weterynarza, gdzie kupiłam środek na robaki, pchły i kleszcze. Weterynarz, starszy pan, skomentował tylko: „Je…ne skur..syny! Żeby tak psa zagłodzić.”
DSC_2064Nie wiem jaka jest historia małej suni. Najprawdopodobniej ktoś ją wyrzucił. Musiała się błąkać dłuższy czas bo taka była chuda. Miała też około 30 kleszczy, więc trochę czasu je zbierała. Jest oswojona, wie jak zachować się w domu, według mnie miała właściciela. Mogła się jeszcze zgubić, ale widząc jak się pilnuje człowieka, ciężko mi w to uwierzyć.
        Wróciliśmy na ranczo i wbrew zapowiedziom męża, Elwira nie przegoniła mnie z tym psem, tylko wspólnie myślałyśmy jak odseparować małą od hodowlanego szczeniaka. Trzeba pomóc psu w potrzebie ale niekoniecznie przy tym narażać inne zwierzaki. Szczeniak Elwiry miał jeszcze słabą odporność a o znalezionej suni niewiele wiedzieliśmy. Była tak słaba, że cały czas spała. Budziła się na jedzenie, siusiu i kupkę i znowu zasypiała.
        Mąż cały czas dogryzał mi mówiąc, że rano zawieziemy ją do schroniska, ale wiedziałam, że to jego takie przekomarzanie. GdyDSC_2071 przyszła dziewczynka z sąsiedztwa i mówiła, że przekona babcię do przygarnięcia jej, to wcale się nie cieszył, że mała sunia szybko znajdzie dom. Stwierdził, że trzeba to dokładnie sprawdzić, żeby nie było, że wnusia nalega na pieska, babcia weźmie na wakacje a we wrześniu pies zawiśnie na łańcuchu przy budzie. Okazało się, że babcia w ogóle nie chciała suczki, ostatecznie mogłaby zgodzić się na pieska, ale najlepiej to na nic.
Postanowiliśmy zabrać sunię ze sobą do Wrocławia, podleczyć ją i znaleźć nowy dom. Śmialiśmy się, że wyrównał się rachunek, bo na ranczo było osiem psów i osiem osób. A my wróciliśmy do domu z kolejnym czworonogiem, z czego nie bardzo ucieszyła się nasza kocica, bo została obszczekana przez małą sunię. Okazało się też, że Lea, bo tak została nazwana, jest bardzo pojętna. Szybko zrozumiała, że kot to nasz domownik i nie wolno jej ruszać. Teraz już śpią koło siebie. Muszę też przyznać, że nie spotkałam jeszcze psa o tak zrównoważonym charakterze. Lea jest łagodna dla ludzi i zwierząt ale nie bojaźliwa. Początkowo nieufna wobec obcych a dla swoich wylewna. Bardzo łagodna i cierpliwa do dzieci. Delikatna w zabawie. Nie w jej stylu są szaleńcze skoki, podgryzanie czy przewracanie. Uwielbia nosić w pysku różne rzeczy. Przynosi wszystkim buty. Najczęściej układa się pod stołem z głową na moim bucie. Na szczęście nie gryzie go, tylko służy jej za poduszkę. Albo zbiera rozrzucone po domu skarpetki dzieci i mości sobie z nich posłanie. W domu jest bardzo grzeczna, nie piszczy i nie niszczy niczego, gdy zostaje sama. Najdłużej zostawiliśmy ją na 4 godziny i przespała ten czas. To jeszcze szczeniak, ale wiele już umie. Wie, że należy załatwiać się na trawie. Nauczyła się już chodzić na smyczy, idzie ładnie, nie ciągnie. A puszczona luzem trzyma się blisko człowieka. Bardzo ładnie jeździ samochodem. U weterynarza zachowała stoicki spokój, leżała zrelaksowana podczas czyszczenia uszu. Jest dość pazerna na jedzenie, co zrozumiałe pamiętając jak była zagłodzona. Czasem próbuje skraść coś ze stołu, albo dzieciom, gdy są mniej uważne, ale skarcona, szybko rezygnuje ze swych planów. Wymaga jeszcze socjalizacji. Na pewno trzeba ją zabierać w różne miejsca i pokazywać świat, ale to tak spokojny i pojętny pies, że jestem pewna, że będzie cudownym psem rodzinnym. Może mieszkać w domu lub w mieszkaniu, na wsi lub w mieście, ale najważniejsze, żeby znalazła kochających ludzi, dla których będzie członkiem rodziny i nigdy już nie zagrozi jej tułaczka.
DSC_2179
DSC_2176
DSC_2172
        Jestem przekonana, że znalezienie jej było mi przeznaczone. Los pchał mnie, abym ujrzała ją za zakrętem. Jednak czuję też, że nie powinnam jej zatrzymywać. Nasze dwie sunie przyjęły ją przyjaźnie, choć są bardzo zazdrosne o nowego członka rodziny. Ale to tez nie o to chodzi. Jak znam swój los, jeszcze nie raz spotkam na drodze psa potrzebującego pomocy. Nie każdy jest wtedy skłonny zatrzymać się, zmienić swoje plany, poświęcić czas i pieniądze na bezdomnego psa. Musze też pamiętać, że mąż nie chce, abym stała się zbieraczką zwierząt. Zgodził się na dwa a kolejne mogą u nas przebywać tymczasowo do znalezienia docelowego domu. To bardzo rozsądne. Ktoś musi zdrowo myśleć, kiedy ja kieruję się emocjami.

Czyn społeczny

        Dom wybudowany, urządzony w całości, więc przyszła pora na ogród. Posprzątaliśmy już nasz pobudowlany ugór, przygotowaliśmy teren do dalszych prac. Termin u brukarzy mamy już zaklepany. Teraz jeszcze dopracowujemy szczegóły tarasów, ścieżek, oświetlenia, ogrodzenia. Wszystko na razie odbywa się na papierze ale lada tydzień ekipa wkroczy do ogrodu i będzie się działo. Czyli będzie tak jak lubię bo na razie zionie nudą.
        Wczorajsze przedpołudnie minęło nam bardzo leniwie. Dzieci wyciągnęły swoje maszyny rolnicze i uprawiały pole a my wygrzewaliśmy stęsknione słońca ciałka. W naszym ogrodzie nie mamy teraz co robić. Planowaną wcześniej wycieczkę w góry też przełożyliśmy, bo chłopcy po południu mieli iść na imprezę urodzinową do kolegi. Wybraliśmy się na przejażdżkę rowerową po okolicy a po obiedzie szukaliśmy jakiegoś pożytecznego zajęcia. No i znaleźliśmy. Skoro nie mieliśmy co robić w swoim ogrodzie, to ruszyliśmy z grabiami do pobliskiej rzeczki. Wyłowiliśmy śmieci, wygrabiliśmy brzegi, od razu zrobiło się ładniej. Przy okazji nazbieraliśmy chrustu i zrobiliśmy wielkie ognisko. Chłopcy byli zachwyceni.
        Wzbudziliśmy spore zdziwienie wśród sąsiadów. Żartowali, że szykujemy sobie kąpielisko. Prawda jest taka, że jak człowiek przez lata jest przyzwyczajony, że co sobotę coś tam w swoim ogrodzie grzebie to nagle taka bezczynność go męczy.  Po prostu brakowało nam tej ogródkowej aktywności fizycznej, do której przyzwyczailiśmy się mieszkając w starym domu. Człowiek jak musi pracować, to często narzeka, że to męczące, że musi czas poświęcić. Dlatego nasz czyn społeczny wzbudził takie zdziwienie. Ale nam sprawił dużą przyjemność. Poruszaliśmy się a najważniejsze, że mamy ładny widok z okna i satysfakcję z dobrej roboty.
        Gdy mieszkaliśmy w bloku we Wrocławiu, kilka razy w roku ruszałam z wielkim workiem na skwerek przed balkonami i sprzątałam śmieci. Inni mieszkańcy patrzyli na mnie z okien jak na jakieś dziwadło. Nikt się nie przyłączył a ja nie miałam ochoty na nagabywanie i namawianie sąsiadów na wspólne sprzątanie. Sama nie byłam tym zmęczona, pół godzinki roboty i od razu miałam uśmiech na twarzy patrząc na ładny teren. Nie lubię narzekania, że brzydko, że naśmiecone, że miasto/gmina/urzędnicy nic nie robią. Wolę sama zakasać rękawy i nie czekać tylko zmieniać rzeczywistość. Nie znoszę słuchania, że ktoś się powinien tym zająć i szczerze mówiąc zupełnie nie rozumiem, jak można w piękny dzień siedzieć na przykład przed telewizorem, pierdzieć w stołek i marudzić jak mu źle. Można się ruszyć, dotlenić, ładnie opalić a jednocześnie zrobić coś pożytecznego. Więc mieszkańcy bloków, nie macie co zazdrościć właścicielom domków jednorodzinnych, sami też możecie popracować w terenie i mieć z tego dużo radości.

Święta po naszemu

        Po internecie szaleją wpisy o istocie Świąt Wielkiej Nocy. Co rusz czytam gdzieś, że nie czyste okna są ważne a czyste serce. Że zapominamy co w tym Święcie jest najważniejsze, że hołdujemy świeckim zwyczajom zamiast oddać się refleksji nad sensem zbawienia. A za chwilę zalewa nas fala przepisów na sernik, pasztet, kaczkę oraz zdjęć ze wspólnego malowania pisanek, dekorowania domów albo plenerów, bo teraz modnie jest wyjechać gdzieś na Święta.
        Ale ja nie o tym chciałam. Niech każdy świętuje jak mu sumienie dyktuje. Niech każdy pisze co mu pasuje, ja też napiszę, a co mi tam. Ale żeby nie zamęczać nikogo lukrowanymi zdjęciami, opiszę moje święta z czasu, gdy jeszcze nie było cyfrówek ani komórek. Postaram się słowami oddać cały tamten klimat.
        Mój tato jest kapitanem, ale nie żeglugi wielkiej tylko śródlądowej. Wyjaśniam, że pływa po rzekach pchaczem, czyli takim statkiem co pcha przed sobą barki. Niestety coraz rzadziej widuje się je na naszych rzekach, dlatego wyjaśniam. Tato nie wozi towarów sypkich, czyli piasku, węgla, kruszywa, tylko ponadgabaryty, czyli takie konstrukcje co drogą się nie mieszczą, albo jeśli się mieszczą to musiałyby być specjalnie transportowane, na przykład nocą bo wymaga to zamknięcia dróg dla innych czy nawet demontażu niektórych elementów otoczenia drogi. No i wracając do sedna, to przez takie gabaryty, tato nie mógł przyjechać na Święta Wielkanocne do domu, bo miał umówiony odbiór ważnego i ogromnego silnika, na który już czekano w nadmorskim porcie. Płynął więc w górę rzeki po ładunek, ale serce mu zmiękło i puścił załogę do domów, do rodziny, za to wspaniałomyślnie ściągnął swoją rodzinę do pomocy. Brat ma potrzebne uprawnienia, mama potrafi gotować i sterować a ja zostałam turystką, która po latach wszystko wspaniale opisała. Ach, zapomniałam jeszcze o Bosmanie, przyjacielu mojego taty i najważniejszym członku załogi, przygarniętym, rudym kocie, który pływał barką.
        Gdy dotarliśmy nad rzekę, Bosman wybiegł nam na przywitanie. Zrobił wielkiego susa i z płynącego jeszcze pchacza, skoczył na ląd, by zaraz łasić się do naszych nóg. Wariat z niego był, a te jego skoki, przyprawiały nas o ciarki. Dla przejętych czytelników, dodam, że mimo tych szalonych ewolucji, nigdy nie doznał uszczerbku na ciele. Weszliśmy po chyboczącym się trapie na pokład i zaraz trzeba było brać się za robotę. Brat był potrzebny na pokładzie a my z mamą zabrałyśmy się za porządki, żeby kajutom nadać trochę domowego ciepełka i świątecznego klimatu. Potem pochłonęło nas pichcenie, przy którym  asystował nam Bosman i tak mijały przygotowania.
        W Wielką Sobotę obudził nas świergot ptaków, bo na noc zatrzymaliśmy się przy prześlicznym zagajniku w Parku Krajobrazowym Ujście Warty. Pogoda była wymarzona na spacer, więc z rana wybrałam sie na szybką przechadzkę z kotem. Potem musieliśmy już płynąć, bo bardzo ważny i ogromny silnik wciąż na nas czekał. Jednak nie zapomnieliśmy o zwyczajach wielkanocnych, mama przygotowała koszyczek ze święconką, tylko pojawił się problem kto i gdzie go poświęci. Wśród pomysłów, że może wodą z Warty, albo ranną rosą, mama przeforsowała tradycję i tato zaczął głowić się, gdzie będzie najbliższy kościółek. Kilka kilometrów dalej, nad rzeką była niewielka wieś, więc ruszyliśmy na poszukiwanie księdza. Wyskoczyłam niczym Bosman z pchacza na ląd i popędziłam do wsi, jednak szybko ostudzono moją radość, bo ksiądz już był, poświęcił pokarmy pod krzyżem i pojechał do kolejnych wsi. Wypytałam mieszkańców o trasę księdza i ruszyliśmy w pościg. W kolejnej wsi, znowu pudło, właśnie odjechał. W następnej to samo. Ale jest szansa, bo teraz będzie już święcił w kościele w większej wsi. Tylko, że drogi prowadzą prosto do wsi a rzeka wije się i wije, a pchacz to nie motorówka, do tego w górę rzeki płyniemy, więc zagryźliśmy wargi w niepewności, czy zdążymy.
        Zdążyliśmy, wpadłam do kościółka z uśmiechem od ucha do ucha. W szortach i zakurzonych sandałach, bo cały ranek biegałam po wiejskich drogach, wzbudzałam zainteresowanie mieszkańców. Dla wyjaśnienia rzuciłam tylko, że ja z barki, co dla mnie wiele tłumaczyło, ale mieszkańców jeszcze bardziej zaciekawiło. Potem już spacerkiem wróciłam na pchacza. Gdybym wówczas miała telefon, albo aparat, pewnie teraz wrzuciłabym kilka zdjęć wystylizowanego koszyczka na poboczu wiejskiej drogi, albo uroczego kościółka, albo moich umęczonych nóg opartych o poller, gdy już wróciłam na pchacza. Ale nie mam takich zdjęć, więc musicie sobie to wyobrazić. Powiem tylko, że było cudnie. Było po naszemu. I tego wszystkim życzę, obchodźcie święta po swojemu, jak wam serce dyktuje.

Wizyta w ZOO

        Wybrałam się z chłopcami do Afrykarium we Wrocławskim Ogrodzie Zoologicznym. Ostrzegana przed weekendowymi tłumami, specjalnie odebrałam ich wcześniej z przedszkola i wycieczkę zrobiliśmy sobie w poniedziałek. Zwiedzających też było sporo, ale wszyscy się pomieścili i wygodnie można było wszystko pooglądać.
        A jest co oglądać. Akwarium z rekinami i płaszczkami robi wrażenie chyba na wszystkich, zwłaszcza jak płaszczka przepływa tuż nad głową i nagle wypada jej coś z pyska. Dobrze, że nie z pupy zauważył mój starszy syn. Potem oczywiście były dziecięce rozważania jak rekiny i inne ryby robią kupę a ja obserwowałam płaszczkę, która moim zdaniem rzucała w nas z góry kamykami. Ale to pewnie tylko takie moje wrażenie.
        Dzieciom podobały się hipopotamy, krokodyle, manaty, które uroczo i leniwie konsumowały sałatę. Przed większością basenów są ławki, więc można wygodnie podglądać wodne życie zwierząt. Można też coś przekąsić w restauracji a jednocześnie zerkać z góry na pingwiny oraz kotiki.
        Pamiętam Wrocławskie ZOO jeszcze z czasów zarządu Państwa Gucwińskich. Mieszkałam pięć lat w pobliskim akademiku i czasami wybierałam się tam na spacer. Z całym szacunkiem dla autorów „Z kamerą wśród zwierząt” i sympatią, bo uwielbiałam ich program, to jednak nie odnaleźli się oni w nowym systemie gospodarczym. Muszę przyznać, że obecnie ZOO pięknieje w oczach. Miło jest oglądać zwierzęta na wybiegach dostosowanych do ich potrzeb. Kiedyś spacerując po ogrodzie zoologicznym zastanawiało mnie dlaczego zarząd nie wykorzystuje całego dostępnego miejsca. Pamiętam widok spasionych kotów wylegujących się na dość dużym skwerku pomiędzy starymi drzewami. Po pierwsze, skąd koty w zoo a po drugie dlaczego w tym miejscu nie ma wybiegów dla zwierząt, tyle przestrzeni zmarnowano, myślałam. Teraz na tym właśnie skwerku jest wybieg dla kapucynek. Odpowiednio zabezpieczono teren i małpy mogą skakać po drzewach.
        W nowym ZOO znalazło się też miejsca dla Odrarium, czyli ekspozycji przybliżającej życie mieszkańców rzeki. Są akwaria z rybami słodkowodnymi, a ich dachy obsadzono nadrzeczną roślinnością. Wszystko pięknie i tylko jak czytam tablice informacyjne, to jako rodowita nadodrzanka czuję duży niesmak. Jest kilka słów o flisakach, o dawnym szlaku transportowym, o wykorzystywaniu rzeki w czasie wojny a potem tylko tyle, że po wojnie wyremontowano większość budowli hydrotechnicznych i obecnie Odra jest żeglowna na prawie całym swym biegu. Jest też sporo na temat walorów ekologicznych rzeki ale ani słowa na temat całego pokolenia marynarzy żeglugi śródlądowej. Pochodzę z nadodrzańskiego miasteczka, gdzie było bardzo dobre Technikum Żeglugi Śródlądowej. Pamiętam moich rówieśników idących w mundurach do szkoły. Pamiętam też barki pływające po Odrze i tętniący życiem port. Jeszcze 10 lat temu pisałam pracę magisterską na temat prywatyzacji żeglugi śródlądowej i przeprowadziłam ponad setkę wywiadów z marynarzami dla których rzeka była całym życiem. Teraz w wyniku wieloletnich zaniedbań po Odrze faktycznie pływa się trudniej ale pływać można i są tacy co nadal żyją z transportu śródlądowego. Jest też kilka stoczni które dają zatrudnienie wielu ludziom a swoje statki transportują właśnie Odrą dalej w świat. Dlaczego więc przemilcza się to wszystko i młodemu pokoleniu wbija do głowy, że Odra ma fantastyczne walory ekologiczne i rekreacyjne. Dlaczego wmawia się, że budowle hydrotechniczne uniemożliwiają migrację a przemilcza fakt, że istnieją przepławki dla ryb. Dlaczego wmawia się, że kontrolowane wylewy wód w terenach niezamieszkałych są najlepszą ochroną przeciwpowodziową. Tylko jak kontrolować te wylewy, gdy budowle hydrotechniczne nie są budowane a istniejące remontowane. Czytając tablice w Odrarium czułam co najmniej niesmak. Zupełnie przemilczano kilkadziesiąt lat życia kilku pokoleń marynarzy. Pominięto walory transportowe  rzeki, zapominając, że transport śródlądowy mógłby znakomicie odciążyć przeładowane drogi i zakorkowane miasta. A najgorsze, że na przeciwległych szalach stawia się dobrostan nadrzecznych ekosystemów oraz transport jakby to się wzajemnie wykluczało.
        Po kilku godzinach spędzonych w ZOO szliśmy już zmęczeni do wyjścia i starszy syn wymieniał jakie widział zwierzęta. Mówił, że widział zebry, żyrafy, lwy, rekiny, płaszczki, kolorowe ryby, hipopotamy, krokodyle, syreny, czyli manaty, pingwiny, kotiki, foki, nosorożce, surykatki, niedźwiedzie, wilki, kangury i już chyba więcej nie pamięta. Na to młodszy syn, maszerujący kilka kroków za nami, krzyczy rozczarowany, że on nie może iść jeszcze do domu, bo nie widział jeża :lol:

Marynistyczna łazienka

DSC_1345Tym razem przedstawiam dolną łazienkę, która z założenia jest również łazienką dla gości. Choć jest wciśnięta we wnękę pod schodami, odpowiednie wykorzystanie każdego centymetra pozwoliło uczynić z niej bardzo funkcjonalne miejsce. Zależało mi na zmieszczeniu w niej prysznica, gdyż według mnie dwa prysznice w domu zwiększają wygodę. Wnękę na natrysk wydzieliłam po lewej stronie drzwi zmniejszając w ten sposób sąsiednie pomieszczenie gospodarcze. Aby zrekompensować sobie uszczuplony gospodarczy, zabudowałam szafkami wnękę pod schodami. Odpowiednia głębokość szafek i ich rozkład pozwoliły nie zagracić dość małej łazienki a jednocześnie znalazło się miejsce na środki czystości, miski, wiaderka, odkurzacz i mop. Ponadto starałam  się urządzić wnętrze w niebanalnej stylistyce, aby mimo niewielkich rozmiarów cieszyło oko. Teraz chyba każdy się domyśli, że uwielbiam morskie akcenty.

 Łazienka, jest naprawdę niewielka. Wiele osób widząc ją na etapie budowy zastanawiało się jak chcę tam zmieścić choćby umywalkę, bo jest bardzo wąska ale poprzez odpowiednie urządzenie, nie odczuwa się tego.

DSC_1367

Widok od strony drzwi, po lewej stronie jest wnęka z prysznicem a po prawej schowane są pojemne szafki, których nie widać wprost z wejścia. Dzięki temu przestrzeń wydaje się być bardzo uporządkowana.

DSC_1359

Widok od strony prysznica na szafki pod schodami.

DSC_1354

Moje ulubione akcenty marynistyczne

DSC_1356Widok od strony szafek.

DSC_1344

Widok na prysznic, za plecami miałam już ścianę, więc trudno pokazać jego gabaryty, ale jest bardzo wygodny, bo w rozmiarze 70×100.

Dodam tylko, że projekt łazienki w całości jest mój. Dzięki temu ma zapewne tak niepowtarzalny charakter. Mnie bardzo podoba się to wnętrze i jestem z niego dumna, ale wiadomo wszystko rzecz gustu ;-)

Licytacja

        Kilka dni temu odwiedził mojego syna kolega z podwórka. Chłopiec jest starszy od niego o jakieś dwa lata i mój pięciolatek bardzo chciał mu czymś zaimponować. Zwłaszcza, że tato kolegi jest rolnikiem i syn trochę mu zazdrości tych wszystkich maszyn rolniczych, o których sam marzy.
        Syn pokazywał swoje najlepsze zabawki, klocki i gry ale ciągle nie robił wrażenia na koledze, który wszystko komentował bez entuzjazmu, że już takie widział, albo ma takie tylko lepsze. Tak bywa. Znam już tą dziecięcą licytację kto co ma lepsze. I choć widać było, że koledze aż się oczy świecą do niektórych zabawek to ze stoickim spokojem i lekkim znudzeniem oczekiwał kolejnych atrakcji. Przyznam, że aktorem był dobrym, więc syn szukał coraz lepszych sposobów, aby zaimponować koledze. W pewnym momencie chłopak chciał skorzystać z toalety, lecz wtedy Pawełek zagrodził mu drogę. Zdziwiłam się i podglądałam z kuchni co się będzie działo. Syn stanął w rozkroku, rozłożył ręce i wyjątkowo poważnym głosem powiedział: Nie możesz tu wejść. Musisz iść na górę bo tu jest mój bardzo groźny pies. I to był strzał w dziesiątkę, bo kolega nie ma żadnego zwierzaka, a tym bardziej wyjątkowo groźnego psa. Syn widząc, że wreszcie czymś zaimponował, zaczął kontynuować swoje przedstawienie. Opowiadał, że tylko on może wejść i pogłaskać Sabę, bo ona jest bardzo duża i bardzo groźna. Chłopiec zląkł się nieco, ale Pawełek go uspokoił: Spokojnie, ze mną ci nic nie zrobi ale nie podchodź, możesz tylko zajrzeć. Po czym uchylił lekko drzwi, a że Saba była przed strzyżeniem, więc jej kudły sprawiały, że wyglądała na większą. Ponadto ci co znają naszą przygarniętą sunię, wiedzą, że jest psem po przejściach i obcy ludzie ją przerażają, więc na widok nieznanego dziecka, zaczęła nerwowo kręcić się na posłaniu i przełykać ślinę a syn dodał: Widzisz, już się złości, zamknę ją. Dodał jeszcze: Saba, spokojnie, to mój kolega, nie ruszaj go, czym wzbudził podziw kolegi.
DSC_0349
        Znając prawdę, myślałam, że skonam ze śmiechu za ścianą, ale widząc jak bardzo wcześniej Paweł próbował zaimponować znudzonemu koledze, nie zdradziłam go. Zwłaszcza, że po tej scenie kolega już nie zgrywał ważniaka, tylko poszli razem bawić się w pokoju syna.

Dziecięca empatia

        Mój syn ma za kilka dni urodziny. Dzwoniłam do mamy jego kolegi, aby zaprosić go na domówkę, jak to nazwały moje dzieciaki. Jednak okazało się, że Jasiu zachorował i leży w szpitalu. Syn zrobił wielkie oczy, wyraźnie się zmartwił, bo sam kiedyś też trafił do szpitala i nie wspomina mile tego pobytu. Widziałam, że męczyła go ta wiadomość. Porozmawialiśmy na temat jego kolegi, że na pewno szybko wyzdrowieje i niebawem spotkają się na wspólnej zabawie.
        Rano, Pawełek zaraz po przebudzeniu stwierdził, że musi coś narysować dla Jasia i damy to jego tacie, żeby zawiózł Jasiowi do szpitala. Siedzi właśnie i produkuje kolejne rysunki, zastanawiając się co jeszcze ucieszy Jasia. Wyciągnął też kilka swoich książeczek, które już przeczytał a „są fajne i spodobają się Jasiowi”. Zaskoczył mnie tym, bo raczej nie jest skory do dzielenia się. Prędzej jego starszy brat odda wszystkim serce na dłoni, niż Pawełek podzieli się zabawkami. Ale mocno się przejął na myśl o koledze w szpitalu. Cieszy mnie jego zdolność współodczuwania.
        Właśnie zajrzałam do pokoju syna. Nazbierała się spora paczuszka dla Jasia. Mam nadzieję, że wywołamy tym sposobem uśmiech na jego twarzy.

Bezrobotna mama

        Oj ciężki był pierwszy poranek po świąteczno – noworocznym leniuchowaniu. Od kilku dni starałam się kłaść i budzić dzieci coraz wcześniej, ale mimo to, dzisiaj zabrakło im przynajmniej godzinki snu. Krążyłam miedzy ich pokojami starając się przebić przez mocne objęcia Morfeusza. Jak udało nawiązać się kontakt ze starszym to chwilę potem zastawałam młodszego opatulonego kołderką. Jak przebiłam się do młodszego, to starszy zdążył już zasnąć ponownie twardym snem.
- Paweł, Paweł, Pawełku – szepczę choć, z każdym kolejnym Paweł już coraz głośniej
- Cooo o – słyszę spod kołdry – nie widzisz, że śpię!
- Widzę, ale już pora wstawać
- Nie! – krótko i stanowczo
- A ile dni zostało do twoich urodzin – próbuję niezawodnego sposobu z czasu adwentu, gdy syn odliczał dni do Wigilii i rankiem zrywał się na równe nogi bo na kalendarzu sprawdzał ile jeszcze zostało mu czekoladek do zjedzenia. Ale tym razem słyszę bez entuzjazmu:
- Nie wiem, sama policz, kalendarz jest na ścianie.
Hmm, czeka mnie mocne starcie – pomyślałam. U starszego też nie ciekawiej, bo miał porannego focha a trzeba wiedzieć, że jego foch nawet świętego pozbawiłby spokoju ducha. W końcu w desperacji, odsłaniając zasłony wydałam kilka okrzyków, że niby coś niesamowitego widzę. A że widziałam tylko pole i las, nawet saren nie było, to mocno wczułam się wyrażanie swojego zachwytu. Widocznie byłam bardzo wiarygodna, bo chłopcy zerwali się zaciekawieni, co takiego matka widzi, że tak pieje nad tym. A w tym momencie niebo zaczęło robić się purpurowo złote i pojawił się przepiękny wschód słońca. Na szczęście dzieci nie uznały, że matka zwariowała, bo widok faktycznie był piękny. Swój cel osiągnęłam, dzieciaki wygramoliły się z łóżek i dalej jakoś poszło.
Przypomniałam sobie też pierwszy poranek w naszym nowym domu. To też było po długim weekendzie, bo przeprowadzaliśmy się w Dzień Niepodległości i następnego ranka dzieci miały lenia i starały się ugrać pozostanie w domu.
- Mamo, ale ja dzisiaj nie muszę iść do przedszkola – zaczął swój wywód młodszy
- Jak to nie musisz? Dzisiaj już nie jest wolne, jest normalny dzień tygodnia i dorośli idą do pracy a dzieci do szkoły i przedszkola – wyjaśniałam
- Ale ty już jesteś bez pracy, więc będziesz siedziała w domu to ja też z tobą posiedzę – skwitował syn
- Jak to bez pracy? – zdziwiłam się
- No przecież pracowałaś na budowie, budowałaś dla nas domek. A teraz już tu mieszkamy, budowa skończona i jesteś bez pracy – całkiem logicznie zauważył syn
Wtedy co prawda budowa nie była jeszcze skończona, bo wprowadziliśmy się na plac budowy, ale teraz już wszystko jest skończone i faktycznie zostałam bez pacy. W związku z tym wertuję teraz ogłoszenia i produkuję swoje aplikacje. Zobaczymy jak to będzie.

Z lekkim przymrużeniem oka

        Byliśmy wczoraj na Orszaku Trzech Króli. Chłopcy początkowo zaciekawieni, bo ich ulubiona kolęda jest o tym jak to Trzej Królowie jadą, złoto mirre kładą, jednak chwilę pooglądali przeciskający się tłum (doprawdy nie wiem skąd starsze panie mają tyle pary) i chcieli wracać do domu. Najbardziej spodobały im się papierowe korony rozdawane podczas Orszaku. W domu dopasowaliśmy korony do naszych głów, chłopcy stwierdzili, że jesteśmy trzej królowie i jedna królewna i możemy tak przyozdobieniu czekać na kolędę.
        Trochę obawiałam się naszej pierwszej w nowym domu wizyty duszpasterskiej, bo nasz poprzedni proboszcz był osobą tak antypatyczną, że skutecznie nas do kościoła zniechęcał. Na tyle skutecznie, że jak w Wigilię Babcia powiedziała chłopcom, że wieczorem idziemy na pasterkę, młodszy z dumą wykrzyknął:
- My już byliśmy w kościele!
- Jak to? Kiedy? To już była pasterka dla dzieci – dziwiła się babcia, bo w jej parafii pasterki dla dzieci są o szesnastej a było dopiero południe.
- Mamo, kiedy byliśmy w kościele? – młodszy syn  potrzebował podpowiedzi
- Ze święconką – wyjaśniłam
- Ach wy bezbożniki – Babcia lekko zmarszczyła choć rozbawiła ją szczerość i powaga wnuka
- Ale Babcia, ja już byłem w kościele, wiem jak wygląda  i tam jest straszna nuda- wyjaśniał
Babcia opowiedziała wnukowi o życiu kościoła, zaciekawiła go szopką a do tego nasz nowy proboszcz okazał się osobą niezmiernie sympatyczną i ciepłą i też opowiadał o szopce i o dzieciach w kościele, że chłopcy zapytali, kiedy możemy się tam wybrać. Mąż oczywiście dodał pod nosem, że już niedługo Wielkanoc :-)
 
P.S. Opisana sytuacja nie odzwierciedla pełni naszego stosunku do kościoła i wiary, ma jedynie oddać komizm pewnej rozmowy i tak należy ją traktować i nie wyciągać dalekosiężnych wniosków ;-)

Ależ miałam szczęście

        Opowiem Wam o mojej przedświątecznej przygodzie z prezentami. Brat poprosił mnie, żebym kupiła za niego prezent dla mamy, która jest właśnie w tracie remontu kuchni i będzie miała płytę indukcyjną a na niej nie działają jej stare garnki. Brat chciał podarować mamie komplet nowych, wiedział, że mama ucieszy się z takiego prezentu. Tylko, że brat pracuje za granicą, przyjeżdżał do nas w Wigilię, więc wysłał mi pieniądze i poprosił, żebym na miejscu coś wybrała, żeby nie wozić tych garnków a poza tym, pewnie wybiorę coś lepszego niż on, bo więcej gotuję i lepiej się znam.
        W połowie grudnia miałam już kupione i schowane prezenty ale wiecznie nie miałam czasu zapakować. Na dzień przed Wigilią przyjechała mama bo miałyśmy razem pichcić. Jednak szybko okazało się, że mam za mało garnków, bo ja też mam nową płytę i część garnków na niej nie działa. Mama martwiła się w czym nastawić kompot, gdy ja wpadłam na świetny pomysł i delikatnie rozpakowałam pudło z garnkami mamy.  Jak to dobrze, że nie zapakowałam ich już ozdobny papier, pomyślałam. Wydobyłam ten największy, pamiętając jak wszystko było ułożone. Gdy kompot przelejemy do dzbanków, garnek wróci na swoje miejsce. Mama ucieszyła się, że wynalazłam jeszcze jeden garnek, doceniła, że taki ładny i ma miarkę w środku i że też będzie sobie musiała takie kupić do nowej kuchni, po czym nagle klops, bo garnek nie działa. Ja zdziwiona, bo przecież dobre pół godziny wybierałam te garnki i dokładnie sprawdzałam czy do indukcji, więc o co teraz chodzi. Pobiegłam do pudła, sprawdzam a tam ani słowa, że to do indukcji. Wkurzyłam się na siebie, że ja taka roztargniona, powycierałam garnek, zapakowałam pięknie w folijkę, poukładałam tak jak było, odwróciłam uwagę mamy i za jej plecami przebiłam się z kartonem do garażu. Wróciłam jeszcze po torebkę, w której powinnam mieć paragon, ale mimo kilkukrotnego przetrząśnięcia jej zawartości, niczego nie znalazłam. Owszem, miałam pełno innych paragonów, na przykład z warzywniaka na buraki, ze spożywczaka na dorsza i śledzie, ale na garnki nie było. Ja, z moją manią zbierania paragonów, wyrzuciłam ten najważniejszy! Mąż by się uśmiał, bo to zawsze on wyrzuca paragony, dzięki czemu zostaliśmy po malowaniu z dwoma baniaczkami gruntu, bo nie ma jak zwrócić. Ale co tam grunt za kilkanaście złotych, garnki kosztowały kilkaset. Sytuacja, można by rzec beznadziejna, ale uznałam, że muszę spróbować, no bo po co mi komplet nie działających garnków. No i nie miałam prezentu dla mamy. I tak musiałam jechać kupić nowe, tylko najpierw trzeba było pozbyć się tych bezużytecznych i odzyskać niemałą kasę.
        Podeszłam uśmiechnięta do Serwisu Klienta, grzecznie się przywitałam i opowiadam jaka to ze mnie gapa, bo miały być do indukcji, bo mama ma remont i tak się ucieszy z nowych garnków, a właśnie wzięłam się za pakowanie i widzę, że to nie do indukcji i że chciałabym wymienić.
- Znaczy, chce pani zwrócić.
- No tak, oddać te i zaraz idę kupić drugie.
- Może pani oddać towar, proszę o paragon.
- Hmm, no sęk w tym, że wyrzuciłam go w przedświątecznym szale sprzątania.
- Paragon, jako dowód zakupu jest podstawą reklamacji – sprowadziła mnie na ziemię pani z serwisu
W tym momencie zrobiłam zrozpaczoną minę, bo faktycznie nie było mi do śmiechu, ale spytałam jeszcze czy na pewno nic nie da się zrobić, bo przecież zawsze przy kasie skanują kartę klienta, może tam jest historia moich zakupów, bo ja przecież jestem stałą klientką a te garnki to kupowałam wtedy i wtedy. A jak nie można wypłacić gotówki, to może jakiś bon bo ja przecież i tak zaraz idę na halę po nowe garnki, a w ogóle tyle lat już tu kupuję, przecież wiadomo, że to u nich zakupione. Wpadłam w słowotok, ale tak bardzo chciałam odzyskać choć część tego co bezsensownie wydałam. Pani wzięła moją kartę klienta, coś postukała na komputerze, wydrukowała kilka kartek i oznajmiła, że nie może zrobić wymiany, ale z tym dokumentem mam podejść do kasy zwrotów i tam mi wypłacą pieniądze a co ja z nimi zrobię to już moja sprawa. Patrzyłam na nią przez chwilę z niedowierzaniem, podziękowałam i pobiegłam do kasy, jakbym bała się, że pani zaraz się rozmyśli.
        Wróciłam z gotówką na halę, patrzę na regał z garnkami i już wiem skąd całe to zamieszanie. Owszem, wybrałam właściwe garnki. Pudełko, które oglądałam nadal stało na półce, tylko było otwarte i rozerwane a obok stały takie same pudełka, tylko nie aż tak rozbebeszone. Pamiętam, że pooglądałam garnki w tym otwartym pudełku, uznałam, że są dobre, ale skoro to na prezent to wzięłam to ładnie zapakowane nie zauważając, że na nim nie było napisu o przeznaczeniu do indukcji. Oba komplety garnków były w tej samej cenie, tak samo zapakowane, a różniły się jednym, małym napisem. Tym razem wzięłam to rozerwane pudełko, bo innych już do indukcji nie było. Oddałam przy kasie dokładnie to co dostałam w kasie zwrotów i podeszłąm jeszcze do Serwisu, bo w całym tym swoim przejęciu, zapomniałam złożyć miłej pani Wesołych Świąt.
Wróciłam do domu, gdzie zastałam mamę z bezradnie rozłożonymi rękami mówiącą
- No ja nie wiem jak przygotujemy tą Wigilię, mamy za mało garnków.
- Oj mamo, nawet nie wiesz jak to dobrze, że mamy za mało garnków – uśmiechnęłam się z ulgą i dodałam – zaraz coś wymyślimy. Mama nie rozumiała mojej radości. Z czego tu się cieszyć, pomyślała. Ale następnego dnia rozumiała już sens moich słów i dodała, że ja to jestem jak kot, zawsze spadam na cztery łapy.